Mąż świetnie zarabia, ją nazywa "pasożytem". Rozlicza z zakupów co do grosza

3 godzin temu
– W każdy poniedziałek po śniadaniu mąż mojej klientki przeprowadzał drobiazgową analizę paragonów z całego tygodnia. Ta kobieta już od niedzieli miała rozstrój żołądka z nerwów. Jej mąż potrafił kwestionować choćby zakup kilku jogurtów, rozliczał ją z każdego produktu spożywczego czy kosmetyku – opowiada mec. Ewelina Miśko-Pawłowska, radczyni prawna, mentorka kryzysowa. Pytam prawniczkę, kiedy troska o domowy budżet zamienia się w wyrafinowaną przemoc ekonomiczną.


Aleksandra Tchórzewska: Kobieta wraca z zakupów i codziennie pokazuje mężowi każdy paragon. On je analizuje, podważa sens wydania każdej złotówki: "A po co to? Mogłaś tego nie kupować". Gdzie kończy się wspólne planowanie budżetu i zdrowe oszczędzanie, a zaczyna finansowa tresura?

mec. Ewelina Miśko-Pawłowska, radczyni prawna, mentorka kryzysowa: To jest już przemoc ekonomiczna. Mamy tu do czynienia z podporządkowaniem jednej osoby drugiej i budowaniem toksycznej zależności. Taki układ wprost wpisuje się w definicję przemocy.

Kiedyś doradzałam kobiecie z małej miejscowości, która opowiedziała mi o "poniedziałkach paragonowych". Choć pracowała, to zarabiała niewiele, a głównym żywicielem rodziny był mąż. W domu mieszkała też teściowa. Moja klientka zajmowała się wszystkim: domem, gotowaniem, zakupami i opieką nad dziećmi.

W każdy poniedziałek po śniadaniu mąż przeprowadzał drobiazgową analizę paragonów z całego tygodnia. Ta kobieta już od niedzieli miała rozstrój żołądka z nerwów. Mąż potrafił kwestionować choćby zakup kilku jogurtów, rozliczał ją z każdego produktu spożywczego czy kosmetyku. Nie miała żadnej przestrzeni na własne wydatki, poza tym, co udało jej się odłożyć ze skromnej pensji.

W tym związku brakowało szacunku, a ona była systematycznie upokarzana. To pokazuje, iż takie sytuacje wciąż dzieją się w polskich domach, a my – kobiety – czasem nieświadomie się im poddajemy.

Co pani sądzi o sytuacjach, w których partnerzy wymagają dostępu do loginu i hasła żony, aby sprawdzać stan jej konta?

Żądanie loginu i hasła to już ewidentne przekroczenie granicy. W takiej sytuacji warto zastosować zasadę wzajemności: "Chcesz, bym była wobec ciebie transparentna? Bądź taki sam wobec mnie i podaj mi swoje dane". jeżeli obie strony dobrowolnie zgadzają się na taki układ – w porządku. jeżeli jednak żądania płyną tylko z jednej strony, należy zachować ogromną ostrożność. To prosta droga do toksycznej kontroli, inwigilacji i w konsekwencji – przemocy ekonomicznej.

Ta przemoc opiera się na potrzebie władzy. Osoba zarządzająca finansami używa pieniędzy jako narzędzia dominacji, wprowadzając ograniczenia i upokarzając drugą stronę. Musimy być na to bardzo uważne.

Czy prawo nakłada na nas obowiązek takiej jawności?


Nikt nie ma prawnego obowiązku podawania swoich haseł. jeżeli partner czuje nieufność lub uważa, iż wydajemy za dużo, można umówić się na pokazywanie wyciągów co jakiś czas. Ale podawanie danych do logowania? To całkowicie zbędne i naruszające prywatność. Po co komu login, skoro można po prostu szczerze porozmawiać o wydatkach?

