„The Washington Post”, jedna z najważniejszych instytucji amerykańskiego dziennikarstwa, znalazła się w największym kryzysie od dekad. Redakcja ogłosiła masowe zwolnienia, które obejmą ponad jedną trzecią zespołu – około 300 z 800 pracowników. Cięcia dotkną zarówno newsroom, jak i zaplecze biznesowe gazety. Zmiana jest szeroko krytykowana. Były redaktor naczelny, Martin Baron, ostrzega przed osłabieniu marki. Według informacji przekazywanych przez agencję AFP oraz samą redakcję, likwidacji ulegną całe działy, w tym redakcja sportowa, sekcja książek, znacząca część działu zagranicznego oraz zespoły lokalne. Pracę straci również cały zespół korespondentów odpowiedzialnych za Bliski Wschód, a liczba reporterów zagranicznych zostanie drastycznie ograniczona. Zawieszony ma zostać także jeden z flagowych podcastów gazety – „Post Reports”. Naczelny: gazeta nie może być wszystkim dla wszystkich Redaktor naczelny „Washington Post” Matt Murray tłumaczy decyzję koniecznością „ponownego zdefiniowania gazety na potrzeby nowej ery”. W komunikacji do zespołu podkreślał, iż redakcja nie może być „wszystkim dla wszystkich”. „Musimy być nieodzowni tam, gdzie konkurujemy. Oznacza to ciągłe zadawanie sobie pytania, dlaczego dana historia ma znaczenie, komu służy i w jaki sposób pomaga ludziom lepiej zrozumieć świat i daje im przewagę w poruszaniu się po nim”. Jego zdaniem tylko w ten sposób dziennik może przetrwać zmiany technologiczne, odpływ subskrybentów i rosnącą presję finansową. Zwolnieni reporterzy od kwestii rasowych i etnicznych Zupełnie inaczej sytuację oceniają dziennikarze i związkowcy. Post Guild, związek zawodowy pracowników „WP”, w ostrym oświadczeniu stwierdził, iż „nie można pozbawić redakcji jej pracowników bez konsekwencji dla jej wiarygodności, zasięgu i przyszłości”. Związek przypomina, iż tylko w ciągu ostatnich trzech lat z gazetą pożegnało się już około 400 osób, a obecne zwolnienia nie są – w ich ocenie – nieuniknione. Sami dziennikarze potwierdzali zwolnienia w mediach społecznościowych. Claire Parker, szefowa
biura „Washington Post” w Kairze, poinformowała, iż zwolniony został cały zespół korespondentów z Bliskiego Wschodu. Pracę stracili również reporterzy zajmujący się tematyką rasową, etniczną oraz korespondenci relacjonujący wojnę w Ukrainie. Część z nich otwarcie kwestionuje logikę decyzji, wskazując, iż ich materiały przyciągały subskrybentów. Emmanuel Felton, zajmujący się zagadnieniami rasowymi i etnicznymi, napisał: „Jestem jedną z setek osób zwolnionych z „The Post”. Stało się to sześć miesięcy po tym, gdy podczas ogólnokrajowego spotkania usłyszałem, iż materiały o tematyce rasowej napędzają sprzedaż subskrypcji. To nie była decyzja finansowa, ale ideologiczna”. Z redakcją pożegnano także korespondentkę relacjonującą wydarzenia z Ukrainy. „Nie mam słów, jestem zdruzgotana” – przekazała Lizzie Johnson, która w tej chwili przebywa w Kijowie. Marty Baron: „To zrobi ogromne szkody” Jednym z najmocniejszych głosów krytyki jest stanowisko Martina Barona, redaktora naczelnego „Washington Post” w latach 2012–2021. Baron nazwał środę „jednym z najciemniejszych dni w historii gazety”. W rozmowie z PBS podkreślał, iż skala cięć „zrobi ogromne szkody” i poważnie ograniczy zdolność redakcji do rzetelnego informowania o wydarzeniach lokalnych, krajowych i międzynarodowych. Baron uważa, iż „Matt wykonuje naprawdę dobrą robotę jako redaktor naczelny The Post”. Stwierdza jednak, iż kolejne strategie ratunkowe ogłaszane przez kierownictwo gazety „mniej więcej raz w roku” nie przyniosły efektów, a obecne decyzje raczej osłabią markę, niż ją wzmocnią. Były redaktor zwraca również uwagę na zmieniającą się rolę właściciela dziennika – Jeffa Bezosa. Choć po zakupie „WP” w 2013 roku miliarder inwestował w redakcję i rozwój tytułu, z czasem – jak ocenia Baron – coraz bardziej się od niej dystansował. Polityka, Bezos i utrata czytelników Kryzys finansowy „Washington Post” pogłębił się w ostatnich latach. Choć podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa gazeta notowała wzrost znaczenia i subskrypcji, później zaczęła tracić czytelników. Szczególnie kontrowersyjna okazała się decyzja o nieudzieleniu poparcia Kamali Harris w ostatniej kampanii prezydenckiej, co wcześniej było redakcyjną tradycją. Wielu obserwatorów wiązało tę zmianę z postawą Bezosa, który coraz częściej pojawiał się publicznie w otoczeniu Donalda Trumpa. Według Barona decyzja o wycofaniu się z poparcia wyborczego oraz zmiany na stronach opinii doprowadziły do masowego odpływu, głównie lewicowych subskrybentów, co tylko pogłębiło problemy finansowe gazety. Dodatkowym sygnałem oszczędności była wcześniejsza decyzja o niewysłaniu dziennikarzy na Zimowe Igrzyska Olimpijskie, mimo iż część z nich była już przygotowana do wyjazdu. Instytucja w kryzysie „Washington Post” to redakcja, która zapisała się w historii ujawnieniem afery Watergate i wielokrotnie była nagradzana Pulitzerami. Dla wielu komentatorów obecne zwolnienia nie są jedynie problemem jednej gazety, ale symbolem kryzysu tradycyjnych mediów. Jak podkreśla Marty Baron, w czasie globalnych napięć, wojen i politycznej polaryzacji rola niezależnych redakcji jest ważniejsza niż kiedykolwiek. „Nie jesteśmy stenografami i nie powinniśmy być propagandzistami. I to jest rola, którą „Washington Post” historycznie odgrywał i powinien przez cały czas odgrywać.” – podsumowywał Baron.