Europejska kara śmierci (cywilnej)

1 dzień temu

W połowie grudnia ub. roku Unia Europejska podjęła decyzję, która powinna wywołać masowe oburzenie polityczne i społeczne. Tymczasem nie spowodowała praktycznie żadnej reakcji.

15 grudnia 2025 roku Rada Unii Europejskiej, w drodze aktu wykonawczego wydanego w ramach kompetencji przyznanych jej w Traktacie Lizbońskim, urzeczywistniając Wspólną Politykę Zagraniczną i Bezpieczeństwa UE, przyjęła kolejny pakiet sankcji wymierzony teoretycznie w Federację Rosyjską, czy też, jak się przyjęło: „machinę wojenną Putina”. Pakiet ów różni się tym od dotychczas wdrożonych, iż przewiduje, wobec imiennie wskazanych obywateli państw europejskich, dramatycznie dolegliwe, pozaprawne represje charakterystyczne dla ustrojów totalitarnych.

Sankcje owe mają charakter kary totalnej, nałożonej nie za tzw. czyny materialne, nie za przestępstwa godzące w czyjekolwiek zdrowie lub mienie, w ogóle nie za działalność kwalifikowaną jako kryminalna, ale za wypowiedzi, analizy i interpretacje polityczne.

Dotychczas sankcje jako instrument gospodarczy i polityczny miały wymiar międzynarodowy i instytucjonalno-kadrowy. Dotyczyły państw, struktur władzy, sektora finansowego, przemysłu zbrojeniowego, konkretnych polityków lub szefów banków czy korporacji, ewentualnie podmiotów oskarżonych np. o materialne wspieranie działań wojennych. I choć wszelkie sankcje nakładane poza ONZ można (i należy) oczywiście krytykować, podważając ich legalność, podobnie jak politycznie komentować ich sensowność, skuteczność czy etyczną zasadność. Niemniej globalny konsensus zakładał dotąd, iż mieszczą się one w logice „twardej polityki międzynarodowej”.

Rada UE wprowadziła jednak do praktyki zupełnie nowy wymiar tego instrumentu.

Wyjęci spod prawa

Wytypowano 12 osób, wobec których podjęto ze skutkiem natychmiastowym m.in. zamrożenie wszelkich aktywów płynnych, zakaz wszelkich transakcji (łącznie z niemożnością samodzielnej opłaty własnych rachunków), zakaz możliwości realizacji jakichkolwiek usług powiązanych z nazwiskiem, adresem lub numerem telefonu przynależnych obywatelowi lub obywatelce objętej sankcjami, a także zakaz przekraczania granic UE lub opuszczania wskazanego państwa członkowskiego. Wszystko to składa się na faktyczne wykluczenie jednostki z systemu – bez procesu, bez aktu oskarżenia, bez możliwości obrony, a choćby bez wskazania konkretnego czynu, który można by zakwalifikować jako przestępstwo. Jedyną domniemaną winą tych osób były ich publiczne wypowiedzi, uznane (w trybie arbitralnej decyzji politycznej niewybieralnego organu) za element „zagrożenia informacyjnego”, „manipulacji narracyjnej” lub „hybrydowej operacji wpływu”.

Od 15 grudnia 2025 roku sankcje przestały być wyłącznie narzędziem polityki zagranicznej. Stały się instrumentem subordynowania opinii publicznej i dyscyplinowania debaty wewnątrz Unii Europejskiej. Nie poprzez polemikę, nie poprzez kontrargumentację, nie poprzez jakąkolwiek merytoryczną odpowiedź, ale poprzez ubezwłasnowolnienie ekonomiczne, zawodowe, społeczne i terytorialne jednostek. Innymi słowy: poprzez cancel ostateczny.

Tego rodzaju działania trudno traktować inaczej niż jako symptom wewnętrznego rozkładu i widocznej systemowej erozji. Porządek ustrojowy, którego kierownicy polityczni jakkolwiek pewni są własnej legitymacji (lub przynajmniej pozycji), nie musi eliminować krytyków administracyjnymi środkami. Ucieczka od debaty w stronę sankcji personalnych jest de facto odejściem od wolności słowa i przejściem do systematyki komunikacji polegającej na dyktatorskim zarządzaniu ryzykiem narracyjnym. Inaczej mówiąc: na cenzurze znaczonej indywidualnymi represjami. Nie tylko z wykorzystaniem całego aparatu przymusu, którym dysponują państwa UE, ale wręcz używając instrumentów wyjmujących dysydentów spod prawa.

