Nigdy wcześniej prawo europejskie nie rozróżniało tak precyzyjnie jak dzisiaj osób ubiegających się o azyl, studentów, pracowników, naukowców i rezydentów długoterminowych. Tymczasem debata publiczna coraz częściej sprowadza ich wszystkich do jednego słowa: imigranci. Jak zauważyła Hannah Arendt, w polityce liczy się nie tylko to, co stanowi prawo, ale także to, jakie kategorie społeczeństwo postanawia uznawać. Status prawny ma znaczenie tylko o tyle, o ile wspólnota polityczna jest gotowa go respektować.
Nowy unijny pakt migracyjny, który wszedł w życie 12 czerwca 2026 r., nie stworzył tej sprzeczności. Może ją jednak pogłębić. Pakt reguluje kwestie związane z osobami ubiegającymi się o azyl oraz zarządzaniem nielegalnymi przyjazdami na zewnętrznych granicach Unii Europejskiej. Nie został stworzony z myślą o inżynierach, lekarzach, pielęgniarkach czy naukowcach. A jednak towarzysząca mu debata polityczna coraz częściej obejmuje również ich. Konsekwencje zacierania się różnicy między migracją legalną a nielegalną dotykają rynku pracy, usług publicznych oraz zdolności takich państw jak Polska do przyciągania ludzi o deficytowych kwalifikacjach.
Co Pakt faktycznie wprowadza, a czego nie wprowadza
Pakt Migracyjny jest najbardziej kompleksową od dziesięcioleci reformą unijnego prawa azylowego. Wprowadza obowiązkową kontrolę na granicach zewnętrznych, szybsze rozpatrywanie wniosków azylowych, rozbudowę baz danych biometrycznych oraz mechanizm solidarnościowy. To ten ostatni element jest najbardziej kontrowersyjny.
Państwa członkowskie mają przyjmować relokowanych uchodźców z państw znajdujących się na pierwszej linii albo zapłacić 20 tys. euro za każdą osobę, której przyjęcia odmówią. Polska wynegocjowała w tej mierze zwolnienie. Rząd wskazywał na napięcia związane z wojną hybrydową na granicy z Białorusią, gdzie Rosja i Białoruś od 2021 r. celowo wykorzystują migrację jako narzędzie nacisku. Tylko w 2024 r. Polska odnotowała ponad 30 tys. prób nielegalnego przekroczenia granicy z Białorusi. Komisja Europejska zaakceptowała ten argument. I słusznie. Wojna hybrydowa nie jest zwykłą migracją.
Prawdziwy problem nie polega na tym, co mówi pakt, ale na tym, co pod jego wpływem politycy mówią o migracji. Kiedy były premier Mateusz Morawiecki opublikował oświadczenie po wejściu paktu w życie, nie pisał o osobach nielegalnie przekraczających granicę, odrzuconych wnioskodawcach azylowych ani osobach przebywających w kraju bez dokumentów. Pisał o „imigrantach, którzy popełniają przestępstwa, zachowują się wulgarnie i nie szanują naszej kultury, tradycji ani prawa”. Użył po prostu słowa „imigranci”, wszystkie kategorie prawne zniknęły i w zbiorze ludzi niechcianych znaleźli się także Ci, którzy w Polsce pracują legalnie. Według Zakładu Ubezpieczeń Społecznych pod koniec 2025 r. w Polsce pracowało około 1,29 mln cudzoziemców. Stanowili 7,9 proc. wszystkich pracujących. Za każdą z tych liczb stoi człowiek, który przestrzegał zasad. Debata polityczna wokół paktu coraz częściej traktuje ten fakt jako pozbawiony znaczenia.
Dlaczego politycy sięgają po taki język? w uproszczeniu dlatego, iż może im to przynieść głosy. Najnowsze badanie Eurobarometru dotyczące integracji imigrantów wykazało, iż 68 proc. Europejczyków przecenia liczbę imigrantów zamieszkałych w ich kraju. Przeciętnie sądzą, iż obywatele państw spoza UE stanowią 16 proc. populacji wspólnoty. W rzeczywistości jest to mniej niż 7 proc. W 2024 r. Frontex odnotował 239 tys. nielegalnych przekroczeń granicy, o 25 proc. mniej niż rok wcześniej, a liczba ta przez cały czas spadała. Społeczne wyobrażenia o skali migracji pozostają zatem znacznie wyższe niż wynikałoby to z dostępnych danych. Wyjaśnił to zjawisko laureat Nagrody Nobla Daniel Kahneman pojęciem heurystyki dostępności – oceniamy częstość występowania danego zjawiska na podstawie tego, jak łatwo potrafimy je sobie wyobrazić. Obraz jednej przepełnionej łodzi silniej oddziałuje na wyobraźnię niż milion przedłużonych zezwoleń na pobyt. Polityka oparta na tej asymetrii nie odpowiada na rzeczywistość, ale na społeczne wyobrażenie.
Przestrzegasz zasad? I co z tego!?
Narracja polityczna sprowadzając wszystkich imigrantów do jednej kategorii daje imigrantom prosty sygnał – przestrzeganie zasad nie daje szczególnej ochrony. Po co przechodzić przez skomplikowaną procedurę wizową, uczyć się języka, wykazywać posiadanie środków finansowych i rejestrować się w kolejnych urzędach, skoro otoczenie polityczne traktuje człowieka tak samo jak kogoś, kto nie zadał sobie tego trudu?
