Państwowe emerytury dla twórców, nieprzejrzyste rozliczenia ZAiKS-u, medyczna marihuana i nocna prohibicja. Piotr Liroy-Marzec w rozmowie z Martą Roels mówi wprost, dlaczego urzędnicy nie powinni decydować, kto jest artystą, i przekonuje, iż choćby samotny poseł może skutecznie zmieniać prawo.
Artyści dużo piszą i śpiewają o wolności, ale kiedy przychodzi co do czego, ustawiają się w kolejce po państwową emeryturę. Co Pan myśli o emeryturach dla artystów? Czy twórcy rzeczywiście różnią się pod tym względem od innych freelancerów?
Nie widzę powodu, dla którego artyści mieliby być traktowani inaczej niż dziennikarze, graficy, tłumacze, drobni przedsiębiorcy czy inni ludzie pracujący nieregularnie. Problem jest realny – wielu twórców, zwłaszcza tych działających niezależnie, przez lata funkcjonuje w warunkach niepewności ubezpieczeniowej. Pracują na podstawie nieoskładkowanych umów o dzieło, prowadzą jednoosobowe działalności gospodarcze albo podejmują okazjonalne zlecenia. Powstają więc luki składkowe, które później przekładają się na niskie emerytury.
Państwo próbuje jednak leczyć objawy, zamiast usuwać przyczyny. Pomysł tworzenia oficjalnego rejestru artystów, weryfikowanego przez komisję oraz dopłacania wybranym osobom do składek uważam za poważny błąd. Zamiast wyodrębniać kolejną uprzywilejowaną grupę, należałoby uelastycznić system ubezpieczeń dla wszystkich osób samozatrudnionych i uzyskujących nieregularne dochody. Pomogłoby to nie tylko artystom, ale także dużej części gospodarki.
W XXI w. twórca jest w praktyce przedsiębiorstwem: zarządza własną marką, prawami autorskimi, dystrybucją, katalogiem i wydawaniem. Jego bezpieczeństwo emerytalne nie powinno zależeć od łaskawości urzędnika ani od dotacji z budżetu, ale od wartości działalności intelektualnej oraz prywatnych, elastycznych form oszczędzania, takich jak IKE czy IKZE.
Kto powinien decydować, kto jest zawodowym artystą i zasługuje na wsparcie – urzędnik, komisja czy publiczność?
Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś miałby rozstrzygać, kto jest „prawdziwym” artystą. Kto oceni niszowego muzyka, undergroundowego rapera albo alternatywnego producenta? Sztuka ma wiele odcieni. Mogę czegoś nie rozumieć, ale przez cały czas uznawać, iż jest to sztuka i iż ma to znaczenie dla kogoś. Urzędnik będzie natomiast działać zero-jedynkowo – uzna kogoś za artystę albo odmówi mu tego statusu.
Takie rozwiązania źle kojarzą mi się z czasami komunistycznymi, kiedy urzędnicy wyceniali wartość artystyczną twórców. Przykład Maanamu pokazuje, do czego to prowadziło – zespół cieszył się ogromną popularnością, a mimo to był nisko oceniany i źle wynagradzany przez państwowy system. Dziś teoretycznie mamy wolny rynek, dlatego o znaczeniu twórczości powinna rozstrzygać przede wszystkim publiczność – ludzie, którzy kupują bilety, słuchają muzyki i chcą utrzymywać relację z artystą.
Jaki jest Pana stosunek do ZAiKS-u? Czy ta instytucja rzeczywiście chroni prawa twórców?
Uważam, iż obecny model ZAiKS-u jest skrajnie przestarzały. W czasach, gdy bankowość, handel i logistyka opierają się na natychmiastowych rozliczeniach cyfrowych, rynek muzyczny przez cały czas funkcjonuje według modelu niemal z XIX w. Artysta powinien móc sprawdzić, gdzie odtworzono jego utwór, ile pieniędzy z tego tytułu pobrano i jaka kwota trafiła na jego konto. Tymczasem uzyskanie precyzyjnej informacji o sposobie rozliczenia wynagrodzenia bywa w praktyce niemożliwe.