Szczególnie uderzające jest to, iż decyzja ta zapadła w warunkach niemal całkowitej ciszy medialnej. W Polsce temat praktycznie nie zaistniał, co oczywiście nie zaskakuje; choć nieco dziwi, iż nie było choćby rytualnego wrzasku ze strony tradycyjnie ujadających na Brukselę zawodowych eurosceptycznych publicystów w rodzaju Warzechy czy Ziemkiewicza. Jednak choćby na poziomie europejskiego głównego nurtu nie było choćby śladu poważnej debaty, nie przedstawiono żadnych analiz ani choćby wątpliwości prawnych, nie padły pytania o precedens.

Tymczasem mamy do czynienia ze zmianą fundamentalną.

Skoro decyzją polityczną, opartą na niejasnych kryteriach i wewnętrznych ocenach w łonie jednej z instytucji aparatu władzy UE, można wyłączyć z życia publicznego kilkanaście osób, nie istnieje żaden racjonalny argument, by twierdzić, iż w dającej się przewidzieć przyszłości mechanizm ten nie zostanie zastosowany wobec kilkudziesięciu, kilkuset czy choćby kilku tysięcy osób.

Co więcej, mechanizm ten jest wyjątkowo wygodny z punktu widzenia władzy: nie wymaga dowodów w sensie procesowym, nie wymaga konfrontacji argumentów, nie podlega realnej kontroli ani weryfikacji, nie ma drogi apelacji, a jednocześnie wywołuje natychmiastowy efekt paraliżująco-mrożący. Nie trzeba bowiem karać wszystkich. Wystarczy kilka spektakularnych, pokazowych przypadków, by reszta środowisk – dziennikarskich, akademickich, eksperckich – zaczęła się samocenzurować.

Mamy tu do czynienia z osobliwą formą oczywistego bezprawia, które w sensie formalnym zachowuje jednak pozory legalności jednocześnie ostentacyjnie naruszając fundamenty ustroju liberalno-demokratycznego opartego na trójpodziale władzy. Sankcje nie odnoszą się bowiem do czynów zabronionych przez prawo, nie wymagają naruszenia jakiejkolwiek normy karnej ani administracyjnej, nie podlegają standardom procesu sądowego i całkowicie omijają prawa ochrony jednostki. Nie obowiązuje tu domniemanie niewinności, prawo do obrony, czy choćby do wysłuchania, ani żaden mechanizm odwoławczy.

W ten sposób Unia Europejska stworzyła reżim umożliwiający stosowanie niezwykle dolegliwych represji wobec własnych obywateli bez konieczności udowodnienia winy i bez ryzyka sądowej kontroli. Instrument polityki zagranicznej został przekształcony w narzędzie wewnętrznej dyscypliny, pozwalające arbitralnie oznaczać legalne formy aktywności – dziennikarstwo, analizę geopolityczną, działalność obywatelską – jako „niebezpieczne” czy „groźne”, a następnie eliminować ich autorów z życia ekonomicznego, społecznego i zawodowego. Prawo zostało w tym wypadku użyte do usunięcia gwarancji, które samo tworzy: sankcje zastępują proces, sformułowanie „zagrożenia hybrydowe” zastępuje dowód, a decyzja polityczna niewybieralnego organu zastępuje sądowy spór o ocenę faktów.

W zaparte, w stronę totalniactwa

Unia Europejska znajduje się dziś w stanie głębokiego kryzysu politycznego: strukturalnej niewydolności i tożsamościowego nieporozumienia. Nieprzemyślana polityka sankcyjna wobec Rosji okazała się drastycznym uderzeniem we własną gospodarkę. Jednocześnie oznaczała niemal całkowitą likwidację właśnie tych stosunków dyplomatycznych i gospodarczych, które dawały „zjednoczonej Europie” strategiczną elastyczność. UE zredukowała najpierw własną politykę zagraniczną, a następnie ogólną funkcjonalność do roli obywatelsko-instytucjonalnej przybudówki NATO.

