Góral kontra sieć hoteli, czyli wakacje w kajdanach biurokracji

1 dzień temu

Do konsultacji trafił projekt z Ministerstwa Sportu i Turystyki regulujący tzw. najem krótkoterminowy. Formalnie to projekt ustawy o zmianie ustawy o usługach hotelarskich oraz usługach pilotów wycieczek i przewodników turystycznych. Nazwa trąci nudą, ale to nuda pozorna. Bo to propozycja przepisów z poważnymi konsekwencjami dla tych, którzy próbują dorobić na turystyce. Podkreślam – dorobić, a nie systemowo zarabiać.

Projekt obarczony jest grzechem pierworodnym. Resort, realizujący misję walki z platformami wynajmu krótkoterminowego, postanowił wrzucić do jednego worka wszystkich: od skromnego górala wynajmującego pokój pod Tatrami, przez inwestorów posiadających 20 mieszkań na wynajem, po międzynarodowe sieci hotelowe. Bo po co rozróżniać? Przecież wszyscy jesteśmy pozornie równi. Mamy tu kompletny brak rozróżnienia między okazjonalnym wynajmem w niewielkiej skali a profesjonalną machiną hotelarską lub inwestycyjną. W efekcie mieszkanka Beskidów, która latem i w środku zimy dorabia, wynajmując dwa pokoje turystom, musi formalnie spełniać te same wymogi co pięciogwiazdkowy moloch w centrum Warszawy. Kilka pokoi to dla ustawodawcy to samo, co setki apartamentów w sieci. A co z sezonowością? Nic, zero, nul. W efekcie góral spod Tatr, ma tańczyć do tej samej biurokratycznej melodii, co korporacyjny gigant z basenem i spa. Jedyna „ulga”, to niektóre przepisy przeciwpożarowe, ale wynikające z tego w jak dużym budynku świadczona jest usługa. Tu mały ma nieco lepiej.

Ale to nie wszystko. Ocena skutków regulacji mocno zaskakuje. W tym dokumencie, który jest oficjalnym stanowiskiem resortu, nie ma ani słowa o wpływie na ceny na rynku. To nie jest przeoczenie, to czyste zakłamywanie rzeczywistości. Gdy mali wynajmujący zaczną tonąć w papierach, rejestracjach i kontrolach, to albo zrezygnują, albo ceny pójdą w górę, bo koszty wzrosną. Turysta zapłaci więcej. Brak tej świadomości w OSR zdaje się być poważnym błędem. Dla hoteli, które poradzą sobie z takimi zmianami, będzie to oczywiście doskonała sytuacja biznesowa, bo ustawa „wytnie” część konkurencji. Resort udaje, iż to nie ich problem, iż rynek się nie zmieni. Klasyka polskiej polityki.

Najwięcej kontrowersji w debacie publicznej budzi w tej chwili inny zapis. Otóż projekt daje wspólnotom mieszkaniowym uprawnienia do decydowania o sposobie wykorzystania lokali, w tym zakazie wynajmu krótkoterminowego. Uzasadnienie jest przy tym oparte na względnie mocnych przesłankach. Powodem takiej regulacji są faktyczne skargi na niekończące się incydenty, zakłócenia ciszy nocnej, pijatyki w wynajmowanych krótkoterminowo lokalach. Problem w tym, czy rolą wspólnoty jest decydowanie o przeznaczeniu lokalu? Jak się wydaje pierwszym, naturalnym sposobem załatwiania takich spraw jest kodeks wykroczeń i grzywny dla łamiących zasady współżycia społecznego, a w przypadku „recydywy” także dyscyplinowanie właściciela lokalu.

Bo działanie wspólnoty w postaci zakazów i ograniczeń, to recepta na konflikty sąsiedzkie. W dodatku to sytuacja absolutnie podważająca zasady jakichkolwiek inwestycji. Jedna wspólnota głosuje za zakazem krótkoterminowego wynajmu, bo „hałas”. Inna pozwala na wynajem. Zero stabilizacji i przestrzeń na nieracjonalne decyzje. To skrajna nierówność w rozumieniu i stosowaniu prawa w „wydaniu blokowym”, gdzie czasami zazdrość i zawiść będą dyktować rozwiązania. Co więcej, zgoda na wynajem może być w każdym czasie przez wspólnotę zmieniona na zakaz lub ograniczenia. To chora sytuacja. Tym zapisem zamiast rozwiązywać problemy, tworzymy nowe fronty i pola konfliktów.

I tu dochodzimy do sedna. Najem krótkoterminowy bywa uciążliwy i bywa kłopotem. Ale winne za ten stan rzeczy nie są platformy pośredniczące i turyści, tylko niewydolny wymiar sprawiedliwości. Gdyby sądy działały sprawnie, właściciel lokalu z hucznymi imprezami – tymi, co budzą pół osiedla o trzeciej nad ranem – dostałby karę w ciągu siedmiu dni. Mandat, zakaz prowadzenia działalności, rozwiązanie. Ale u nas wymiar sprawiedliwości to moloch, który najprostsze sprawy roztrząsa latami. Więc co robi rząd? Zamiast naprawić sądy, wciska administracyjne regulacje.

Rejestracje, ewidencje, zakazy, decyzje wspólnot – biurokracja zamiast racjonalności. To polska specjalność w stanowieniu prawa: maskowanie problemów nowymi regulacjami. A ten projekt wpisuje się, niestety, w takie rozumienie prawa. Zamiast wspierać turystykę, dusi małych graczy, wpłynie na rosnące ceny.

A my, turyści? Zapłacimy za to wszystko rachunkiem w hotelu, który nagle stanie się – niemal – monopolistą.

Felietony publikowane na naszej stronie przedstawiają poglądy autora, a nie oficjalne stanowisko Warsaw Enterprise Institute.

Idź do oryginalnego materiału