
Przez lata wydawało mi się, iż praca w dużej firmie daje wszystko, czego człowiek szuka: stabilizację, przewidywalność, jasne zasady i możliwość rozwoju. W końcu to właśnie korporacje kojarzą się z profesjonalizmem, nowoczesnością i uporządkowanymi procesami.
Dziś wiem, iż to środowisko nie jest dla wszystkich.
To nie jest tekst o konkretnej firmie. To felieton o moich doświadczeniach, o tym, jak wygląda życie w świecie, w którym procedury często stają się ważniejsze od człowieka.
Gdy schemat jest ważniejszy od rozwiązania
Największym zaskoczeniem było dla mnie to, iż w korporacji nie zawsze najważniejsze jest rozwiązanie problemu.
Najważniejsze jest... zastosowanie odpowiedniego procesu.
Jeżeli sytuacja mieści się w przygotowanym wcześniej schemacie – wszystko działa sprawnie. Problem zaczyna się wtedy, gdy pojawia się przypadek nietypowy.
Klient chce załatwić coś, czego procedura nie przewiduje.
Pracownik widzi rozwiązanie.
Wie, co należałoby zrobić.
Ale nie może.
Bo system tego nie przewiduje.
Wtedy obie strony uderzają w mur. Klient słyszy po raz kolejny tę samą odpowiedź. Nie dlatego, iż pracownik nie chce pomóc, ale dlatego, iż nie ma możliwości zrobić niczego innego. Czasem ma się wręcz wrażenie, iż powtarzanie tych samych zdań ma sprawić, iż klient w końcu się podda.
Program wie lepiej niż człowiek
Coraz więcej decyzji podejmowanych jest na podstawie wyników generowanych przez różne programy, statystyki i sztuczną inteligencję.
Liczby stają się ważniejsze od doświadczenia.
Tabele są ważniejsze od obserwacji.
Wskaźniki są ważniejsze od zdrowego rozsądku.
Tyle iż nie wszystko da się zmierzyć w Excelu.
Nie każdą rozmowę z klientem da się zamknąć we właściwym czasie.
Nie każdą sytuację da się sprowadzić do jednego algorytmu.
A mimo to często właśnie algorytm staje się ostatecznym sędzią.
Najniższy szczebel mówi. Nikt nie słucha.
Najwięcej o problemach wiedzą zwykle osoby, które każdego dnia rozmawiają z klientami.
To one widzą, co działa.
To one widzą, co nie działa.
To one słyszą pretensje, pytania i frustrację klientów.
Paradoks polega na tym, iż właśnie ich głos często ma najmniejsze znaczenie.
Można zgłaszać pomysły.
Można przedstawiać argumenty.
Można pokazywać konkretne przykłady.
A później...
...cisza.
Albo odpowiedź, iż "taki jest proces".
Nawet jeżeli ktoś wyżej dostrzeże sens uwag pracowników, bardzo rzadko przyzna to głośno. Łatwiej utrzymać obowiązującą narrację niż powiedzieć: "macie rację, warto coś zmienić".
Robimy to, bo ktoś tak zdecydował
Z czasem zaczął mnie zastanawiać pewien mechanizm.
Wiele rzeczy wykonywało się nie dlatego, iż przynosiły korzyść klientowi, pracownikowi czy firmie.
Nie dlatego, iż usprawniały pracę.
Nie dlatego, iż miały sens.
Po prostu dlatego, iż ktoś kiedyś podjął taką decyzję.
I choćby jeżeli wszyscy widzieli, iż dane rozwiązanie nie ma najmniejszego sensu, przez cały czas należało je realizować.
Bo procedura była ważniejsza od efektu.
Szkolenia bez rozwoju
Przed rozpoczęciem pracy wyobrażałam sobie, iż szkolenia będą okazją do zdobywania nowych umiejętności.
Rzeczywistość wyglądała inaczej.
Znaczna część szkoleń polegała na poznawaniu kolejnych procedur, nowych schematów i następnych obowiązków.
Nie rozwijałam się jako specjalista.
Uczyłam się coraz skuteczniej poruszać po korporacyjnej instrukcji obsługi.
A to nie zawsze jest to samo.
Obowiązków przybywa
Z biegiem czasu pojawiały się kolejne zadania.
Niektóre były całkowicie oderwane od tego, na co umawiałam się podczas zatrudnienia.
W korporacji granice obowiązków potrafią być bardzo płynne.
Zmieniają się potrzeby firmy.
Zmieniają się procesy.
Zmieniają się cele.
A pracownik po prostu dostosowuje się do kolejnych zmian.
Kierownik między młotem a kowadłem
Przez długi czas zastanawiałam się, dlaczego osoby na wyższych stanowiskach tak rzadko przekazują uwagi pracowników dalej.
Dzisiaj myślę, iż odpowiedź jest prostsza, niż się wydaje.
One również są rozliczane.
