Od 2016 roku Bruksela nie ustawała w pouczaniu Polski, czym jest praworządność. W imię niezawisłości sądów nakładała kary finansowe i zamrażała unijne fundusze. Mija 10 lat i Bruksela bez słowa sprzeciwu uznaje policyjne przejęcie Trybunału Konstytucyjnego i oddanie go pod kuratelę prawniczki wskazanej przez rządzącą formację.
Zarzut podwójnych standardów jest trafny, ale zatrzymuje się w połowie drogi. Podwójne standardy byłyby zwykłą hipokryzją, gdyby stała za nimi jakaś zasada niekonsekwentnie stosowana. Problem w tym, iż zasada jest jak najbardziej konsekwentnie stosowana. Instytucje w Polsce, jak i większości Europy, dawno już utraciły pozory niezależności, stając się narzędziem represjonowania przeciwników politycznych i betonowania władzy partyjnej. Każda kolejna większość dziedziczy po poprzedniej zarówno krzywdy, jak i metody ich naprawiania. Metody okazują się przy tym trwalsze od krzywd.
W Rozpadzie stawiam tezę, iż każdy porządek w historii opierał się na fundamencie moralno-filozoficznym, a porządek powojenny i post zimnowojenny opierał się na liberalnej demokracji. Spór o polski Trybunał i zamieszki, które tej jesieni przetoczyły się przez Paryż, Frankfurt, Mediolan i Madryt, są dwoma objawami erozji tego samego fundamentu. Na górze elity walczą o instytucje, które miały stać ponad polityką. Na dole pokolenie, któremu te instytucje obiecywały lepszą przyszłość, wychodzi na ulice, bo obietnica przestała być realizowana. Oba procesy mają jedno źródło – zerwaną umowę, na której Europa opierała swoją stabilność przez ponad pół wieku.
Spór o polski Trybunał jest lokalną odmianą zjawiska, które od trzech dekad przebudowuje ustroje całego Zachodu. Od Karlsruhe przez Bukareszt po Waszyngton sądy konstytucyjne znalazły się w centrum walki politycznej. Niejako padły ofiarą własnego sukcesu. Przejmowania coraz większych obszarów władzy, którą demokracja od XIX wieku powierzała parlamentom. Tę samą drogę przeszły trybunały w Luksemburgu i Strasburgu, których orzeczenia wiążą dziś ustawodawców dwudziestu siedmiu państw Unii i czterdziestu sześciu państw Rady Europy. W Rozpadzie nazywam to zjawisko „prawokracją”. Rozstrzygnięcia w sprawach małżeństwa, ochrony życia, migracji czy granic suwerenności, które dawniej były domeną demokratycznie wybranych parlamentów, coraz częściej zapadają w sądach konstytucyjnych i trybunałach międzynarodowych, poza procesem demokratycznym. Ich prawomocność opiera się na sędziowskiej wykładni zasad, które sędziowie wcześniej sami zdefiniowali. W takim ustroju instytucja rozstrzygająca o tym, co wolno uchwalić, staje się ważniejsza od instytucji, która uchwala. Kto kontroluje trybunał, wyznacza granice tego, o czym w ogóle można rozstrzygać przy urnie.
Ran Hirschl opisał ten mechanizm ponad dwadzieścia lat temu w Towards Juristocracy. Wykazał, iż ekspansję sądownictwa konstytucyjnego napędzają najczęściej elity, które czują, iż tracą wpływ na parlament i przenoszą swoje preferencje tam, gdzie zmienne nastroje wyborców i nowe konstelacje partyjne nie mogą ich dosięgnąć. Nazwał to strategią zachowania hegemonii. Europa Środkowa dostarczyła tej teorii materiału aż nadto. Prawo i Sprawiedliwość obsadziło Trybunał i powierzyło jego kierownictwo zaufanemu prokuratorowi wtedy, gdy władza wymykała mu się z rąk. Orbán w miesiącach przed przegranymi wyborami wymienił prezesa swojego Trybunału i prokuratora generalnego. W obu krajach zwycięzcy uznali, iż sąd przygotowany jako zapora trzeba zdobyć, jak w średniowieczu zdobywało się twierdze stojące na drodze zdobywców.
