Lekarz nie w ciemię bity…
Heisenberg a medycyna polska
W fizyce zasada nieoznaczoności Heisenberga mówi, iż nie da się jednocześnie określić dwóch wartości: położenia i pędu cząstki. Obowiązuje ona w całym Kosmosie. Oprócz Polski.
Bo Polska to niezwykły kraj i tu zasada idzie dalej – dotyczy nie tylko cząstek, ale rozciąga się też na lekarzy. Albowiem żadną miarą nie daje się w naszym kraju ustalić nie tylko dwóch, ale choćby trzech podstawowych wartości: miejsca pracy, czasu pracy i zarobków lekarza. Jak ten elektron, o którym nie wiadomo, gdzie jest i jaki ma pęd, tak i polski lekarz – nie wiadomo, ile zarabia, gdzie, kogo i jak leczy oraz w jakich godzinach. Ma facet taki szalony pęd, iż nijak nie daje się go zlokalizować.
Pewna prezes, objąwszy stanowisko, zaczęła rozliczać lekarza zgodnie z zawartą umową, czyli według faktycznie przepracowanych godzin i określonej w umowie stawki.
Co za odwaga! W telewizji zrobili z niej bohaterkę!
Na to, by przeprowadzić kontrolę wsteczną, ściągnąć przepłacone pieniądze, zgłosić zdarzenie jako przestępstwo, a przynajmniej nadużycie do NFZ i prokuratury, już pani prezes śmiałości zabrakło.
A lekarz nie w ciemię bity. Po pół roku takich finansowych „szykan” zwolnił się i poszedł pracować tam, gdzie płacą mu tyle, ile sam sobie co miesiąc z fantazją zażyczy. Bez żadnych durnowatych ograniczeń. Nie znam innej grupy zawodowej, której zupełnie legalnie płacono by na piękne oczy, bez jakiejkolwiek kontroli wykonanej pracy, obecności i wysokości wypłat. No chyba tylko politykom! We wszystkich zawodach da się okreś lić widełki zarobków, ale by dowiedzieć się, ile i za co lekarz bierze pochodzące z naszych składek pieniądze, potrzebna specjalna ustawa. Może, panowie politycy, żeby, jak to mówicie, „powziąć wiedzę”, wystarczy zajrzeć w rozliczenia podatkowe? Tam są takie rubryczki: Przychód/dochód…
W PIT-ach lekarzy, o dziwo, też są… Przy okazji lekarza taką ustawą skutecznie się zdyscyplinuje! Na zatrudnienie w innej jednostce będzie musiał uzyskać zgodę pierwszego pracodawcy! Szok! Konia z rzędem dyrektorowi, który lekarzowi takiej zgody nie da. OBYWATELKA i PACJENTKA
Żyj i pozwól żyć innym
Komuno, wróć!
Większość mojego życia przypada na czasy „komuny”. Ustroju ponoć represyjnego, nieludzkiego itp. A ja, z dzisiejszego punktu widzenia, nie czułam się wówczas ani tłamszona, ani inwigilowana tak jak dzisiaj. Kamery śledzą mnie na każdym kroku: na ulicy, w sklepie, banku, szpitalu… A tam, gdzie nie montuje się kamer przemysłowych, domorośli podglądacze montują sobie swoje prywatne kamerki i mają frajdę śledzić bliźniego swego. Czuję się jak w świecie Orwella. Nie wiem, gdzie i z której strony patrzą na mnie czyjeś oczy. Strach podrapać się po pośladku czy podłubać w nosie w obawie, iż ktoś to śledzi i potem obśmieje mnie w necie.
W bloku amator podglądacz montuje na zewnętrznym parapecie kamerkę. Niby nie wolno, ale kto i co mu może?! Interweniuje administrator budynku, więc podglądacz obudowuje kamerkę kartonem z otworem i niby ma budkę dla szpaków i już mu wolno. Tzw. służby bezradnie rozkładają ręce: nie mają prawa wchodzić mu do mieszkania, więc jak mają stwierdzić, iż to kamerka, a nie budka dla ptaków?
Do tej pory dopiero po wejściu do klatki schodowej czułam ulgę, iż wreszcie nikt mnie nie podgląda. Ale i to się już skończyło. Właśnie sąsiad na parterze zamontował sobie w drzwiach kamerkę. Teraz widzi, kto wchodzi i wychodzi. Mysz się mu nie prześliźnie.