One także odpowiadają przed swoimi przełożonymi.
Trudno oczekiwać, żeby team manager otwarcie powiedział, iż jego zdaniem firma podejmuje błędne decyzje.
Znacznie bezpieczniej jest dopilnować, aby wszyscy wykonywali polecenia.
Nawet jeżeli nie mają one sensu.
W efekcie osoby, które teoretycznie powinny być łącznikiem pomiędzy pracownikami a kierownictwem, często stają się strażnikami procedur.
Milczenie jest bezpieczniejsze
Duże firmy często zatrudniają ludzi hurtowo.
I równie hurtowo potrafią się z nimi rozstawać.
Być może właśnie dlatego podczas wielu spotkań większość pracowników milczy.
Nie dlatego, iż nie mają pomysłów.
Nie dlatego, iż niczego nie widzą.
Po prostu wiedzą, iż wychylanie się bywa ryzykowne.
Łatwiej być niewidocznym niż zapamiętanym jako osoba, która zbyt często zadaje niewygodne pytania.
Kultura wypowiedzi ponad treścią
Jest jeszcze jedna rzecz, która szczególnie zwróciła moją uwagę.
Ogromny nacisk kładzie się na kulturę komunikacji.
I oczywiście – kultura jest potrzebna.
Ale czasem odnosiłam wrażenie, iż większą wagę przykłada się do formy niż do treści.
Można bardzo eleganckim językiem powiedzieć komuś coś obraźliwego.
I wszystko jest w porządku.
Natomiast jeżeli powiesz, iż jakieś rozwiązanie szkodzi firmie, utrudnia pracę i psuje relacje z klientami, możesz usłyszeć, iż problemem jest... sposób wypowiedzi.
Bo sprzeciw nie jest mile widziany.
Złożyłam wypowiedzenie
W końcu podjęłam decyzję.
Złożyłam wypowiedzenie.
Dwa tygodnie później dowiedziałam się, iż około jedna trzecia pracowników zostanie zwolniona.
Czy znalazłabym się na tej liście?
Myślę, iż nie.
Czy żałuję swojej decyzji?
Ani przez chwilę.
Bo zrozumiałam coś znacznie ważniejszego.
Od pierwszych dni ignorowałam sygnały, które mówiły mi, iż nie jest to środowisko, w którym chcę żyć i pracować.
Stabilizacja za wszelką cenę?
Większość z nas marzy o stabilnej pracy.
Myślimy:
"Jeszcze tylko nauczę się obowiązków."
"Jeszcze chwilę."
"Potem będzie łatwiej."
Sama powtarzałam sobie te zdania.
Problem w tym, iż czasem łatwiej nie nadchodzi.
Przyzwyczajamy się jedynie do życia w miejscu, które każdego dnia odbiera nam trochę energii.
Ciało wiedziało wcześniej
Najbardziej zaskakujące było to, co wydarzyło się po złożeniu wypowiedzenia.
Niemal każda kolejna sytuacja.
Każda decyzja firmy.
Każda wiadomość.
Każdy kolejny dzień.
Były dla mnie potwierdzeniem, iż podjęłam adekwatną decyzję.
Dopiero wtedy zrozumiałam, iż od miesięcy robiłam coś wbrew sobie.
Moje ciało próbowało powiedzieć mi to dużo wcześniej.
Psychosomatyczne objawy pojawiały się jeden po drugim.
Zmęczenie.
Napięcie.
Brak energii.
Ból całego ciała.
A ja uparcie je ignorowałam.
Dziś wiem, iż organizm często zauważa to, czego umysł jeszcze nie chce przyjąć lub próbuje wyprzeć za wszelką cenę.
Dlatego dzisiaj przepraszam swoje ciało.
Za to, iż wystawiłam je na tak długotrwały stres.
Za to, iż nie słuchałam jego sygnałów.
Dbam o nie.
Daję mu odpocząć.
I każdego dnia powtarzam szeptem:
Jeszcze tylko dwa tygodnie. Potem będzie lepiej.
Korporacja nie jest zła. Po prostu nie jest dla wszystkich.
Nie twierdzę, iż każda korporacja wygląda tak samo.
Nie twierdzę też, iż wszyscy mają podobne doświadczenia.
Znam osoby, które świetnie odnajdują się w takim środowisku i są zadowolone ze swojej pracy.
Ja po prostu zrozumiałam, iż potrzebuję miejsca, w którym człowiek będzie ważniejszy od procedury, zdrowy rozsądek będzie miał prawo wygrać ze schematem, a możliwość myślenia nie będzie traktowana jak zagrożenie.
Czasem największą odwagą nie jest walczyć o pozostanie.
Czasem największą odwagą jest odejść.
Czy kiedykolwiek ignorowałaś sygnały wysyłane przez własny organizm tylko dlatego, iż zależało Ci na stabilnej pracy?















