Dlaczego ludzie decydują się na dzieci? A może przez większą część historii wcale się na nie nie decydowali, ale po prostu je mieli? Ten wpis jest próbą prześledzenia, jak zmieniały się motywacje związane z rodzicielstwem od epoki kamienia aż po XXI wiek. Na końcu czekają wnioski, które trudno uznać za szczególnie optymistyczne.
Około 20 tysięcy lat temu – w epoce kamienia (górny paleolit), gdy ludzie żyli jeszcze jako koczowniczy łowcy-zbieracze – posiadanie dzieci miało zupełnie inny charakter niż obecnie. W tamtych czasach posiadanie dzieci było czystą koniecznością biologiczną oraz jedynym sposobem na przetrwanie grupy. Ludzie żyli w małych, rodzinnych grupach (klanach). Podobnie jak inne ssaki, ludzie podążali za silnym instynktem biologicznym. Seks był naturalną częścią życia klanu, a ciąża była naturalną konsekwencją współżycia, choć trudno dziś stwierdzić, jak dokładnie w tamtej epoce rozumiano sam mechanizm zapłodnienia.
Surowe warunki życia, urazy, infekcje, ataki drapieżników i głód sprawiały, iż do wieku dorosłego dochodził tylko ułamek rodzących się dzieci. Liczne porody miały istotną zaletę dla klanu, by ten po prostu nie wymarł. Większa liczba członków grupy oznaczała łatwiejsze polowanie na dużą zwierzynę (np. mamuty), lepszą obronę przed drapieżnikami oraz innymi grupami ludzkimi. Liczne figurki tzw. Wenus (np. słynna Wenus z Willendorfu), przedstawiające kobiety o bardzo przerysowanych cechach kobiecych (duże piersi, szerokie biodra) wielu archeologów interpretuje jako symbole płodności i macierzyństwa, choć ich znaczenie pozostaje przedmiotem dyskusji.
Z drugiej strony, nie był to świat wolny od dzieciobójstwa. Badacze spierają się odnośnie tego, ile noworodków w społecznościach łowców-zbieraczy uśmiercano. Matka wędrująca za stadem nie była w stanie nieść i wykarmić dwójki małych dzieci naraz. jeżeli noworodek urodził się za wcześnie (gdy starsze dziecko wciąż wymagało noszenia) albo klan cierpiał głód, prawdopodobnie porzucano go lub zabijano. Szczególnie trudna mogła być sytuacja dzieci rodzących się z poważnymi wadami lub chorobami, gdyż klan nie mógł pozwolić sobie na obciążenie osobą, która nie będzie w stanie sama się przemieszczać i polować. Ciągłe przemieszczanie się, koczowniczy tryb życia i długie karmienie piersią (nawet do 3–4 roku życia dziecka) były naturalną formą antykoncepcji (tzw. niepłodność laktacyjna).
Sytuacja zmieniała się wraz z rozwijającą się cywilizacją. W społeczeństwach rolniczych dzieci od najmłodszych lat pracowały w polu, przy zwierzętach lub w rzemiośle. Więcej dzieci oznaczało więcej rąk do pracy i większe szanse na przetrwanie rodziny. Nie istniały systemy emerytalne ani ubezpieczenia społeczne, dlatego jedyną gwarancją opieki i utrzymania na starość lub w chorobie były własne dorosłe dzieci. Przez wieki ogromny odsetek dzieci (często od 30% do choćby 50%) nie dożywał dorosłości z powodu chorób, głodu i braku higieny. Ludzie musieli mieć wielu potomków, aby przynajmniej dwoje lub troje przeżyło i mogło przejąć gospodarstwo oraz utrzymać rodziców.
Z czasem społeczności tworzyły złożone hierarchie i liderów. Dla nich przez wieki najważniejsze było posiadanie męskiego potomka, który mógłby odziedziczyć ziemię, tytuły, nazwisko i status społeczny, zapobiegając przejęciu majątku przez obcych.