Kierując się tą nową logiką i idąc w zaparte, władze UE wszczęły kampanię politycznych represji, wymuszając posłuszeństwo wobec nowego kursu przedstawianego jako bezalternatywny i moralnie bezwzględnie słuszny. Anulowane wybory (Rumunia), manipulacje wyborcze (Mołdawia), sądowe eliminowanie niewygodnych aktorów politycznych (Francja), krucjata przeciwko niedostatecznie posłusznym rządom narodowym (Słowacja i Węgry, wcześniej także Polska) – wszystko to składa się na spójny wzorzec. Na to nakłada się drastyczny konflikt z Białym Domem, którego najbardziej wyrazistą manifestacją stała się awantura o Grenlandię.

W tych skrajnie skomplikowanych, wręcz granicznych okolicznościach zamiast refleksji, korekty kursu czy choćby otwarcia debaty Unia Europejska wybiera eskalację represji, kierując je teraz bezpośrednio wobec własnych obywateli. Zamiast odbudowywać zaufanie społeczne, wzmacnia aparat sankcyjny. Zamiast wspierać pluralizm, choćby w debacie nad kwestiami fundamentalnymi, zaczyna traktować go jako jedno z największych zagrożeń bezpieczeństwa.

I właśnie dlatego decyzja z 15 grudnia nie powinna być traktowana jako eksces czy wyraz paniki, ale jako przesłanka znacznie głębszego procesu: przechodzenia od kryzysu politycznego do systemowej transformacji w stronę ponadpaństwowego autorytaryzmu.

Jacques Baud i Nathalie Yamb

Najbardziej znaną i zarazem najbardziej wymowną postacią spośród osób objętych sankcjami jest Szwajcar Jacques Baud – emerytowany pułkownik szwajcarskiego wywiadu wojskowego, wieloletni analityk służb, wcześniej pracownik NATO, OBWE i ONZ, autor licznych publikacji poświęconych bezpieczeństwu międzynarodowemu, w tym wojnie na Ukrainie. Człowiek o ugruntowanej pozycji zawodowej, poruszający się, rzec można, zupełnie swobodnie, w obrębie zachodniego aparatu bezpieczeństwa.

Nie ujawniono żadnych wiarygodnych podstaw do twierdzeń, jakoby Baud dopuścił się czynów, które w jakimkolwiek państwie prawa mogłyby skutkować tak surowymi represjami. Nie zarzucono mu współpracy z rosyjskimi instytucjami państwowymi czy przyjmowania jakichkolwiek korzyści majątkowych w zamian za wygłaszane komentarze. Nie wskazano ani jednego konkretnego czynu o charakterze kryminalnym. W oficjalnych komunikatach pojawiają się natomiast ogólnikowe, wręcz niepoważne formuły o „rozpowszechnianiu dezinformacji”, „narracjach sprzyjających Rosji” czy „teoriach spiskowych”.

Po raz pierwszy bodaj w historii współczesnej Europy „rozpowszechnianie teorii spiskowych” – pojęcie całkowicie nieostre, publicystyczne, pozbawione definicji prawnej – zostaje użyte jako podstawa do nałożenia kary o charakterze absolutnym.

Warto przy tym podkreślić, iż znaczna część tez przypisywanych Baudowi jako „prorosyjskie” to nie jego autorskie spekulacje, ale cytaty i parafrazy wypowiedzi zachodnich decydentów, wojskowych i analityków, w tym również byłych przedstawicieli władz Ukrainy, jak Aleksjej Arestowicz. Baud wielokrotnie podkreślał w swoich wystąpieniach, iż jego celem nie jest obrona Rosji, ale rekonstrukcja sekwencji decyzji politycznych i wojskowych, które doprowadziły do eskalacji konfliktu i wybuchu wojny.

Za to Baud został faktycznie wykluczony z obiegu gospodarczego i społecznego: nie może dysponować własnymi środkami finansowymi, nie może zawierać żadnych umów, nie może korzystać z niemal żadnych usług, których realizacja byłaby powiązana z jego nazwiskiem, adresem lub numerem telefonu. Jak sam relacjonował w wywiadach, choćby próby zamówienia jedzenia przez osoby trzecie kończyły się blokadą transakcji, ponieważ system identyfikował któryś z parametrów powiązanych z jego osobą. Nie może swobodnie podróżować, opuścić państwa, w którym przebywa (Belgia), ani funkcjonować zawodowo w jakiejkolwiek formie.