Tak powstaje cykl, w którym każda zmiana władzy oznacza szturm na instytucje poprzedników, a kończy budową własnych umocnień na wypadek przegranej. Adam Przeworski pokazał, iż demokracja trwa, dopóki przegrani godzą się z porażką. Istotą demokracji nie są rządy większości, ale spokój przegranej mniejszości, iż ich czas jeszcze kiedyś nadejdzie. Nie w tych to w kolejnych wyborach. Cykl szturmów i umocnień niszczy zasadę, na jakiej ustanowiono demokrację. Zwycięstwo wyborcze przestaje dawać pełnię władzy, bo poprzednicy zostawili w trybunale swój garnizon. Porażka przestaje być tymczasowa, bo zwycięzcy, likwidując garnizon, pokazują, iż instytucję konstytucyjną można zająć zarządzeniem i kordonem policji. Obie strony wychodzą z tego cyklu z przekonaniem, iż przegrana oznacza utratę wszystkiego. Nie traktują zasad ustrojowych jako ram opisujących funkcjonowanie wspólnoty, ale zespół reguł narzuconych przez zwycięzcę. Nazwijmy to sobie demokracją garnizonową. Zachowuje wybory, sądy i konstytucję, ale każda kolejna większość obejmuje państwo tak, jak obejmuje się wspomnianą twierdzę. Wymienia załogę, wzmacnia mury i przygotowuje się do obrony przed tymi, którzy przyjdą ją odbić.
Steven Levitsky i Daniel Ziblatt w książce o tym, jak umierają demokracje, wskazali dwie niepisane normy, bez których żadna konstytucja nie zapewni stabilności politycznej. Wzajemna tolerancja, czyli uznanie przeciwnika za uprawnionego rywala oraz powściągliwość instytucjonalną, czyli rezygnację z korzystania z pełni prawnych możliwości władzy. Gdy obie normy zanikają, polityka zamienia się w to, co amerykański konstytucjonalista Mark Tushnet nazwał twardą grą konstytucyjną. Każda strona wykorzystuje przepisy do granic, a często poza nie, by trwale osłabić przeciwnika. To właśnie jest demokracja garnizonowa. Każda kolejna większość zajmuje państwo i jego instytucje jak terytorium pokonanego.

Najważniejsze w polskim sporze jest uzasadnienie, po które sięgnęła władza. Politycy rządzącej formacji mówią o stanie wyższej konieczności konstytucyjnej. Skoro poprzednicy złamali prawo, jego przywrócenie wymaga chwilowego zawieszenia prawa. Takiej instytucji polska konstytucja nie przewiduje, co przyznają także prawnicy niezwiązani z obozem PiS. Dobrze zna ją za to historia myśli politycznej. Carl Schmitt pisał, iż suwerenem jest ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym. Liberalna Demokracja przez ponad 80 lat próbowała zerwać z tym myśleniem, podporządkowując politykę procedurze, a procedurę prawu. W Rozpadzie pokazuję, iż wróciła ona do liberalnych demokracji drzwiami, które liberałowie na powrót sami wyważyli, tworząc doktrynę demokracji walczącej. Koncept, stworzony przez Karla Loewensteina w 1937 roku jako narzędzie obrony przed faszyzmem, został wykorzystany przeciwko zwykłym przeciwnikom politycznym. Rumuński Trybunał Konstytucyjny unieważnił w 2024 roku wybory prezydenckie, francuski sąd próbował udaremnić start szefowej partii prowadzącej w sondażach, a prezydent Niemiec mówił otwarcie o wykluczaniu wrogów konstytucji z wyborów, służby publicznej i finansowania partyjnego.
Warszawska noc Halloweenowa przeniosła tę logikę o krok dalej. Demokracja walcząca broniła instytucji przed instytucją konstytucyjną, a rząd przyznał sobie prawo do decydowania, kiedy obowiązujące prawo przestaje go wiązać. Różnica między tą władzą a tymi, których oskarża o zamach na państwo prawa, sprowadza się do deklarowanych intencji. Następcy nie odziedziczą intencji obecnego rządu. Odziedziczą precedens.