Zgoda kobiety na taki układ często otwiera drzwi do relacji przemocowej. Partner zaczyna wnikliwie analizować każdy ruch na koncie, co gwałtownie prowadzi do poczucia osaczenia. Gdyby zależało mi na relacji, starałabym się znaleźć rozwiązanie typu "wilk syty i owca cała". jeżeli transparentność jest dla partnera tak ważna, można umówić się na przesyłanie screenów z konta, by uspokoić go, iż nie sprzeniewierzamy wspólnych środków. Jednak oddawanie pełnego dostępu do swojej prywatności cyfrowej to błąd, z którego potem bardzo trudno się wycofać.

Znam kobiety, które zarabiają pieniądze, a mimo to panicznie boją się kupić sobie coś nowego. Kupują sweter i mówią mężowi: "A to stare" albo "Dostałam za darmo". Dlaczego dorosła kobieta czuje się wtedy jak dziecko przyłapane na kradzieży?

Tu wchodzimy w schematy wypracowane przez lata. Znam klientki, które zarabiają więcej niż mężowie, a mimo wspólności majątkowej czują, iż te pieniądze są "wspólne" tylko w sposób, który je ogranicza. To bariera mentalna, często kwestia psychologiczna, a niekoniecznie prawna.

Z punktu widzenia prawa, jeżeli nie czujemy swobody w rozporządzaniu finansami – mimo iż same je wypracowujemy – może to oznaczać dominację jednej ze stron. Nie zawsze jednak jest ona narzucona przez mężczyznę.

Często mam wrażenie, iż kobiety same narzucają sobie ograniczenia, chcąc poświęcić się dla dobra rodziny. Wtedy nie kwalifikowałabym tego jako przemocy, a raczej jako formę autosabotażu.

Czym to się objawia w praktyce?


Niedawno rozmawiałam z kobietą, która zarabia znacznie mniej niż jej mąż. Ma wgląd w rachunek i jest jego pełnomocniczką, ale po dwudziestu latach małżeństwa nie ma w sobie odwagi, by wypłacić z tego konta pieniądze na własne potrzeby. Kiedy czegoś potrzebuje, prosi dzieci, by to one porozmawiały z ojcem.

To właśnie ta mentalna granica. A przecież przy wspólności majątkowej te pieniądze w połowie należą do niej.

A co w sytuacji, gdy mąż kupuje żonie drogą torebkę czy futro, żeby pokazać znajomym, jaki jest hojny, ale żałuje jej pieniędzy na dentystę, leki czy kurs zawodowy? Na zewnątrz luksus, w domu surowe restrykcje. Czy to przemoc? I czy ktoś uwierzy kobiecie, iż doznaje krzywdy, skoro obnosi się z drogimi prezentami?

W świetle prawa małżonkowie mają obowiązek wzajemnie się wspierać i zaspokajać swoje potrzeby. Pytanie brzmi: czy droga torebka jest potrzebą życiową? Raczej nie. W pierwszej kolejności powinniśmy priorytetyzować wydatki na edukację, leczenie czy mieszkanie. o ile te podstawowe potrzeby nie są zaspokajane, a realizowane są jedynie te "ponadstandardowe" i to pod dyktando męża, to tak – mamy do czynienia z formą kontroli i przemocy.

Teoretycznie istnieje podstawa do domagania się alimentów od współmałżonka jeszcze w trakcie małżeństwa. Rozumiem jednak, iż kobiety się tego boją. Pozwanie męża, z którym się mieszka i chce jeszcze ratować relację, może tę więź ostatecznie zniszczyć. Dlatego kobiety rzadko się na to decydują – chyba iż wiedzą już, iż związek jest pozorny. Znam wiele takich relacji "na pokaz": na zewnątrz zamożność i luksus, a w domu wyliczanie co do złotówki pieniędzy na chleb.

Ja w pewnym związku nieformalnym często słyszałam: "Po co ci nowy płaszcz? Przecież masz". Nie mieszkaliśmy razem i nie tworzyliśmy wspólnego gospodarstwa domowego.

W takim związku nie ma wspólności majątkowej, więc druga strona nie powinna ingerować w nasze wydatki. Tu obowiązuje zasada: "moje jest moje, twoje jest twoje".