Ale poza najwyższymi kręgami decyzja o posiadaniu dziecka nie była taka oczywista. W starożytnym Rzymie i Grecji ojciec rodziny (pater familias) miał władzę nad życiem i śmiercią domowników. Po porodzie dziecko kładziono na ziemi – jeżeli ojciec je podniósł, uznawał je za swoje. jeżeli odszedł, stawało się „niechciane”. To prawo należało do ojca, w przypadku matek-dzieciobójczyń dochodziło do potępienia. Zamiast bezpośredniego zabijania, powszechnie praktykowano tzw. ekspozycję. Niemowlęta wynoszono na wysypiska śmieci, pod mury miast lub na rozstaje dróg. Dziewczynki były znacznie częściej niechciane niż chłopcy. Wymagały w przyszłości posagu, co dla ubogich rodzin oznaczało ruinę finansową. W liście rzymskiego obywatela Hilariona do ciężarnej żony z 1 roku p.n.e. pisał on: „Jeśli urodzisz chłopca, zachowaj go; jeżeli dziewczynkę, porzuć ją”. Część z tych niemowląt umierała z głodu i zimna. Inne były zabierane przez handlarzy niewolników, którzy wychowywali je na darmową siłę roboczą lub do pracy w domach publicznych.
Istotną zmianę przyniosły religie, a przede wszystkim wielka trójka: judaizm, chrześcijaństwo i islam. Większość dawnych religii i kultur traktowała płodność jako błogosławieństwo, a bezdzietność jako karę lub powód do wstydu. W kulturze chrześcijańskiej nadrzędnym celem małżeństwa było zrodzenie potomstwa. Moralność chrześcijańska narzucała ścisłą granicę: przed ślubem brak współżycia, po ślubie obowiązek płodności. Model rodziny opierał się na dominującej roli ojca i podporządkowaniu żony, a pozamałżeńskie i nieheteronormatywne rodziny były piętnowane. Zabijanie dzieci z czasem coraz bardziej potępiano moralnie, i tak samo oceniano porzucanie ich na pewną śmierć. Jednak skrajna bieda i piętnowanie samotnych matek doprowadziły do powstania innych patologii: powszechne stało się podrzucanie noworodków do klasztorów, w których opiekunki nie zawsze dbały o dziecko. Czasem celowo głodziły lub podtruwały niemowlęta opium w celu pobrania opłaty od matek i szybkiego pozbycia się „problemu“. Baby-farming miał przynosić zysk.
Powody biologiczne i ekonomiczne posiadania dzieci długo nie zmieniały się jako wiodące, przy czym korzyści z pracy dzieci na roli coraz częściej trafiały do wyższych warstw społecznych. Jeszcze długo wysoka śmiertelność potomstwa ograniczała liczebność rodzin pomimo płodności. Niewiadomą było, czy dziecko przeżyje najtrudniejszy okres pierwszych lat.
Rewolucja przemysłowa w XIX wieku sprawiła, iż model agrarny upadł. Przetrwanie w kapitalizmie stało się kluczowe, zmuszając dzieci do pracy w fabrykach, wykorzeniając je ze wsi i czyniąc je towarem na rynku pracy. Jednocześnie potomstwo było jedyną siecią wsparcia w razie wypadku w fabryce, kalectwa czy nagłej choroby rodzica. Państwo opiekuńcze jeszcze nie powstało, a potworne warunki pracy i bieda podtrzymywały istnienie baby-farmingu. Prof. Anne-Marie Kilday z Oxford Brookes University w swojej monografii badała historię „fabryk aniołków”, w których opiekunki celowo głodziły lub podtruwały niemowlęta opium w celu pobrania opłaty od matek.
Zupełnie inaczej wyglądało to w klasie średniej i wyższej. Narodziła się motywacja, którą znamy współcześnie: dziecko stanowiło powód do dumy, dowód sukcesu życiowego i prestiżu. Dzieci bogatych miały przejąć fabryki, rozwijać kapitał i piastować wysokie urzędy. Coraz większego znaczenia zaczęły nabierać emocjonalne motywacje związane z rodzicielstwem. Pojawił się model matki, która nie pracuje zarobkowo, ale w pełni dedykuje swój czas wychowaniu, edukacji i kształtowaniu moralnemu potomstwa.