W praktyce oznacza to śmierć cywilną.

Decyzja Rady UE obejmuje kilka jasno określonych środków. Po pierwsze, zamrożeniu podlegają wszelkie aktywa finansowe i zasoby ekonomiczne osoby objętej sankcjami, które znajdują się na terytorium Unii Europejskiej lub podlegają jej jurysdykcji. Po drugie, wszystkim osobom fizycznym i prawnym na obszarze UE zakazuje się udostępniania jej jakichkolwiek „środków finansowych” lub „zasobów gospodarczych”, zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio. Oznacza to nie tylko brak możliwości prowadzenia działalności zawodowej, ale również faktyczną niemożność korzystania z podstawowych usług: bankowych, telekomunikacyjnych, logistycznych (zakup biletu na przejazd) czy handlowych (również zakup żywności), o ile w jakikolwiek sposób byłyby one powiązane z taką osobą.

Po trzecie, sankcje obejmują zakaz wjazdu oraz tranzytu przez terytorium wszystkich państw członkowskich UE. W praktyce oznacza to ograniczenie swobody przemieszczania się do jednego państwa – w przypadku Jacquesa Bauda – Belgii.

Baud wielokrotnie w udzielanych wywiadach zwracał uwagę na paradoks tej sytuacji: w klasycznym systemie prawnym choćby osoba skazana na karę więzienia zachowuje minimum gwarancji bytowych – dostęp do opieki medycznej, żywności, schronienia. Sankcje administracyjne, którym został poddany, nie zapewniają choćby tego. Został wypchnięty poza system prawa, poza system gospodarczy i poza sieć usług publicznych.

Bez wyroku. Bez procesu. Bez terminu obowiązywania kary.

Co szczególnie istotne, Baud przez lata zachowywał daleko idącą ostrożność. Konsekwentnie odmawiał udziału w programach w rosyjskich mediach, unikał języka propagandowego, publicznie podkreślał, iż nie chce być narzędziem żadnej wojny informacyjnej. To jednak nie miało żadnego znaczenia. W warunkach wschodzącej w tej chwili mądrości etapu nie chroni już ani ostentacyjne umiarkowanie, ani profesjonalizm, ani choćby dowiedziona lojalność wobec zachodnich instytucji. Wymagana jest pełna, idealna zgodność narracyjna. Za dowód jej niedotrzymania mogą posłużyć krótkie, odarte ze wszelkiego kontekstu fragmenty wypowiedzi.

Wśród osób objętych sankcjami znajduje się również Nathalie Yamb – aktywistka i publicystka krytyczna wobec polityki Francji i Unii Europejskiej w Afryce, związana z nurtem krytyki anty imperialnej i antykolonialnej. Jej przypadek jest o tyle istotny, iż pokazuje, iż represyjny mechanizm nie jest skierowany wyłącznie przeciwko proponentom „niesłusznych” analiz dotyczących Rosji, ale ma znacznie szerszy zakres. Potencjalnie obejmuje każdą narrację, która podważa dominujące dyskursy utrwalone na Zachodzie. Yamb miała o tyle więcej szczęścia, iż moment wprowadzenia sankcji zastał ją poza UE, co pozwoliło jej uniknąć pełnowymiarowego paraliżu.

Jej przypadek wykracza zresztą poza sam kontekst sankcji z grudnia 2025 roku. Dla niej jest to bowiem kolejny już etap długotrwałego ciągu uporczywych, represyjnych działań podejmowanych wobec niej przez państwa i instytucje europejskie w reakcji na jej publiczną działalność. Problemy Yamb rozpoczęły się niemal siedem lat temu, od jej wystąpienia podczas szczytu Rosja–Afryka w Soczi, w październiku 2019 roku, w którym ostro skrytykowała politykę Francji w Afryce. Udział w tego typu konwentyklach jest dla niej chlebem powszednim, co podkreślała w wielu wywiadach, zatem nie spodziewając się absolutnie niczego wyjechała później do Afryki Zachodniej, gdzie kontynuowała swoją działalność badawczą, konkretnie na Wybrzeżu Kości Słoniowej.