Problem polega na tym, iż wciąż bardzo mało rozmawiamy o finansach.

Kobiety boją się pytać, by nie zostać uznane za materialistki. Boją się reakcji: "Po co ci to wiedzieć? Kombinujesz coś?". Brak przejrzystości staje się potem jedną z najczęstszych przyczyn rozpadu małżeństw.

W małżeństwie, o ile nie ma intercyzy, mamy wspólnotę, a więc i obowiązek wspólnego decydowania o majątku. Nie powinno być tak, iż jedna strona samodzielnie podejmuje istotne decyzje, jak zakup samochodu, działki czy inwestycje w akcje.

Czy często zdarza się, iż kobiety nie wiedzą o takich inwestycjach?


Niestety, bardzo często. Potwierdzają to statystyki: najważniejsze decyzje dotyczące wspólnego majątku nierzadko zapadają bez udziału kobiet. Pytanie, czy one same oddały tę sferę partnerowi, czy on zwyczajnie nie liczy się z ich zdaniem. Niezależnie od przyczyny, takie samodzielne działanie jednego z małżonków może mieć poważne konsekwencje prawne i finansowe dla obu stron.

Czy można prawnie wywalczyć prawo do informacji o stanie majątku?


Nie istnieje jedno uniwersalne postępowanie pozwalające na pełne zobowiązanie drugiej strony do ujawnienia całego majątku. W określonych sytuacjach np. w trakcie trwania małżeństwa, na podstawie przepisów Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, możliwe jest żądanie informacji o majątku wspólnym, jednak jego egzekwowanie bywa ograniczone.

W praktyce pełny obraz majątku najczęściej ujawnia się dopiero w toku postępowania o jego podział, kiedy sąd prowadzi postępowanie dowodowe i może zobowiązać strony do przedstawienia dokumentów oraz informacji o składnikach majątku.

Doradziłam jej, iż jeżeli nie uda się podpisać umowy u notariusza, jedynym wyjściem będzie pozew o tzw. przymusową rozdzielność majątkową. To pozwala zabezpieczyć siebie, dzieci i wspólne aktywa, jak mieszkanie czy działka. W przypadku hazardu – który jest chorobą – nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się problem z zadłużeniem czy komornik pukający do drzwi.

Trzeba jednak pamiętać, iż w sądzie należy uzasadnić taką decyzję. Powodem może być brak zaufania czy komunikacji, ale też uzależnienie partnera od alkoholu czy właśnie hazardu. Najlepiej poprzeć to dokumentacją. Sąd przesłuchuje obie strony i podejmuje decyzję, kierując się przede wszystkim dobrem rodziny. To rozwiązanie rekomenduję zawsze, gdy kobieta nie ma jasności co do finansów, a ma uzasadnione podejrzenia, iż dzieje się coś niepokojącego.

Niestety, nie ma dziś idealnych narzędzi prawnych, które skutecznie zmuszałyby małżonka do pełnej jawności jeszcze w trakcie trwania małżeństwa. Zresztą pary rzadko decydują się na tak radykalne kroki przed rozwodem – zwykle oznacza to, iż w relacji dzieje się już na tyle źle, iż trudno liczyć na jej odbudowę.

Czyli najczęściej dowiadujemy się o wszystkim, gdy jest już za późno?


Niestety, często tak. Statystycznie to kobiety bywają bierne w sprawach finansów domowych albo są z nich wykluczane przez partnerów. W wielu domach przez cały czas funkcjonuje model patriarchalny. jeżeli jednak pojawiają się sygnały ostrzegawcze – dziwne pisma, monity, wizyty windykatorów czy nagły stres u partnera, o którym nie chce rozmawiać – warto poważnie rozważyć ustanowienie rozdzielności majątkowej.

Rozdzielność chroni przed nowymi zobowiązaniami, które mógłby zaciągnąć partner. Można ją ustanowić dobrowolnie u notariusza, ale wymaga to zgody obu stron. jeżeli mąż się nie zgadza, pozostaje droga sądowa.

