Drogę trzeba wykarczować

1 tydzień temu

Jakiś czas temu na łamach Strajku ukazał się artykuł Cypriana Kraszewskiego pt. „Nie warto iść na skróty”, poddający słusznej krytyce nadzieje, które część środowisk utożsamiających się z wartościami lewicowymi wiąże z Grzegorzem Braunem i jego Konfederacją Korony Polskiej.

Tekst ten spotkał się z żywą reakcją zwolenników tzw. Szerokiego Frontu Gaśnicowego, stając się zaczynem szerszej dyskusji. Być może niepotrzebnie zwierzyłem się naczelnemu, iż planowałem wziąć w niej udział, ale zrezygnowałem po lekturze komentarza Kamila Łukaszka, uznawszy, iż wyczerpał on temat. Potem plułem sobie w brodę, iż nie zachowałem tej uwagi dla siebie, bo nadredaktor Wiśniowski poprosił, bym mimo wszystko zajął stanowisko, co niniejszym czynię – a nie jest to zadanie łatwe. Nie dlatego, iż targają mną jakiekolwiek wątpliwości, a ze względu na to, iż ze wszystkim, co napisał Kraszewski, się zgadzam. A przecież dobra publicystyka nie może polegać na tym, aby kadzić sobie w atmosferze wzajemnego zrozumienia.

Od siebie dodam więc tylko krótkie uzupełnienie.

Znamienne, iż zwolennicy tradycjonalisty Brauna dla uwiarygodnienia swego stanowiska chwytają się postmodernistycznej narracji, jakoby pojęcia takie jak lewica i prawica były przestarzałe. Twierdzenie to jest fałszywe i szkodliwe, choćby jeżeli w tej chwili na polskiej scenie politycznej lewica jest zbiorem pustym. Kapitalizm ulega przeobrażeniom, ale dopóki trwa jako formacja społeczna, stosunek do bazy ekonomicznej pozostaje kluczowy. Nie może dziwić, iż „lewicowym” braunistom zawadza marksizm, a dlaczego, to już wyłożył w swoim tekście Kraszewski, wykazując, po której stronie walki klasowej stoi Grzegorz Braun. Lewe skrzydło braunistów mogłoby podać sobie ręce z Anną Marią Żukowską twierdzącą, iż robotnicy wyginęli i teraz mamy inne tożsamości.

Pytanie nie brzmi zatem: „Czy powinniśmy poprzeć Brauna?”, a „Co takiego doprowadziło do sytuacji, w której uwiódł on ludzi identyfikujących się z szeroko pojętą lewicą?”.

Kraszewskiego, po publikacji jego tekstu, próbowali podszczypywać nie tylko brauniści, ale także, z drugiej flanki, zwolennicy koncesjonowanej pseudolewicowej partii Razem. Przeczytałem gdzieś komentarz jednego z nich, według którego samo deliberowanie na ten temat źle świadczy o uczestnikach dyskusji i prowadzi na manowce skrajnej prawicy. Zarzut oczywiście kompletnie nietrafiony, bo też stanowisko autora było jednoznacznie negatywne, a wspominam o tym po to, aby dać przykład oderwania od rzeczywistości koncesjonowanego pseudolewu. Bowiem zjawisko niewątpliwie istnieje, a skoro tak, to zasługuje na pochylenie się nad nim. Jednym z jego źródeł jest właśnie odpłynięcie od materialnej rzeczywistości atrapy lewicy, która zamyka oczy na niewygodne fakty i udaje, iż problem wówczas znika, niezdolna do jakiejkolwiek refleksji i kwitująca tendencje, o których dyskutujemy, bajeczkami o skutkach rosyjskiej propagandy i żałosnymi, infantylnymi dykteryjkami o „Grigoriju” Braunie i „Konfederosji”.

Tymczasem zwrot ku Braunowi to desperacki krok w obliczu braku lewicowej alternatywy antywojennej. I trzeba zań winić pożyteczny pseudolew, który nie ma wyborcom nic do zaoferowania. Który wobec pauperyzacji klasy pracującej sygnuje horrendalne zwiększanie nakładów na zbrojenia jej kosztem. Który przez to w swoich socjalnych obietnicach jest kompletnie niewiarygodny. Który jest w awangardzie podżegaczy wojennych. Dla którego pokój nie jest wartością. W pojawiających się wśród zwolenników Brauna pomysłach wyrzucania z Polski ukraińskich imigrantów nie ma niczego bardziej ohydnego niż w milczeniu skompromitowanej pseudolewicy w obliczu łapanek rekrutów na ukraińskich ulicach. Ale to jeszcze żaden argument za.

Nie warto iść na skróty.

Idź do oryginalnego materiału