Polska nie jest jedynym krajem europejskim, który potrzebuje utalentowanych imigrantów, by oliwić tryby gospodarki, a globalny zasób takich ludzi wcale nie jest wyjątkowo duży. W związku z tym polityka migracyjna nie może ograniczać się do zmniejszania szkód albo tarć administracyjnych – pisze Sebastian Stodolak dla Dziennik Gazeta Prawna.
Nie mamy nic przeciwko imigrantom, jeżeli pracują – to w Polsce opinia nierzadka. Ale czy wygłaszający ją wiedzą, jak to jest o tę pracę się u nas starać, imigrantem będąc? Nie chodzi o brak ofert. Chodzi o biurokrację. Można odnieść wrażenie, iż przepisy dotyczące pobytu i pracy imigrantów w Polsce pisali Joseph Heller wespół z Franzem Kafką. To biurokratyczny labirynt absurdalnych procedur – diaboliczne zespolenie „Paragrafu 22” i „Procesu”, skutkujące tym, iż według Wskaźników Atrakcyjności dla Talentów (ITA) na 38 państw OECD pod względem przyciągania wysoko wykwalifikowanych pracowników zajmujemy dopiero 29. miejsce, a przedsiębiorców – 30. Wypadamy gorzej niż większość państw regionu.
Imigracja: inżynierowie naprawdę potrzebni
Europoseł Dominik Tarczyński nie widzi w tym problemu. Napisał niedawno na X, iż bez imigrantów „polska gospodarka poradziła sobie przez 1000 lat. Poradzi sobie i teraz”.
Niestety, oba człony tego twierdzenia są mocno wątpliwe. Po pierwsze, historycznie rzecz biorąc, polska gospodarka radziła sobie różnie, ale zwykle lepiej właśnie w tych okresach, gdy przyjeżdżali imigranci: Niemcy, Żydzi, Ormianie, Tatarzy, Olędrzy (osadnicy z Niderlandów), a choćby Szkoci. Stare Szkoty w Gdańsku nie wzięły się znikąd. Po drugie, jeżeli chodzi o przyszłość naszej gospodarki, to radzenie sobie bez imigrantów będzie trudniejsze niż w przeszłości. Nie żyjemy już w opartych na wyzysku społeczeństwach feudalnych ani w systemach merkantylistycznych opartych na grabieniu sąsiadów – nie żyjemy więc w systemach, w których zupełnie nie liczył się człowiek. Żyjemy w zglobalizowanym kapitalizmie, w którym rozwój odbywa się właśnie dzięki ludziom i ich dobrowolnej współpracy. A im bardziej zaawansowany ten kapitalizm i im bardziej nowoczesna gospodarka, tym bardziej odbywa się on dzięki adekwatnym ludziom: najbardziej pracowitym, pomysłowym i najlepiej wykształconym.
Potwierdza to ekonomistka Sabiha Oltulutar w pracy z 2025 r. „Human Capital Dynamics Are the Key to Economic Growth: Source of Value of the Future”, pisząc, że „jednym z najbardziej kluczowych zasobów wspierających długookresowy i stabilny wzrost w krajach rozwiniętych jest wzrost wielkości kapitału ludzkiego. (…) prowadzi on do większego wzrostu poziomu całkowitej produkcji w porównaniu z akumulacją zasobów naturalnych i kapitału fizycznego”. W tym kontekście już 34 lata wcześniej Kevin Murphy, Andrei Shleifer i Robert Vishny w pracy „The Allocations of Talent: Implications for Growth” przedstawiali konkretne wyliczenia, jeżeli idzie o talenty inżynieryjne. Oto, analizując bazę danych z 91 państw pokrywających lata 1970–1985, odkryli, iż jeśliby zwiększyć liczbę studiujących kierunki inżynieryjne o 10 proc., PKB wzrośnie o dodatkowe 0,5 proc. rocznie.
Czy osoby rozumujące w stylu posła Tarczyńskiego zakładają, iż ten konieczny dla wzrostu kapitał ludzki da się wykuć, wyłącznie opierając się na „narodowych zasobach” demograficznych? jeżeli tak, to ignorują powszechną już przecież wiedzę o szybkim starzeniu się naszego społeczeństwa. Wskaźnik dzietności oscylujący wokół jednego dziecka na kobietę sprawi, iż – to szacunki Komisji Europejskiej – liczba potencjalnych pracowników skurczy się z w tej chwili niecałych 22 mln ludzi w wieku produkcyjnym do ok. 18 mln w 2050 r. – i to w optymistycznym scenariuszu!
Doświadczenia innych państw wskazują, iż próby podniesienia wskaźnika dzietności w istotnym stopniu okażą się płonne, więc choćby jeżeli uda nam się wykształcić nasze społeczeństwo jeszcze lepiej, luki na rynku pracy własnymi, narodowymi siłami nie uzupełnimy. Owszem, imigracja nie stanowi panaceum na problemy demograficzne i związane z nimi napięcia strukturalne (jak np. presja kosztowa w ochronie zdrowia), ale stanowi – jeżeli mowa o imigracji w ogóle – niezbędny środek łagodzący na czas potrzebny do ich rozwiązania, jak i – jeżeli mówimy o imigrantach wykwalifikowanych – lewar to rozwiązanie ułatwiający.
Imigracja rozumiana ogólnie łagodzi braki na rynku pracy, a jej „specjalistyczny” podtyp zwiększa pulę pomysłów i polepsza know-how ich wprowadzania. Przykładowo w Polsce wyjątkowo dobrze rozwinęła się branża gier komputerowych. Ponad 800 firm notuje roczny przychód o wartości 1,3 mld euro. Około 14,5 proc. z 15 tys. zatrudnionych w nich ludzi to obcokrajowcy. Ten ponadprzeciętny względem innych branż odsetek to pochodna olbrzymiej konkurencji w tym sektorze. Od jego pracowników wymaga się unikatowych umiejętności, co utrudnia skompletowanie zespołu w oparciu o rynek rodzimy. Każdy kolejny nowo zatrudniony talent – sprawny programista z Indii, grafik z Kolumbii czy dźwiękowiec z USA – umożliwia branży dalszy wzrost. Ten wzrost to nie tylko zysk właścicieli, ale też większe zatrudnienie „dokoła” tych branż, większe zainteresowanie związanymi z nimi kierunkami studiów wśród Polaków, a także większe wpływy z podatków do krajowego budżetu.
(…)
Cały artykuł dostępny TUTAJ.

1 dzień temu








![Ceny paliw: Stabilizacja diesla i droższa benzyna od wtorku [PROGNOZA]](https://agroprofil.pl/cms/wp-content/uploads/2024/03/paliwo.jpg)