Dwa miesiące później, w grudniu 2019 roku, została stamtąd wydalona decyzją administracyjną władz, które uznały jej aktywność za „niezgodną z interesem narodowym”. Decyzja ta była powszechnie interpretowana jako polityczna „kara” za jej wystąpienie w Soczi i krytykę francuskiego systemu wpływów na rosyjskim (a więc z punktu widzenia establishmentu europejskiego wrogim) forum. Trzy lata później zaś, w 2022 roku z kolei Francja nałożyła na nią zakaz wjazdu. Dodajmy, również bez postępowania sądowego i bez wykazania naruszenia prawa.

Decyzją z 26 czerwca 2025 roku Rada UE objęła Yamb sankcjami w ramach tego samego reżimu „zagrożeń hybrydowych”, który zastosowano wobec Jacques’a Bauda. Sankcje te obejmują zamrożenie aktywów na terytorium UE oraz zakaz wjazdu i tranzytu przez państwa członkowskie. Ich uzasadnienie opiera się na zarzutach „manipulacji informacyjnej” i rzekomego „wspierania rosyjskich działań destabilizacyjnych w Afryce”. Ma się rozumieć, bez wskazania jakiegokolwiek czynu zabronionego w rozumieniu prawa karnego czy administracyjnego. Podobnie jak w przypadku Bauda, podstawą decyzji są selektywnie przywoływane wypowiedzi publiczne, kontakty i interpretacje polityczne.

Co ciekawe, po kilku tygodniach okazało się, iż sankcje nałożone przez Unię Europejską działają (przynajmniej niekiedy) skutecznie również poza jej terytorium oraz poza Europejskim Obszarem Gospodarczym. Pomimo tego, iż Nathalie Yamb posiadała rachunki bankowe w instytucjach formalnie nienależących do systemu UE, zostały one zablokowane, częściowo zablokowane lub objęte restrykcjami w wyniku wtórnej implementacji sankcji na poziomie instytucji rozliczeniowych powiązanych ze szwajcarskimi bankami.

Paragraf 22 à rebours

Wspólnym mianownikiem dla choćby tych dwóch przypadków nie jest oczywiście żadne „zagrożenie bezpieczeństwa”, ale krytyka wsparta siłą argumentu, autorytetu i dorobku. Krytyka polityki zagranicznej, krytyka narracji wojennej, krytyka mechanizmów władzy. Po raz pierwszy w historii „projektu europejskiego” jakaś forma dyskursu zostaje politycznie i formalnie zrównana z działaniami wrogimi, zagrożeniami egzystencjalnymi i jest karana pozaprawnie.

Kluczowym problemem nie jest tu zatem wyłącznie skala represji, ale ich status prawny – czy też pozaprawny, choć jednocześnie „legalny”. Inaczej mówiąc, mamy do czynienia z prawem faktycznego zawieszenia wszelkich gwarancji prawnych wobec wskazanej – ale bynajmniej nie skazanej! – jednostki. Jest to oczywiste kuriozum.

Sankcje nałożone na Bauda, Yamb i kolejnych dziesięć osób 15 grudnia ubiegłego roku nie są środkiem karnym w sensie prawnym. UE wyraźnie podkreśla, iż sankcje nie mają charakteru prawno-karnego, ale „prewencyjny” i „polityczny”; rzec można – pedagogiczny. Nie służą wszak karaniu przestępstw, ale „wpływaniu na zachowania” uznane za sprzeczne z celami wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Zastosowano osobliwy wytrych, za pomocą którego stwarza się pozory dopuszczalności faktycznego wyjęcia spod prawa każdego, kogo jakaś grupa wpływowych unijnych urzędników wskaże jako wymagającego „prewencyjnej” i „politycznej” „korekty zachowania”.

Nie tylko nie ma więc aktu oskarżenia i postępowania dowodowego. Nie ma też domniemania niewinności i prawa do obrony.

Powstaje decyzja polityczna wdrażana administracyjne, bez udziału osoby, której dotyczy. Jednostka dowiaduje się o sankcjach po fakcie, bez możliwości jakiejkolwiek apelacji.