Nowe technologie pozwalają śledzić każde odtworzenie i rozliczać je bezpośrednio. Aplikacje, blockchain czy inteligentne kontrakty mogą zapewnić zarówno przejrzystość, jak i przepływ wynagrodzenia do twórcy w czasie rzeczywistym. W takim systemie kosztowny pośrednik, pobierający znaczną część pieniędzy i zamrażający je na długi czas, staje się zbędny. Przyszłość należy do niezależnych artystów budujących bezpośrednią relację z publicznością, a nie do biurokratycznych molochów żyjących z tradycyjnych pól eksploatacji.
Moje doświadczenia z ZAiKS-em są bardzo złe. Wypowiedziałem tej organizacji umowę dotyczącą reprezentowania mnie podczas koncertów. Zdarza się, iż nie potrafi on pobrać należności od faktycznego organizatora wydarzenia, a następnie próbuje dochodzić ich od artysty albo jego menedżera. W moim przypadku prowadziło to do absurdalnej sytuacji, w której miałbym płacić sam sobie za wykonywanie własnej muzyki.
Od lat mam również problem z rozliczeniem muzyki do filmu „Chłopaki nie płaczą”. Był to ogromny hit, wielokrotnie emitowany i rozpowszechniany, a mimo to nie otrzymałem wynagrodzenia odpowiadającego skali eksploatacji utworów. ZAiKS twierdził, iż pieniądze zostały rozliczone, ale nie przedstawił mi jasnych danych. Takie sytuacje pokazują, iż instytucja, która miała działać dla twórców, bardzo często działa przeciwko nim.
ZAiKS, obracający olbrzymimi kwotami, mógłby ponadto stworzyć dla swoich członków prywatny fundusz emerytalny albo inny system kapitałowego zabezpieczenia. Zamiast tego znaczne środki są przeznaczane na administrację i utrzymanie struktur. Nie wierzę już w kosmetyczne reformy tego modelu. Potrzebna jest rynkowa alternatywa oparta na pełnej przejrzystości i bezpośrednim rozliczeniu twórców.
Jako poseł zasłynął Pan przede wszystkim z doprowadzenia do legalizacji medycznej marihuany. Jak wspomina Pan walkę o ten postulat?
To była ogromna batalia, choć samo uchwalenie ustawy zajęło około półtora roku, co przy ówczesnej dominacji jednego ugrupowania było bardzo dobrym wynikiem. Do wyborów poszedłem z jasnym zobowiązaniem, iż legalizacja medycznej marihuany będzie moim głównym postulatem. Wiele osób uważało, iż nie mam szans ani na wejście do Sejmu, ani na zmianę prawa. Kiedy zdobyłem drugi wynik w okręgu, ci sami ludzie zaczęli mówić, iż przy większości PiS-u i tak niczego nie osiągnę.
Publicznie zadeklarowałem, iż o ile przez 2 lata nie zdołam niczego zmienić, zrezygnuję z mandatu. Nie poszedłem do Sejmu dla kariery ani pieniędzy, ale po to, żeby załatwić konkretną sprawę. Ustawę udało się przeprowadzić w półtora roku. Co ciekawe, jeden z posłów zarzucił mi później, iż zrobiłem to zbyt szybko, bo takim tematem można było zajmować się przez kilka kadencji. Odpowiedziałem, iż kiedy ludzie potrzebują zająca, idzie się na polowanie, żeby go złapać, a nie po to, żeby przez lata go ganiać.
Najtrudniejsze było to, iż walka trwała aż do samego końca. Po nocnych negocjacjach i uzgodnieniu liberalnej wersji projektu rano odwołano posiedzenie komisji, a stanowisko kierownictwa PiS-u nagle się zmieniło. Wokół ustawy działał silny lobbing, między innymi ze strony środowisk zainteresowanych utrzymaniem dotychczasowego modelu leczenia. Zrozumiałem wtedy, iż nie mogę choćby na chwilę odpuścić, ponieważ każdy dzień mógł przynieść zwrot. Dopiero tuż przed ostatecznym głosowaniem można było uznać, iż projekt rzeczywiście przejdzie.