Czuję się permanentnie inwigilowana i zaszczuta. Administrator spółdzielni mówi, iż jest bezradny, bo co prawda podglądać nie wolno, ale on nie ma jak tego stwierdzić. To samo mówią służby. Bez nakazu wejść nie mogą, ale jedynie mogą wypytać. Ale kto się przyzna, iż podgląda? Co to za prawo i co to za kraj, iż chociaż prawo mówi: nie wolno, to obywatel i tak robi swoje i nic mu się nie dzieje? Ja mam prawo do wolności, a jemu nie wolno podglądać. Ale on podgląda, a ja jestem bezradna. I nie jest to jedyna sytuacja, kiedy ktoś „ma prawo”, a inni, niby też mając prawa, nie mogą ich wyegzekwować.
Weźmy taki remont mieszkania w bloku. Wiadomo, iż remont wiąże się z duuużym hałasem. Trudno, jakoś to trzeba przetrwać. Ale co, jeżeli taki remont trwa miesiącami? Pracuje wiertarka, młot pneumatyczny, piła, szlifierka, cykliniarka itp… I to trwa, i trwa? Są po sąsiedzku maleńkie dzieci. Są ludzie starzy i chorzy. Są ludzie po nocnej pracy albo przed nocnym dyżurem. Są uczniowie, którzy muszą odrobić lekcje… Są wreszcie osoby z nadwrażliwością na dźwięki, dla których takie hałasy bywają torturą. Czy oni nie mają żadnych praw? Wiem, iż remont jest potrzebny. Wiem, iż wiąże się to z uciążliwym hałasem, ale czy nie można tego jakoś ucywilizować? Zamknąć w jakichś ramach czasowych, a nie liczyć na kulturę bliźniego swego?
W mojej spółdzielni mieszkaniowej jest „regulamin współżycia społecznego”, który określa kulturę trzepania dywanów, suszenia prania i podlewania balkonowych roślin, ale ani słowem nie wspomina o kulturze remontów, które są największą zmorą w budynkach wielorodzinnych. W mojej klatce już od 11 miesięcy trwa remont mieszkania o powierzchni 40 mkw. Nie wiem, ile dziur można wywiercić w takim mieszkanku, ale widocznie jest to liczba niezmierzona. Za ścianą tego mieszkania mieszka samotny starszy mężczyzna, który dobiega swoich dni. I te jego ostatnie dni wypełniają mu decybele pracującego sprzętu budowlanego. On nie ma przed tym ucieczki. A remontująca rodzina nie uważa, iż robi coś niewłaściwego, bo przecież w nocy nie hałasuje… Tak samo uważa administracja spółdzielni. W czasach, które dziś uważamy za prymitywne, przed domem umierającego człowieka bruk pokrywano słomą, aby turkot karet nie zakłócał ciszy i majestatu śmierci. Czy dzisiaj na każdą okoliczność musimy tworzyć represyjne prawo, aby na ludziach wymusić bycie człowiekiem? Szanuj bliźniego swego… JAGODA
Wolność jednostki kończy się tam, gdzie zagraża wolności innych
Tor wyścigowy Mazury
Polska posiada trzy najważniejsze miejsca do spędzania urlopów letnich: plaże bałtyckie, góry na południu i jeziora mazurskie. Jeziora umożliwiają tysiącom żeglarzy i motorowodniakom cieszyć się w czasie rejsu okrężnego pełnym kontaktem z przyrodą, podczas żeglowania w dzień kontaktem z wodą, śledzeniem zjawisk pogodowych popołudniami i rankami, dziką przyrodą leśną i wodną oraz kontemplowaniem ciszy i spokoju. Zasłużony i wyczekiwany relaks…
W tej słodkiej sielance jest jednak łyżka dziegciu, a mianowicie ryczące motorówki i skutery wodne wywołujące olbrzymie fale niebezpieczne dla innych użytkowników, wywołane prędkością odpowiadającej torom wyścigowym, a nie sielance i wypoczynkowi.
Mazury stały się mekką wodniaków w latach 70. XX w. w momencie, gdy rodzimy przemysł zaczął produkować żaglówki kabinowe umożliwiające całodobowy pobyt i kontakt z przyrodą bez konieczności nocowania na przystaniach lub w hotelach.
Niestety, niewielka – licząca około 5 proc. – grupa ludzi niezwiązanych z wodniactwem, ale posiadających pieniądze, bez znajomości wodniackiego savoir-vivre’u wdarła się w tę sielankę, terroryzując innych wodniaków, licząc na całkowitą bierność lokalnej policji czy władz odpowiedzialnych za spokój i bezpieczeństwo. Za tymi użytkownikami dużych, szybkich motorówek idą duże pieniądze.