Jedyną teoretyczną drogą odwoławczą i swoistą resztką ochrony prawnej pozostaje odwołanie do Trybunału Sprawiedliwości UE. Kontrola ta ma jednak charakter wyłącznie formalny. Trybunał nie bada, czy sankcje są proporcjonalne, czy naruszają prawa podstawowe ani czy ingerują w wolność słowa. Sprawdza jedynie, czy uzasadnienie wpisu na listę sankcyjną jest wewnętrznie spójne i formalnie poprawne. Oznacza to, iż jeżeli Rada UE nie popełni jakiegoś oczywistego błędu w uzasadnieniu, sankcje zostaną utrzymane. Co więcej, choćby w przypadku wygranej przed Trybunałem, Rada UE może w dowolnym momencie ponownie wpisać tę samą osobę na listę sankcyjną, korygując jedynie uzasadnienie decyzji. Jak pokazują przypadki Petra Avena i Michaiła Fridmana2, mechanizm ten pozwala na praktycznie nieograniczoną i niekontrolowalną władzę wykonawczą nad losem jednostki. Prawo do odwołania staje się w tej sytuacji wyłącznie cienką zasłoną proceduralną, która nie tylko nie chroni przed arbitralnością, ale może wręcz utrudniać dochodzenie praw przed innymi instancjami, w tym trybunałami praw człowieka.

Co więcej, choćby w przypadku ewentualnej „wygranej” przed Trybunałem, obecny mechanizm pozwala Radzie UE na natychmiastowe ponowne wpisanie tej samej osoby na listę sankcyjną – z poprawionym uzasadnieniem. Oznacza to, iż prawo do odwołania istnieje wyłącznie na papierze, a realna ochrona jednostki przed arbitralnością władzy została w tym obszarze de facto zniesiona.

W rozmowie z Pascal Lottazem, szwajcarskim akademikiem (obecnie wykładającym w Japonii) i analitykiem polityki międzynarodowej, prowadzącym kanał Neutrality Studies, doktor prawa Alexandra Hofer z Uniwersytetu w Utrechcie (zajmuje się badaniem prawa sankcyjnego) precyzyjnie wyłożyła mechanizm, który czyni obecny reżim, jak się wyraziła, „strukturalnie skrajnie niebezpiecznym z punktu widzenia podstawowych praw człowieka”.

Hofer zwraca uwagę na fundamentalną lukę systemową: sankcje personalne nie są w prawie unijnym klasyfikowane jako kara. W konsekwencji nie uruchamiają standardowych gwarancji procesowych adekwatnych dla postępowań karnych – takich jak domniemanie niewinności, prawo do obrony, jawność postępowania czy proporcjonalność środka do czynu. Jednocześnie jednak ich skutki są dla jednostki dalece bardziej dotkliwe niż wiele wyroków sądowych.

Jak podkreśla Hofer, mamy tu do czynienia z paradoksem prawnym: środki, które formalnie „nie są karą”, w praktyce działają „mocniej” niż kara, ale procedura ogołocona jest z jakichkolwiek zabezpieczeń gwarantowanych przez prawo. To jest odwrócony paragraf 22, dodatkowo do potęgi.

„Władza wykonawcza – w tym wypadku Rada UE – zyskuje możliwość nakładania drastycznych restrykcji bez konieczności wykazywania winy w sensie procesowym, bez przedstawiania dowodów i bez przechodzenia przez jakąkolwiek procedurę kontradyktoryjną” – stwierdza Hofer.

W tym sensie – jak wynika z jej analizy – nie mamy do czynienia z nadużyciem prawa czy jego nieprawidłowym (a tym samym zaskarżalnym) zastosowaniem, ale z wykształceniem się nowego obszaru działań ponadpaństwowej władzy wykonawczej, której instytucje postanowiły arbitralnie odejść od bazowej dla praworządności zasady trójpodziału władz.

„Bardzo istotne jest również to, iż sankcje te nie wymagają wykazania szkody ani zagrożenia w sensie materialnym. Nie trzeba udowodnić, iż czyjeś wypowiedzi doprowadziły do przemocy, destabilizacji czy jakichkolwiek realnych strat. Wystarczy po prostu uznać, iż mogą wpłynąć na środowisko informacyjne, cokolwiek to znaczy i jakkolwiek jest to rozumiane, w jakiś niepożądany sposób. Tak szeroko zakreślona kategoria pozwala objąć nią praktycznie każdą wypowiedź polityczną, analizę geopolityczną czy po prostu interpretację wydarzeń międzynarodowych” – podkreśla Hofer.