Czy rozdzielność majątkowa to wciąż rzadkość, czy staje się już trendem?


Rozdzielność majątkowa jest niezbędna w sytuacjach newralgicznych: gdy brakuje szczerej komunikacji, pojawiają się uzależnienia albo gdy decyzje finansowe są podejmowane impulsywnie, ze szkodą dla rodziny.

Rozdzielność sprawdza się także wtedy, gdy jedno z małżonków prowadzi biznes obarczony dużym ryzykiem. Wtedy ewentualne niepowodzenia firmy nie obciążają całej rodziny i chronią ją przed utratą dorobku życia.

Jeśli biznes jest skalowalny i narażony na wahania, taka umowa u notariusza zabezpiecza aktywa. Jedna osoba podejmuje ryzyko, ale rodzina nie musi się bać, iż w razie niepowodzenia straci dom, mieszkanie czy samochód.

Dla kogo rozdzielność majątkowa nie jest dobrym rozwiązaniem?


Weźmy model, w którym kobieta nie pracuje zawodowo, bo zajmuje się domem i dziećmi. To wciąż częsty układ: mężczyzna zarabia i rozwija się zawodowo, a kobieta przez lata dba o gospodarstwo. W takiej sytuacji rozdzielność może być dla niej skrajnie niekorzystna. Praca w domu nie generuje dochodu, więc kobieta nie buduje własnego majątku.

Przy wspólności ustawowej funkcjonuje tzw. "wspólny worek". W razie rozwodu majątek podlega podziałowi, co jest sprawiedliwe – choćby jeżeli kobieta nie zarabiała, jej wkład umożliwił partnerowi robienie kariery i pomnażanie pieniędzy. Wtedy należy jej się połowa.

A przy rozdzielności?


Po rozstaniu mężczyzna może zostać z domem i oszczędnościami, a kobieta bez żadnego zabezpieczenia. Z punktu widzenia prawa nie przysługuje jej wtedy praktycznie nic, chyba iż wniosła do związku własny majątek przed ślubem albo otrzymała darowizny czy spadki.

Warto przy tym zrozumieć, iż w małżeństwie funkcjonują trzy majątki: wspólny oraz dwa osobiste – każdego z małżonków. Do majątku osobistego należy to, co zgromadziliśmy przed ślubem, a także spadki i darowizny otrzymane już w trakcie małżeństwa. Druga strona nie ma do nich żadnych praw, niezależnie od tego, czy mamy rozdzielność, czy nie.

Dlatego też rozdzielność majątkowa nie dla wszystkich będzie dobrym rozwiązaniem.

Czy pani mecenas zawsze doradza kobietom, by jednak pracowały?


Nieustannie powtarzam, iż niezależność finansowa jest kluczowa. Prowadzę zbyt wiele trudnych rozmów, żeby móc myśleć inaczej. Czasem naprawdę nie wiem, co powiedzieć, by pomóc im odbudować życie od podstaw.

Widzę kobiety z małych miejscowości, które przez lata nie pracowały i tkwią w toksycznych relacjach. Często nie mają bliskich, nie prowadzą samochodu, nie stać ich na opiekę nad dziećmi. Są całkowicie uzależnione od partnera, który stosuje wobec nich przemoc psychiczną. Słyszą, iż są nic niewarte, iż bez niego sobie nie poradzą, iż "wylądują pod mostem". To rujnuje zdrowie psychiczne i fizyczne.

To pułapka pełnej zależności – kobieta, choćby jeżeli chce odejść, ma poczucie, iż nie ma dokąd pójść. Najczęściej to ona, ratując siebie i dzieci, musi szukać wsparcia w fundacjach, o ile w ogóle ma do kogo się zwrócić.

Prawo nie zawsze wystarcza, by ten lęk przełamać?


Jako prawnik mogę wskazać konkretne kroki, powiedzieć, gdzie złożyć pozew, ale procedury trwają. W tym czasie kobieta przez cały czas mieszka pod jednym dachem z osobą, której się boi.