Ostatni wiek zmienił w kwestii dzietności niemal wszystko. Pojawił się system emerytalny i prawnie zakazano pracy dzieci, nadano dzieciom prawa, wprowadzono obowiązek szkolny. Medycyna podniosła trwanie życia i przeżywalność noworodków. Pojawiła się skuteczna i powszechna antykoncepcja. Dostęp do legalnej aborcji w wielu krajach (oraz rozwój medycyny w tym zakresie) sprawił, iż kobiety rzadziej są zmuszane do rodzenia dzieci z ciąż będących efektem przemocy, braku wiedzy czy rodzinnego nacisku. Współczesne kobiety mają dostęp do edukacji, rynku pracy i niezależności finansowej, co daje im wolność wyboru, czy i kiedy chcą zostać matkami.
Motywacje do posiadania dzieci częściowo odmieniły się. Dziecko jest raczej inwestycją niż darmową siłą roboczą czy zabezpieczeniem emerytalnym. Współczesne benefity i dotacje nie sprawiają, iż decydujemy się na dzieci „dla zysku”, ponieważ w realiach gospodarki XXI wieku rodzenie dzieci z powodów czysto finansowych jest po prostu matematycznie nieopłacalne, a dotychczasowe badania sugerują, iż transfery finansowe, choć mogą wpływać na decyzje o posiadaniu dzieci, to samymi świadczeniami nie odwracają trwale trendu niskiej dzietności. Propozycje mocnych ekonomicznych bodźców, jak stała pensja dla matek, budzą wątpliwości zarówno ekonomistów, jak i socjologów.
Planowanie rodziny i antykoncepcja sprawiły, iż choć mamy w sobie ewolucyjny popęd, to potrafimy panować nad jego skutkami. Spadła presja społeczna i religijna na dzietność, choć kultura przez cały czas promuje realizację roli rodzica jako typową ścieżkę dorosłości. choćby dla niewierzących posiadanie dzieci było i jest postrzegane jako dostępny człowiekowi sposób na „oszukanie“ śmierci. Przekazanie swojego nazwiska, genów, historii rodzinnej i tradycji dawało poczucie, iż cząstka człowieka przetrwa po jego odejściu. W dobie konsumpcjonizmu dla wielu osób rodzicielstwo stało się jednym z najważniejszych źródeł poczucia sensu i celu w życiu. Nadaje życiu jasny kierunek, strukturę i cel wykraczający poza własne „ja”. Wiele osób chce robić w życiu coś, co ma fundamentalne znaczenie. Kiedy człowiek osiąga stabilizację i czuje się wewnętrznie spełniony, naturalnie pojawia się w nim potrzeba opiekuńczości. Psycholog Erik Erikson określał ten etap mianem generatywności, czyli potrzeby troski o kolejne pokolenie i pozostawienia po sobie trwałego śladu.
Tu dochodzimy do roli potrzeb emocjonalnych, chęci przeżywania bezwarunkowej miłości oraz budowania silnych więzi rodzinnych, pragnienia zaszczepienia młodemu pokoleniu własnych zasad moralnych, tradycji oraz pasji. Miłość rodzicielska i czysta euforia z obserwowania, jak rośnie nowy człowiek, towarzyszą nam od zawsze. Definicja miłości uległa zmianie: dawniej kochać dziecko oznaczało zapewnić mu przetrwanie, nauczyć posłuszeństwa i przygotować do ciężkiej pracy. Współcześnie kochać dziecko oznacza dbać o jego dobrostan psychiczny, rozwijać jego talenty, szanować jego autonomię i zapewniać mu bezwarunkową akceptację. Jednocześnie mamy poczucie, iż relacje międzyludzkie stały się niezwykle nietrwałe (znajomości z aplikacji, łatwe rozstania, praca oparta na krótkich kontraktach). Relacja rodzic-dziecko jest zwykle postrzegana jako jedna z najtrwalszych i najgłębszych więzi w życiu człowieka. Ludzie szukają w życiu absolutnego zakotwiczenia emocjonalnego, kogoś, dla kogo będą całym światem i kto dla nich stanie się najważniejszy. Dlatego stworzenie własnej rodziny może być postrzegane jako budowa własnego, bezpiecznego azylu mikrowspólnoty.