Mamy zatem do czynienia z radykalną zmianą paradygmatu. Wolność słowa przestaje być traktowana choćby formalnie jako zasada, od której odstępstwa muszą być wyjątkowe i proporcjonalne. Zostaje podporządkowana logice tzw. bezpieczeństwa informacyjnego, czyli cenzury, a zjawisko to, raz wprowadzone jako dopuszczalna opcja – jak wiadomo – ma skłonność do nieograniczonej ekspansji. A już teraz sytuacja jest skrajnie niepokojąca, skoro każdego kto proponuje alternatywne, niestandardowe narracje w obszarze polityki zagranicznej, można obłożyć ekskomuniką prawno-obywatelską.

Granica między debatą publiczną a wrogą działalnością praktycznie przestaje istnieć. Problem nie dotyczy zatem konkretnych nazwisk, ale wyłaniającej się nowej architektury ustrojowej Unii Europejskiej.

W klasycznym rozumieniu prawa międzynarodowego jedynym organem posiadającym jednoznaczny mandat do nakładania sankcji o charakterze powszechnie wiążącym jest Rada Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wynika to bezpośrednio z Karty Narodów Zjednoczonych, w szczególności z jej Rozdziału VII, który ustanawia system bezpieczeństwa zbiorowego i przewiduje stosowanie środków przymusu – w tym sankcji gospodarczych i politycznych – w odpowiedzi na zagrożenie pokoju, naruszenie pokoju lub akt agresji. Sankcje przyjmowane w tym trybie mają charakter kolektywny, opierają się na międzynarodowym konsensusie i są uznawane za zgodne z porządkiem prawa międzynarodowego właśnie dlatego, iż nie są działaniem jednostronnym, ale decyzją organu wyposażonego w globalną legitymację.

Na tym tle sankcje nakładane samodzielnie przez państwa lub organizacje regionalne – takie jak Unia Europejska czy Stany Zjednoczone – bywają określane w doktrynie jako sankcje jednostronne lub autonomiczne i od dekad stanowią przedmiot sporów prawnych. Krytycy wskazują, iż tego rodzaju środki naruszają podstawowe zasady prawa międzynarodowego, w tym zasadę suwerennej równości państw oraz zasadę nieingerencji w sprawy wewnętrzne innych podmiotów. W tym ujęciu sankcje jednostronne nie są postrzegane jako neutralne narzędzie polityki zagranicznej, ale jako forma przymusu ekonomicznego i politycznego, stosowanego bez mandatu ONZ i poza mechanizmami zbiorowej kontroli.

lustracją iluzorycznego charakteru kontroli sądowej nad reżimem sankcyjnym UE jest głośny przypadek rosyjskich biznesmenów Petra Avena i Michaiła Fridmana. W 2024 roku Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, iż Rada UE nie przedstawiła wystarczających dowodów, aby uzasadnić objęcie obu oligarchów sankcjami w pierwszym okresie ich obowiązywania (2022–2023). Trybunał uznał, iż twierdzenia o ich rzekomym „podważaniu integralności terytorialnej Ukrainy” oraz o bezpośrednim wpływie na decyzje władz rosyjskich miały charakter zbyt ogólnikowy i nie zostały poparte materiałem dowodowym spełniającym minimalne standardy formalne. W konsekwencji sankcje za ten konkretny okres zostały uchylone, co przez część komentatorów zostało błędnie odczytane jako poważne ograniczenie władzy Rady UE.

W rzeczywistości wyrok ten nie doprowadził do realnej ochrony praw jednostek objętych sankcjami. Rada UE już wcześniej, w marcu 2023 roku, ponownie wpisała Avena i Fridmana na listę sankcyjną, tym razem z „udoskonalonym” uzasadnieniem, opartym na zmodyfikowanej narracji faktycznej. W efekcie, mimo formalnego zwycięstwa przed Trybunałem, obaj biznesmeni pozostali objęci restrykcjami finansowymi i administracyjnymi, a ich sytuacja prawna w praktyce nie uległa poprawie. Przypadek ten pokazuje mechanizm o kluczowym znaczeniu ustrojowym: choćby gdy sąd unijny stwierdzi braki w uzasadnieniu decyzji sankcyjnej, władza wykonawcza może natychmiast odtworzyć ten sam stan represji poprzez ponowne wpisanie danej osoby na listę, bez konieczności wykazania nowej winy czy zmiany stanu faktycznego.

Idź do oryginalnego materiału