W zeszłym tygodniu rozmawiałam z panią, która bała się złożyć pozew o zaspokojenie potrzeb rodziny. Jej mąż – mimo świetnych zarobków – był skrajnie kontrolujący. Wydzielał jej grosze na zakupy, z których musiała się rozliczać, a przy tym upokarzał ją, nazywając "pasożytem".

Doradziłam jej kroki prawne, ale paraliżował ją strach przed tym, co stanie się w domu, gdy mąż dowie się o pozwie. To jest lęk o własne bezpieczeństwo, który uniemożliwia walkę o swoje prawa.

Jakie oblicze może mieć jeszcze przemoc ekonomiczna?


Miałam ostatnio ciekawą rozmowę z panią z Warszawy. Do niedawna bardzo dobrze zarabiała, ale straciła pracę. Przez ostatnich 15 lat to ona całkowicie utrzymywała rodzinę, ponieważ jej mąż od kilkunastu lat nie pracuje. Zapytałam ją, czy mąż choruje, czy ma jakieś bariery, które wykluczają go z rynku pracy. Odpowiedziała, iż nie. To inżynier – o pracę nie powinno być mu trudno.

Okazało się, iż on po prostu nie chce pracować. To nie był ich wspólny wybór, iż ona robi karierę, a on zajmuje się domem. On po prostu jest leniwy, a ona przez lata mu na to pozwalała.

Zapytałam ją: "Skoro on jest w domu, to pewnie dużo pomaga? Gotuje, ogarnia dzieci i zajęcia pozalekcyjne?". Odpowiedziała, iż czasem coś ugotuje, ale sprzątanie czy wożenie dzieci i tak w dużej mierze należy do niej.

Ona ciągnie dwa etaty, a on ma się jak pączek w maśle. Teraz, gdy straciła pracę i przeżywa ogromny stres, on w ogóle nie poczuwa się do odpowiedzialności – jedynie "dopinguje" ją, żeby jak najszybciej znalazła nowe zatrudnienie.

Nazwała to pani przemocą?


Zapytałam ją wprost: "Czy zdaje sobie pani sprawę, iż jest pani ofiarą przemocy ekonomicznej?". Zamurowało ją. Powiedziałam otwarcie: "Ma pani na sobie hubę. Jest pani ofiarą". To nie jest układ, w którym mąż nadrabia braki finansowe czułością czy troską – wręcz przeciwnie, on jest wymagający i krytyczny. Ta kobieta jest kompletnie wypalona zawodowo i mentalnie.

Podkreślam: to też jest przemoc ekonomiczna. Nie tylko sytuacja, w której ktoś nas rozlicza z paragonów, ale też taka, w której jesteśmy wykorzystywane jako jedyne źródło dochodu i jedyna siła robocza w domu, podczas gdy partner jedynie "pachnie i wygląda".

Takich przypadków w dużych miastach jest coraz więcej i są równie niszczące.

Kobiety często zgadzają się na takie układy "dla dobra dzieci". Jednak w momencie, gdy nastoletnia córka zaczyna zauważać, iż matka się po prostu zajeżdża, dostajemy sygnał: to poświęcenie wcale nie było dobre.

Mogłabym mnożyć podobne przykłady. Wiem, iż wielu uważa mnie przez to za radykalną feministkę, ale to nie jest wymierzone przeciwko mężczyznom.

Edukowanie kobiet ma na celu budowanie świadomości, która służy wszystkim. Współodpowiedzialność za finanse jest kluczowa. jeżeli tylko jedna osoba czuje na sobie cały ciężar utrzymania rodziny, w pewnym momencie dopada ją poczucie totalnego przytłoczenia.

Dalsza część tekstu poniżej


Często słyszę od kobiet na macierzyńskim, iż ich partnerzy mówią: "Masz swój zasiłek, kupuj za to pieluchy i rób wyprawkę". Czy mężczyźni mają rację, uznając, iż sami nie muszą już dokładać się ze swojej pensji?