Część ludzi decyduje się na dziecko z czystej, biologicznej i psychologicznej ciekawości. Chcą zobaczyć, jak miks ich genów, cech charakteru i wychowania ukształtuje nowego człowieka. Chcą przeżyć proces bycia przewodnikiem po świecie – pokazać komuś morze po raz pierwszy, przeczytać ulubioną książkę z dzieciństwa, obserwować, jak kształtuje się unikalna osobowość. To motywacja czysto twórcza – dziecko jako „najważniejsze dzieło życia”.
Nieczęstym wyborem jest duża rodzina, ale osoby, które się na nią decydują, mówią, iż jest źródłem głębokiego szczęścia, ciepła i emocjonalnego spełnienia. Współczesne badania (np. analizy portali parentingowych i socjologów) pokazują, iż rodzice decydujący się na kolejne dzieci często deklarują: „Fantastycznie czuję się w tej roli – zmęczenie jest ogromne, ale szczęście w codzienności najgłębsze”. Gdy ludzie wybierają wielodzietność, podoba im się styl życia, jaki ona generuje. Duży dom, gwar, wspólne święta, wakacje, wzajemne interakcje między rodzeństwem – to świadomie wybrana estetyka i kultura codzienności. Wychodzą z założenia, iż relacje rodzinne to najcenniejsza i najtrwalsza rzecz, jaką mogą w życiu zbudować. Czasem decydują się na trzecie czy czwarte dziecko dla dobra już posiadanych dzieci. Chcą dać swoim dzieciom tzw. kapitał społeczny na przyszłość, wierzą, iż wychowywanie się w dużej grupie uczy naturalnej empatii, dzielenia się, negocjacji oraz zapobiega samotności. Część osób decyduje się na dużą rodzinę, ponieważ sami byli jedynakami i brakowało im rodzeństwa, bądź odwrotnie – wychowali się w szczęśliwych, dużych domach i chcą ten model odtworzyć w dorosłym życiu. Działa to jako świadoma chęć zaoferowania nowemu pokoleniu najlepszych możliwych doświadczeń emocjonalnych.
Śledząc historyczne przemiany, łatwo dostrzec, jak liczba niechcianych dzieci spadła. Dawniej były kojarzone z biedą i przemocą, dziś często utożsamiane z marginesem społecznym i porażką. W krajach rozwiniętych zaszła fascynująca zmiana: posiadanie zadbanego potomstwa staje się symbolem luksusu, stabilności i wysokiego statusu. Dzietność przestała być konsekwencją biologicznego popędu, a choćby budowania ekonomicznego bezpieczeństwa, koniecznością stając się rezultatem wolnego wyboru i zróżnicowanych wysokich potrzeb: samorealizacji, statusu, miłości i przynależności.
Z racji tego, iż standardy „dobrego wychowania” (edukacja, zajęcia dodatkowe, wakacje) są niezwykle kosztowne, stać na nie głównie osoby zamożne i pewne swojej przyszłości. Dzięki antykoncepcji niezamożni obywatele nie muszą jednak przeżywać dramatów posiadania niechcianych dzieci. Wybór posiadania dzieci jest dobrowolny i szanowany, rodzą się właśnie z tego wyboru, któremu towarzyszą ciepłe emocje.
Aby to było możliwe, muszą być spełnione podstawowe warunki ekonomiczne dla rodziny. Potrzebna jest atmosfera bezpieczeństwa, stabilności oraz względna spójność społeczna tak, by najwyższe potrzeby ludzkie miały pełne pole do realizacji. Trudno budować długoterminowe plany życiowe w atmosferze silnych konfliktów, niepewności czy powszechnego lęku o przyszłość. Rodzicielstwo wymaga patrzenia lata naprzód, więc decyzja o posiadaniu dzieci jest szczególnie wrażliwa na społeczne nastroje i poczucie bezpieczeństwa.
Dlatego nie spodziewam się trwałej poprawy współczynników dzietności. Bardziej prawdopodobne wydaje się dalsze starzenie społeczeństw i utrzymywanie się ujemnego przyrostu naturalnego.




![Nie widzę przeszkód, dowożę wyniki. Dlaczego pracodawcy wciąż boją się zatrudniać osoby z niepełnosprawnościami? [Gość INFOR.PL]](https://g.infor.pl/p/_files/39308000/gosc-inforpl-nowa-minatura-(5)-39308476.jpg)