Wodniacy wiedzą, o czym mówię – dotyczy to motorówek, tzw. ślizgaczy, lub o dużej wyporności „oceanicznych”, które pływają w tę i z powrotem po najbardziej zatłoczonych żaglówkami jeziorach: Mikołajskim, Bełdanach, Tałtach, Jagodnym czy Niegocińskim i bez żadnego zmiłuj starają się przepływać jak najbliżej mijanych łodzi, „aby fala się nie marnowała”. Bardzo często próby bicia prędkości lub jazda parami, bywa, iż często grubo powyżej 100 km/godz., odbywają się, gdy wiatr siada i tafle jezior stają się gładkie. Ich uczestnicy mogą uzyskać „pełen relaks”, widząc, jak kołyszą się zacumowane przy brzegach żaglówki i mając świadomość, iż ryk ich silników słychać na kilka kilometrów.
Wynika to z „pakietu” wynajmowanych na minuty lub godziny motorówek czy skuterów wodnych o mocy 230 KM i prędkości 130 km/godz. za 400 – 800 zł/godz., bez limitu spalonego paliwa w ilości 60 l/100 km. Wynajmujący, aby wyjść na swoje, stara się wypalić paliwa, ile się da. Dodatkowo osoba płacąca olbrzymie pieniądze za wynajem motorówki z góry zakłada możliwość zapłaty mandatu w miejscach ograniczenia prędkości.
Mazury i inne jeziora ze względu na swoją unikalność i charakter przyrodniczy powinny w całości podlegać ograniczeniu prędkości do prędkości spacerowej. Tak jak zwiedzając miejskie starówki czy spacerując do Morskiego Oka w Tatrach, poruszamy się w sposób adekwatny do miejsca, tak samo na Mazurach powinno się postawić na spokój i kontakt z unikalną znikającą przyrodą.
Konstytucyjna wolność jednostki kończy się tam, gdzie ogranicza wolność innych użytkowników tego samego dobra. Tym dobrem jest PRZYRODA I SPOKÓJ.
Liczę jeszcze, iż jakieś organizacje ekologiczne z uwagi na ocieplenie klimatu i tzw. ślad węglowy zakażą spalania dużych ilości paliwa odpowiadających dużym ciężarówkom w celach „przyjemnościowych” lub zaśmiecania środowiska hałasem, olejem czy niszczącymi falami. Najwyższy czas wprowadzić ogólne ograniczenie wynikające z wzajemnego poszanowania użytkowników dróg wodnych i wprowadzić ograniczenie prędkości motorówek i innego sprzętu wodnego do 10 km/godz. w odległości 100 m od innego użytkownika i 300 m od brzegu, przy ogólnej prędkości 15 km/godz., tak aby chronić też jednostki zacumowane przy brzegu lub pomostach, gdzie kąpiący się ludzie i dzikie ptactwo też zasługują na spokój.
Pływanie szybkościowe należy dozwolić na 500 km wybrzeża Bałtyku, zalewach, wydzielonych niewielkich fragmentach największych jezior i rzekach, gdzie nie ma innych użytkowników. Piszę do ANGORY, bo liczę, iż w ten sposób przyczynię się do zrozumienia problemu przez czynniki, które same go nie widzą. JERZY SADURSKI
PiS się rozpada
Żałosna komedia w jednym akcie
Nagle okazało się, iż PiS się rozpada. Jedni mają być „nową jakością”, drudzy strażnikami „prawdziwego dziedzictwa”. Jedni udają reformatorów, drudzy mężów stanu. Brakuje tylko fanfar i opadającej kurtyny. Problem w tym, iż publiczność pamięta, kto przez osiem lat grał tę paskudną rolę. To tak jakby za katastrofę kolejową winić kelnera Warsu.
A jaka jest prawda? Po latach ich rządów został rachunek, który dopiero teraz płacimy. Państwo, które zamiast być silniejsze, stało się bardziej upartyjnione. Instytucje, które miały służyć obywatelom, służyły interesowi władzy. Kolejne afery, kolejne pytania o publiczne pieniądze, kolejne śledztwa. Wśród nich sprawa Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych – symbol państwa – w której miliardy złotych wydawano w sposób budzący poważne wątpliwości, a odpowiedzialność polityczna jest jednoznacznie po stronie tych, którzy teraz mają znów walczyć o „wielką” Polskę.