Uliczna połowa tego kryzysu ma przyczyny bardziej przyziemne. Francuski ruch zaczął się od uczniów blokujących licea, w których brakuje nauczycieli, hiszpański od eksmisji staruszki po wielokrotnej podwyżce czynszu, niemiecki od cięć w edukacji i powrotu poboru, włoski od cen paliwa i płac, które nie nadążają za kosztami życia. Równolegle w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Holandii narasta bunt o innym źródle. Od ponad roku mieszkańcy kolejnych miast demonstrują pod hotelami i ośrodkami, w których państwo umieszcza osoby ubiegające się o azyl. W Dublinie i Hadze protesty skończyły się podpalonymi radiowozami, a w Londynie marsz przeciw imigracji zgromadził ponad sto tysięcy ludzi. W Polsce przez kilkadziesiąt miast przeszły manifestacje przeciw unijnemu paktowi migracyjnemu. Iskry, od których świat staje w płomieniach, w każdym kraju są inne i łatwo pomylić je z prawdziwą przyczyną. Licea bez nauczycieli, eksmisja, pobór, cena oleju napędowego czy hotel dla azylantów zapalają gniew tylko tam, gdzie zdążył się on wcześniej nagromadzić. Wszystkie te wybuchy karmi jedno wspólne przekonanie, iż państwo przestało wywiązywać się z umowy społecznej
W książce Rozpad wracam do tej niepisanej umowy, na której przez ponad pół wieku po wojnie opierała się lojalność Europejczyków wobec ich państw. o ile będziesz ciężko pracować, grać według reguł, płacić podatki i przestrzegać prawa, twoje życie będzie lepsze niż życie twoich rodziców, a życie twoich dzieci lepsze niż twoje. Chodziło o trajektorię, niezależnie od różnic majątkowych, wykształcenia i drogi, jaką każdy sobie w życiu obierał. Robotnik w Dusseldorfie czy Mediolanie lat sześćdziesiątych nie zarabiał fortuny, ale z jednej pensji utrzymywał rodzinę i kupował mieszkanie. Jego wnuk z dyplomem wynajmuje pokój w mieszkaniu dzielonym z obcymi ludźmi i nie widzi szans na własne mieszkanie.
Amerykański politolog, badacz przyczyn rewolucji i przemocy politycznej, Ted Robert Gurr zauważył, iż bunt rzadko wybucha w warunkach długotrwałej nędzy, z którą społeczeństwo zdążyło się pogodzić. Wybucha tam, gdzie ludzie widzą przepaść między tym, do czego czują się uprawnieni, a tym, co mogą osiągnąć. Tę przepaść odczuwają dziś ludzie, których poza nią kilka łączy. Uczeń z paryskiego przedmieścia, eksmitowana emerytka z Madrytu, mieszkańcy angielskiego miasteczka, w którym w hotelu zakwaterowano azylantów, i rolnik blokujący port w Genui wysuwają różne żądania i często głosują na przeciwne partie. Wspólne jest im doświadczenie utraty wpływu na własne otoczenie. O tym, ile kosztuje mieszkanie, kto zamieszka w sąsiedztwie i kto zapłaci za zbrojenia, decyduje się ponad ich głowami, niezależnie od tego, jak zagłosują w kolejnych wyborach. To samo doświadczenie przyprowadziło ludzi pod Trybunał Konstytucyjny w Warszawie. Tłum, który całą noc stał przy ogrodzeniu, przyszedł bronić instytucji, ale bronił przede wszystkim przekonania, iż jego głos oddany przed laty nie może zostać unieważniony zarządzeniem i kordonem policji. Zwolennicy policyjnych rozwiązań, z nadzieją tkwili przyklejeni do ekranów telewizora, iż ten sam Trybunał, który od dekady nie rozstrzyga po ich myśli, wreszcie zostanie odbity. Paryskie barykady i nocny wiec pod Trybunałem mówią różnymi językami, ale wyrastają z tej samej utraty zaufania do państwa, które przestało być wspólne.
Guglielmo Ferrero, którego teoria prawomocności przewija się przez cały Rozpad, pisał, iż władza uznana za prawomocną nie boi się swoich poddanych, a poddani nie boją się władzy. Władza, która traci prawomocność, zaczyna się bać i odpowiada na strach siłą, a siła potęguje strach po drugiej stronie. Policja wokół sądu konstytucyjnego i żołnierze pod mediolańską katedrą są przejawami tego samego odruchu. Państwo, które utraciło zdolność rozwiązywania problemów społecznych, zaczyna pilnować społeczeństwa.
Polska przez ostatnie trzydzieści lat mocno odstawała od problemów, z jakimi borykały się liberalne rządy na zachodzie Europy. Pokolenie wychowane po transformacji naprawdę żyło lepiej niż rodzice. Dane, które zebrałem w Rozpadzie, pokazują jednak, iż ta trajektoria się wypłaszacza. Przeciętna pensja w Warszawie wystarcza dziś na nieco ponad pół metra kwadratowego nowego mieszkania, bezrobocie wśród najmłodszych jest ponad trzykrotnie wyższe niż w całej populacji w wieku produkcyjnym, a ponad cztery piąte młodych uważa, iż rządzący dbają bardziej o starszych niż o nich. Frustracja, która na Zachodzie wybuchła dekadę temu, w Polsce dopiero narasta.
