Kupiłeś akcje po dwadzieścia złotych. Sprzedałeś po osiemdziesiąt. Super. Gniecie tylko nieprzyjemne uczucie, gdy widzisz dalsze wzrosty. Dziewięćdziesiąt, sto. Szkoda tych zysków. Żal, zwłaszcza, iż oceniasz rynek przez pryzmat „trochę za bardzo to wzrosło”.
A może inaczej. Kupiłeś akcje po dwadzieścia złotych. Rosną. Osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt, sto. Dawno nie miałeś tak świetnego strzału. Tylko zaczyna się korekta. I znów dziewięćdziesiąt, osiemdziesiąt. Spadek dwadzieścia procent od szczytu na tyle niepokoi, iż sprzedajesz. I zaczyna się całe spektrum żalu oraz frustracji. Można było sprzedać wyżej. Przecież miałem jeszcze dodatkowy zysk. Oddałem zbyt łatwo te dwadzieścia procent.
Ekonomicznie sytuacja jest neutralna. W obu przypadkach zarobiłeś sześćdziesiąt złotych na każdej akcji, trzysta procent. Ale emocjonalnie to już zupełnie inna bajka.
Zatrzymaj się przez chwilę drogi czytelniku. Mając do wyboru te dwie sytuacje, którą być wybrał. W której wolałbyś się znaleźć?
Nie musimy być psychologami, znać prac Tversky’ego i Kahnemana czy pojęcia awersji do straty, żeby intuicyjnie unikać dyskomfortu wywoływanego utratą pieniędzy. W badaniach Petera Sokola-Hessnera i współpracowników z 2009 roku straty finansowe wywoływały silniejsze pobudzenie fizjologiczne niż porównywalne zyski. Z kolei badania Giorgio Coricellego pokazały, iż sam żal związany z porównywaniem rzeczywistego wyniku z tym, co mogliśmy osiągnąć, angażuje określone obszary mózgu i wpływa na nasze kolejne decyzje. Nie chodzi więc tylko o to, ile zarobiliśmy lub straciliśmy. Znaczenie ma również to jak traktujemy te pieniądze. W pierwszym scenariuszu żałujemy zysków, których nie osiągnęliśmy. W drugim żałujemy zysków, które już uważaliśmy za swoje. Choć w obu przypadkach kończymy z identycznym wynikiem finansowym, nasz umysł nie traktuje tych sytuacji jednakowo. Czym innym jest bowiem nie zarobić dodatkowych dwudziestu złotych, a czym innym patrzeć, jak dwadzieścia złotych, które już mentalnie mieliśmy w garści, znika. choćby jeżeli ta strata istnieje wyłącznie w naszej głowie.
Zadałem to pytanie w kilku mediach społecznościowych – w której sytuacji wolałbyś być – sprzedać za wcześnie, czy za późno. Zdecydowana większość wybierała to pierwsze. Tak jakby wiedzieli, czuli, a może mieli już za sobą te doświadczenia związane z emocjami i uczuciami, jakie nami targają, gdy tracimy pieniądze, choćby wtedy, gdy wciąż zysk jest ogromny. Oznacza, to iż większość z nas woli żałować tego, czego nie zarobiła, niż tego, co zdążyli już uznać za swoje, a następnie oddali rynkowi.
To zresztą niezwykły paradoks, jeżeli zestawimy te odpowiedzi z tym, co można przeczytać w mediach społecznościowych podczas obecnej hossy. Z jednej strony mamy nieustanne naśmiewanie się z „peroniarzy”, którzy zostali na peronie, bo nie zdążyli wsiąść do odjeżdżającego pociągu. Z tych, którzy sprzedali za wcześnie, bo przestraszyli się korekty albo uznali, iż ceny wzrosły już wystarczająco. Z drugiej strony mamy niekończące się deklaracje o inwestowaniu długoterminowym, spokojnym przeczekiwaniu spadków, wykorzystywaniu korekt do zakupów. Przecież giełda w długim terminie rośnie, a prawdziwy inwestor nie przejmuje się chwilowymi wahaniami. Deklarowanie odporności na straty, gdy od miesięcy obserwujemy rosnące notowania i coraz większe zyski, jest stosunkowo łatwe. Znacznie trudniej zachować ten spokój, kiedy rynek zaczyna odbierać nam pieniądze, które zdążyliśmy już uznać za swoje. Bo wtedy wielu inwestorów zaczyna popełniać mnóstwo błędów. Dobrym przykładem są historie osób, opowiadających o tym, jak po zamknięciu pozycji z ogromnym zyskiem, chciały odrobić owe „utracone korzyści”. Miały w głowie stan swojego rachunku ze szczytów i zaczęły traktować to jako punkt odniesienia (kotwicę), który trzeba pokonać. To zaś sprawiało, iż zaczynały podejmować większe ryzyko, częściej handlować, łapać okazje. Wszystko po to, żeby odebrać od rynku to, co ten nieuczciwie zabrał.
Trwająca wciąż hossa jest czymś niesamowitym. Akcje spółek potrafiły zyskiwać w krótkim czasie po kilkaset procent, a choćby więcej. jeżeli z 10 000 zrobiliśmy kilkadziesiąt, a może kilkaset to korekty nie muszą robić na nas wrażenia. Szczególnie jeżeli przyzwyczailiśmy się, iż są krótkotrwałe. Ale znacznie ciekawsze będą sytuacje, gdy załamanie będzie większe i wiele osób będzie musiało się zmierzyć z sytuacją, gdy straty naprawdę będą bolały. Bo co z tego, iż zysk przez cały czas jest znaczący, jeżeli chwilę wcześniej był dużo, dużo większy. Te historie znacznie więcej powiedzą o nas samych, bo znajdzie się w nim wszystko to co sprawia, iż rynek jest wymagający. Nie tylko żal z utraconych pieniędzy, ale również konfrontacja z tym, iż oto nasze metody nie były specjalnie wyrafinowane. Po prostu płynęliśmy na fali.

7 godzin temu