Absolutnie nie, to tak nie działa. Zasiłek macierzyński to świadczenie, które – podobnie jak wynagrodzenie za pracę – wpada do "wspólnego worka". Podobnie dzieje się z wypłatą męża. Często to podkreślam, bo kobiety błądzą w tej kwestii. Myślą, iż pieniądze na ich osobistym rachunku są tylko ich, a na koncie męża – tylko jego. Tymczasem przy wspólności majątkowej nie ma znaczenia, na czyje konto wpływają środki. To są wasze wspólne pieniądze.

Czyli niezależnie od tego, kto fizycznie dysponuje kwotą, jest ona wspólna?


Tak. Co więcej, utrzymanie dziecka jest obowiązkiem obojga rodziców. Zgodnie z Kodeksem rodzinnym oboje powinni w nim partycypować. Jednak rodzic, który sprawuje bezpośrednią opiekę nad dzieckiem – czyli realizuje tzw. alimentację niematerialną, poświęcając czas i energię – ma ograniczone możliwości zarobkowe. W takiej sytuacji powinien zostać odciążony finansowo.

Drugi rodzic, który pracuje zawodowo, musi wziąć na siebie większy nakład materialny. To są fundamentalne zasady, które bierze się pod uwagę choćby przy ustalaniu alimentów.

Skoro o alimentach mowa – wiele kobiet boi się prosić o ich podwyższenie. Słyszą: "Przecież dostajesz 800 plus", albo boją się stereotypu, iż wydadzą te pieniądze na własne przyjemności, na przykład na przysłowiowe paznokcie.

To niestety standard. Często przychodzą do mnie mężczyźni z pytaniem, czy mogą wpłacać pieniądze bezpośrednio na konto dziecka, byle nie przelewać ich matce. Muszę im tłumaczyć, iż alimenty mają stabilizować sytuację życiową dziecka jako całości. jeżeli dziecko mieszka z mamą, to ona zarządza tymi środkami i układa plan wydatków, także tych nieprzewidzianych.

Mężczyzn często boli to, iż muszą przelać pieniądze byłej partnerce – boją się, iż dzięki nim będzie jej się lepiej żyło. To kwestia mentalności. Warto jednak pamiętać: dziecko powinno żyć na podobnej stopie życiowej co rodzice. jeżeli ojciec pławi się w luksusach, nie może być tak, iż dziecka nie stać na podstawowe potrzeby czy wakacje. Sądy badają takie dysproporcje.

Co chciałaby pani powiedzieć kobiecie, która czytając ten tekst, odnajduje siebie w tych historiach? Jaki powinien być jej pierwszy krok, by odzyskać godność i kontrolę nad życiem?

To trudne pytanie, bo każda sytuacja jest inna i nie ma jednej, uniwersalnej recepty. Zawsze analizuję z klientkami ich konkretne położenie: czy wciąż kochają partnera? Czy są szczęśliwe na innych płaszczyznach związku? Czy naprawdę rozważają odejście?

Kluczowe są też kompetencje zawodowe, realna sytuacja finansowa oraz to, czy kobieta ma grupę wsparcia – kogoś, kto pomoże jej finansowo lub zapewni dach nad głową w razie kryzysu.

Jeśli jednak czujesz, iż ten problem dotyczy właśnie ciebie, moja najważniejsza wskazówka brzmi: zweryfikuj swoją sytuację ze specjalistą. Skonsultuj się z kimś doświadczonym w tej dziedzinie i wykonaj audyt swojego bezpieczeństwa prawnego. To pierwszy i najważniejszy krok, by przestać się bać i zacząć świadomie decydować o swojej przyszłości.

Pamiętaj też, iż brak wiedzy działa na twoją niekorzyść, ale wiedza, choćby trudna, daje ci realny wpływ. Nie musisz dziś podejmować ostatecznych decyzji. Wystarczy, iż zrobisz pierwszy krok i zaczniesz rozumieć swoją sytuację. Powodzenia!

Idź do oryginalnego materiału