Dla Polski najgroźniejszym skutkiem tej jesieni będzie lekcja, którą wyniesie z niej ulica. Rząd uzasadnił zajęcie Trybunału stanem wyższej konieczności. Twierdzi, iż poprzednia władza obsadziła Trybunał z naruszeniem konstytucji, a skoro prawa nie da się przywrócić zwykłymi środkami, wolno na pewien czas zawiesić jego reguły i przejąć instytucję siłą. Tak samo rozumuje człowiek, który w Mediolanie wybija witrynę, a we Frankfurcie podpala barykadę. Jego zdaniem państwo pierwsze złamało umowę, więc on też nie musi przestrzegać reguł. Władza, która sama zawiesza prawo w imię konieczności, nie ma już argumentu wobec tych, którzy robią to samo w imię własnej. W Polsce ten precedens przejmą dwaj spadkobiercy: następny rząd, który sięgnie po niego za kilka lat, i dwudziestolatek, który ogląda dziś nocne nagrania spod Trybunału i uczy się z nich, iż reguły obowiązują tylko do chwili, gdy ktoś ogłosi konieczność.
W Rozpadzie stawiam tezę, iż liberalna demokracja wyczerpała się jako fundament moralny, na którym Zachód zbudował porządek po 1945 i po 1989 roku. Ta jesień jest twardym jej potwierdzeniem. Elity, które przez trzy dekady powoływały się na nienaruszalność procedur, wolność słowa, niezawisłość Trybunału, zawieszają je, gdy procedury przestają im służyć. Dawnej umowy przywrócić się już nie da, bo zniknęły warunki, w których ją zawarto. Nieprzerwany wzrost dobrobytu, zaufanie do niezależnych instytucji i przekonanie, iż spory o wartości można bezpiecznie powierzyć sądom. Nową umowę trzeba będzie budować od podstaw, zaczynając od zasady, o której liberalizm w swojej schyłkowej fazie zapomniał: rządzący podlegają regułom także wtedy, gdy reguły im szkodzą. Arnold Toynbee pisał, iż z każdego rozpadającego się porządku wyłania się twórcza mniejszość zdolna zbudować następny. W Polsce rozpozna się ją po tym, iż pierwsza z pokorą wykona wyrok sądu, choćby godził w jej interesy. Żadna z największych formacji, które dzielą dziś między siebie polską scenę polityczną, nie jest na to gotowa. W tym stanie rozstrzygającym arbitrem zwykle bywa ulica.
Bibliografia:
- Steven Levitsky, Daniel Ziblatt, Tak umierają demokracje, przeł. Olga Łabendowicz, Fundacja Liberté!, Łódź 2018 (ISBN 978-83-61894-09-4). (Oryginał: How Democracies Die, Crown, New York 2018.)
- Carl Schmitt, Teologia polityczna i inne pisma, przeł. i wstęp Marek A. Cichocki, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2012 (ISBN 978-83-61182-79-5). (Zawiera m.in. Teologię polityczną z 1922 r.
- Arnold J. Toynbee, Studium historii, skrót dokonany przez D.C. Somervella, przeł. i przedmową opatrzył Józef Marzęcki, Państwowy Instytut Wydawniczy (PIW), Warszawa 2000 (ISBN 83-06-02704-3).
- Ran Hirschl, Towards Juristocracy: The Origins and Consequences of the New Constitutionalism, Harvard University Press, Cambridge, MA 2004.
- Adam Przeworski, Democracy and the Market: Political and Economic Reforms in Eastern Europe and Latin America, Cambridge University Press, Cambridge 1991.
- Ted Robert Gurr, Why Men Rebel, Princeton University Press, Princeton 1970.
- Guglielmo Ferrero, The Principles of Power: The Great Political Crises of History, G.P. Putnam’s Sons, New York 1942.
- Mark Tushnet, „Constitutional Hardball”, John Marshall Law Review, vol. 37, nr 2, 2004, s. 523–553.
- Karl Loewenstein, „Militant Democracy and Fundamental Rights, I”, American Political Science Review, vol. 31, nr 3, 1937, s. 417–432; oraz część II: vol. 31, nr 4, 1937, s. 638–658.

3 dni temu