Słyszymy nieustannie o „dorobku ośmiu lat”. O jakim dorobku? O państwie, które nie zdało egzaminu w czasie pandemii? O chaosie decyzji, zmieniających się z tygodnia na tydzień, o przedsiębiorcach pozostawionych w niepewności, o zamkniętych lasach, o społeczeństwie zmęczonym niekonsekwencją i brakiem przewidywalności? Pandemia była najpoważniejszym testem dla państwa od dziesięcioleci. I właśnie wtedy okazało się, jak wiele w tym państwie było propagandy, a ani krzty sprawnego zarządzania.
A może tym „dorobkiem” ma być polityka zagraniczna? Przed epoką PiS Polska była krajem, który potrafił budować porozumienie. Tymczasem kolejne konflikty z partnerami w Unii Europejskiej, ostre spory z sąsiadami i niepotrzebne awantury sprawiły, iż z państwa współtworzącego europejskie decyzje coraz częściej stawaliśmy się krajem nieobrażonym jedynie na Bałtyk. Taka samotność nie jest oznaką siły, ale wyłącznie nieskuteczności.
Politycznym oszustwem jest próba przedstawiania transferów socjalnych jako dowód wybitnego rządzenia. Rozdawanie pieniędzy, które trafnie oddaje ukuty wtedy pean o rządzących: „oni kradną, ale się dzielą”, nie zastąpi sprawnego państwa. Nie naprawi ochrony zdrowia, nie skróci kolejek do lekarzy, nie zmodernizuje energetyki, nie poprawi jakości edukacji, nie zwiększy bezpieczeństwa instytucji publicznych.
Ten podział nie wygląda na narodziny nowej jakości. Wygląda raczej na próbę politycznej ewakuacji przed odpowiedzialnością. Gdy pojawiają się pytania o afery, o sposób wydawania publicznych pieniędzy, o decyzje podejmowane w czasie pandemii czy o stan państwa po ośmiu latach rządów, najłatwiej zmienić kostium i ogłosić początek nowej epoki.
I do tego media, które aż do obrzydzenia relacjonowały kolejne „spotkania ostatniej szansy”, jakieś słowne potyczki, w których uczestnicy starali się mówić wiele, ale nie powiedzieć przy tym nic złego o sobie jako formacji politycznej, a przede wszystkim o guru tej formacji, czyli Kaczyńskim. To wszystko komedia, której kulminacyjnym momentem było – transmitowane przez wszystkie stacje telewizyjne i prezentowane szeroko w mediach społecznościowych – podpisanie przez Kaczyńskiego lojalki wobec samego siebie. A teraz będzie tak: jedni będą obiecywali różne plusy – na dziecko, na krowę, na kota; drudzy – samochody na wodór, okręty podwodne, mieszkania, strzelnice, mosty… By potem razem kraść. Komedia w słabym stylu, choć – obym się myliła – jej konsekwencje mogą być dla Polski przykre. I to już niebawem, bo może prawdziwa jest teza, iż „ciemny lud to kupi”? ELA
Jak NIE kierować polskim sportem
Przyspawany do stołka
Taka oto historia mi się przypomniała. Jest listopad obfitującego w zaskakujące wydarzenia roku 1991. Prezesem Polskiego Stronnictwa Ludowego jest Stefan Ignar, doświadczony polityk, który kilka miesięcy wcześniej – w trudnej sytuacji PSL i burzliwych dla kraju czasach – dał się namówić na pełnienie tej funkcji. I oto Ignar dowiaduje się, iż grupa członków ma zamiar zgłosić wniosek o jego odwołanie. W dniu obrad tego decyzyjnego gremium Ignar zjawia się w siedzibie PSL i zostawia płaszcz w szatni na dole, a nie – jak to miał w zwyczaju – w swoim gabinecie. Kiedy pada wniosek o odwołanie, Ignar wstaje, wychodzi, odbiera płaszcz z szatni i opuszcza budynek PSL. Na nic się nie zdają jakiekolwiek próby zwolenników, by odwieść go od tego zamiaru.
Dlaczego teraz wspominam tę historię? Bo od dawna mamy okazję obserwować jakże inne zachowanie prezesa PKOl, niejakiego Piesiewicza. Piesiewicz należy do sporego grona nominatów PiS, którzy stołków trzymają się bardziej niż topielec brzytwy.