Nie wszyscy, którzy deklarowali poparcie, wytrzymali tę presję. Część osób ze środowiska pacjentów i organizacji wspierających projekt wycofała się w najtrudniejszym momencie, a po sukcesie wróciła i zaczęła przypisywać sobie zasługi. Mimo to najważniejsze jest to, iż dziś pacjenci mają dostęp do medycznej marihuany, w aptekach jest wiele odmian preparatów, a lekarze mają coraz większą wiedzę o ich stosowaniu.
Jak z perspektywy czasu ocenia Pan swoją polityczną postawę antysystemową? Czy w zabetonowanej duopolistycznej scenie politycznej można rzeczywiście coś zmienić?
Można, choć nie jest to łatwe. Poza ustawą o medycznej marihuanie udało mi się wprowadzić wiele zmian w prawie o ruchu drogowym. Walczyłem między innymi z obowiązkiem wożenia dokumentów, skoro policja ma dostęp do systemu CEPiK wraz z innymi przepisami, które generowały zbędną biurokrację. Zajmowałem się również możliwością czasowego wyrejestrowania pojazdu, istotną choćby dla osób latami odbudowujących samochody, a także zasadami dotyczącymi tablic rejestracyjnych.
Byłem posłem niezależnym, bez zaplecza dużej partii, a mimo to udawało mi się przekonywać parlament do konkretnych rozwiązań. Działałem trochę partyzancko, ale skutecznie. To doświadczenie udowodniło mi, iż jednostka może wpływać na rzeczywistość. Wielkie zmiany nie zaczynają się od tłumu, ale od człowieka, który najpierw dokonuje rewolucji we własnej głowie i przestaje powtarzać, iż świata nie da się zmienić.
Jak ocenia Pan nocną prohibicję wprowadzaną w wielu polskich miastach?
Jestem przeciwnikiem takich zakazów. Wychowałem się w rodzinie dysfunkcyjnej, w której alkoholizm ojca wyrządził wiele szkód, dlatego dobrze rozumiem, jak poważnym problemem może być alkohol. Nie oznacza to jednak, iż państwo lub samorząd powinny odbierać dorosłym ludziom możliwość podejmowania decyzji. Wszystko jest dla ludzi, ale wymaga odpowiedzialności i rozsądku.
Nocny zakaz sprzedaży alkoholu nie usuwa przyczyn przemocy ani zakłócania porządku. Kto chce się upić, kupi alkohol wcześniej, pojedzie do innej dzielnicy albo wypije go w barze czy restauracji. Władze, które nie potrafią poradzić sobie z konkretnymi problemami w przestrzeni publicznej, wprowadzają ogólny zakaz i przedstawiają go jako rozwiązanie. To wylewanie dziecka z kąpielą.
Taka prohibicja uderza przede wszystkim w mieszkańców i lokalnych przedsiębiorców, a w niektórych miejscach również w turystykę. Nie chodzi o to, iż ktoś nie przeżyje bez piwa po 22, ale o zasadę, iż dorosły człowiek powinien móc kupić legalny produkt, o ile nie narusza praw innych osób. Zakazywanie sprzedaży alkoholu ze względu na to, iż ktoś może użyć go w niewłaściwy sposób, prowadzi do absurdalnej logiki. Równie dobrze można byłoby po określonej godzinie zakazać sprzedaży noży, szkła czy innych przedmiotów, którymi można wyrządzić krzywdę.
Nie popieram epatowania alkoholem ani przedstawiania go młodym ludziom jako nieodłącznego elementu życia. To jednak kwestia odpowiedzialnej ekspozycji, edukacji i egzekwowania porządku, a nie powszechnego zakazu. Z wolnościowego punktu widzenia nocna prohibicja jest zasłoną dymną, która pozwala politykom udawać, iż rozwiązali problem, choć w rzeczywistości jedynie ograniczyli swobodę mieszkańców.

Artykuł ukazał się w gazecie „Głos Wolny” wydanej przez Fundację Warsaw Enteprise Institute
w ramach XXXV Forum Ekonomicznego w Karpaczu.
Partnerzy wydania: KRAM SP. Z O.O.

4 godzin temu