Gdyby ktoś chciał napisać podręcznik pod tytułem „Jak nie kierować polskim sportem”, przypadek Radosława Piesiewicza byłby materiałem obowiązkowym. Trudno bowiem znaleźć w historii polskiego ruchu olimpijskiego drugiego prezesa, wokół którego narosłoby tyle kontrowersji, pytań i kompromitujących sytuacji. Za kadencji Piesiewicza trudno było nie zauważyć politycznych sympatii i bliskich relacji z poprzednią ekipą rządzącą.
Symbolem oderwania Piesiewicza od rzeczywistości stała się próba forsowania kandydatury Andrzeja Dudy do władz Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. W świecie sportowej dyplomacji liczą się wieloletnie kontakty, doświadczenie olimpijskie i autorytet w środowisku. Wystawienie Dudy było demonstracją lojalności wobec politycznego sojusznika. Tylko z kogo Piesiewicz zrobił w tym wypadku większego durnia? Z Dudy, który uwierzył, iż zjechanie na nartach z większej górki daje tytuł do bycia działaczem sportowym, czy z samego siebie? Na pewno wiadomo tylko, iż naraził na śmieszność Polskę jako członka rodziny olimpijskiej.
Olimpijczycy, którzy przez lata ciężko pracowali na sukcesy Polski, musieli publicznie upominać się o obiecane premie i świadczenia. To sytuacja absurdalna. W normalnie funkcjonującym komitecie olimpijskim najważniejsi są zawodnicy. W Polsce przez wiele miesięcy można było odnieść wrażenie, iż są oni dodatkiem do organizacyjno-politycznej gry prowadzonej przez szefa PKOl.
Do tego dochodzą bulwersujące informacje dotyczące wynagrodzeń osób związanych z kierownictwem PKOl, w tym zatrudnienia gdzieś tam „po znajomości” żony prezesa, wyjazdu na olimpiadę działaczy bez zawodników itp. I jeszcze doniesienia dotyczące projektów związanych z kryptowalutami. Wszystko to budzi pytania o przejrzystość, bezpieczeństwo i gospodarność. Zamiast tego prezes PKOl serwuje nam jedynie lekko szyderczy uśmiech.
Mimo lawiny krytyki, publikacji prasowych, kontroli, pytań ze strony polityków i narastającej presji społecznej prezes trwa na stanowisku jak przyspawany.
Zapomniałbym powiedzieć: pozostało jedna różnica pomiędzy przypadkiem Ignara i Piesiewicza – prezes PSL nie otrzymywał za sprawowanie funkcji żadnego wynagrodzenia. A.Z. z pow. pułtuskiego
Mój Tatek Feluś…
Mój Tata, w tej chwili na emeryturze, od ponad 20 lat jest wielkim miłośnikiem i wiernym czytelnikiem tygodnika ANGORA. Nie pamiętam, żeby przez te wszystkie lata opuścił choć jeden numer. To Jego stały, nieodłączny rytuał.
Najbardziej wzrusza mnie jednak to, iż za każdym razem, gdy ukazuje się nowy numer, Tata dzwoni do mnie i mówi: „Posłuchaj koniecznie nowego kawału z ANGORY…”. Chwilę później śmiejemy się razem przez telefon. To nasza tradycja od wielu lat i jedna z tych drobnych rzeczy, które budują najpiękniejsze wspomnienia. Tata niedługo obchodzi urodziny…
„Dla kochanego Tatki Felusia!
Tatek, z okazji urodzin życzymy Ci przede wszystkim dużo zdrowia, bo resztę zawsze potrafisz obrócić w żart. Niech uśmiech nigdy nie schodzi z Twojej twarzy, a żarty, które z takim zapałem czytasz w ANGORZE i później przekazujesz nam przez telefon, jeszcze przez długie lata bawią Cię do łez. Niech każdy nowy numer przynosi Ci tyle samo radości, co przez ostatnie 20 lat, a telefon z hasłem: „Pynia, mam dla ciebie nowy kawał!” jeszcze bardzo długo będzie naszą telefoniczną tradycją. Żyj nam sto lat! Szczęśliwy, zdrowy i zawsze z tym swoim wyjątkowym poczuciem humoru – tego Ci życzy Pynia z rodziną”.
Z całego serca pozdrawiam całą Redakcję PATRYCJA ELTRINGHAM
Od redakcji: Przyłączamy się do życzeń dla naszego wiernego Czytelnika!

7 godzin temu