Konsekwencje stają się widoczne na rynku pracy. Mniej wykwalifikowanych pracowników oznacza dłuższe kolejki w szpitalach. Opóźnione inwestycje budowlane. Rosnące koszty mieszkań. Uniwersytety tracące naukowców na rzecz państw prowadzących spokojniejszą debatę o migracji. Niższe wpływy podatkowe i większe obciążenie systemów emerytalnych. Jak od dziesięcioleci wskazuje badacz migracji James Hollifield, demokracje są gospodarczo zależne od migracji, choć politycznie często się jej sprzeciwiają.
Podejście paktu do nielegalnej migracji opiera się na odstraszaniu. Badania wskazują jednak, iż wpływ tej strategii na migracje jest ograniczony. Mixed Migration Centre przebadało w 2025 r. ponad cztery tysiące osób przemieszczających się szlakami śródziemnomorskimi. Niemal dwie trzecie z nich stwierdziło, iż zaostrzenie kontroli nie miało wpływu na ich decyzję o kontynuowaniu podróży. Na szlaku środkowo-śródziemnomorskim odsetek ten sięgał trzech czwartych. Przemytnicy zamiast osłabnąć po prostu dostosowywali się do sytuacji, zmieniając trasy i podnosząc ceny. Szczelniejsze granice nie zniszczyły rynku, a sprawiły jedynie, iż stał się bardziej opłacalny dla innych uczestników.
Hein de Haas, autor książki „How Migration Really Works” z 2024 r., udokumentował ten sam mechanizm na podstawie danych z trzydziestu lat. Ograniczenia graniczne nie prowadzą do zmniejszenia migracji, a czynią ją raczej nielegalną, trwalszą i bardziej kosztowną dla wszystkich. Kiedy ludzie nie mogą swobodnie się przemieszczać, przestają wracać do domu. Migracja cyrkulacyjna, która była tania i odwracalna, zamienia się w trwałe osiedlenie, które nie jest ani tanie, ani łatwo odwracalne. Socjolog Douglas Massey opisał ten sam mechanizm na granicy amerykańsko-meksykańskiej w latach 90. Gdy zaostrzano kontrole, migranci, którzy wcześniej przemieszczali się regularnie w obie strony, po prostu przestali wracać do domu. Nie zatrzymaliśmy migracji – pisał Massey – Zatrzymaliśmy migrację powrotną. Europa powtarza ten błąd, ale kiedy jest to już jasne, reakcją polityczną nie jest zakwestionowanie założeń polityki migracyjnej, ale żądanie jeszcze większej kontroli. W efekcie to legalni migranci ponoszą polityczny koszt niepowodzenia, za które nigdy nie powinni odpowiadać.
Prawo i retoryka
Państwa europejskie prowadzą coraz częściej jednocześnie dwie polityki migracyjne naraz. Pierwsza ma przyciągać wykwalifikowanych pracowników, naukowców i przedsiębiorców, aby podtrzymać wzrost gospodarczy. Druga mówi o migracji niemal wyłącznie językiem kryzysu i zagrożenia. Formalnie polityki te nie są ze sobą sprzeczne, ale politycznie coraz trudniej jednak je rozdzielić. Sam pakt nie jest źródłem tej sprzeczności, gdyż reguluje kwestie azylu oraz zarządzania nielegalnymi przyjazdami, ale polityka towarzysząca paktowi coraz częściej przedstawia migrację jako jeden wielki problem bezpieczeństwa. Każde prowadzone w tej kwestii negocjacje, każda wypowiedź polityczna i każdy generowany związany z nim nagłówek wzmacniają tę narrację. Słownictwo przesuwa się od azylu do imigracji, a następnie od imigracji do zagrożenia. W tym procesie legalny i wykwalifikowany imigrant stopniowo znika z pola widzenia, a przecież jednocześnie Europa próbuje przyciągać właśnie takich ludzi. Rządy rywalizują na arenie międzynarodowej o wykwalifikowanych pracowników, upraszczają procedury wizowe, inwestują w kampanie rekrutacyjne i przedstawiają swoje kraje jako miejsca przyjazne globalnym talentom.
Albert Hirschman dowodził, iż kiedy instytucje zawodzą ludzi, którzy są od nich zależni, pozostają im trzy możliwości: odejście, wyrażenie sprzeciwu albo lojalność. W przypadku większości legalnych migrantów możliwość zabrania głosu jest ograniczona. Rzadko mają prawa wyborcze, niewielką reprezentację polityczną i nieliczne zorganizowane grupy interesu. Lojalność również ma swoje granice. jeżeli w debacie publicznej przestaje się dostrzegać różnicę między osobami, które przeszły wszystkie legalne procedury a tymi, które tego nie zrobiły, racjonalną odpowiedzią staje się odejście.
Wyzwaniem dla Europy nie jest już wyłącznie kontrolowanie nielegalnej migracji. Jest nim również zachowanie społecznego poparcia dla legalnej migracji, od której zależy europejska gospodarka. Pakt będzie regulował sytuację osoby ubiegającej się o azyl. Polityka zdecyduje natomiast, czy ludzie, których Europa potrzebuje, przez cały czas będą chcieli do niej przyjeżdżać. Być może nadszedł czas, aby dostrzec tych, którzy wybrali trudniejszą drogę – opuścili rodzinę, język, znane otoczenie i poczucie bezpieczeństwa w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Nauczyli się nowych języków, odnaleźli się w obcych instytucjach, wnieśli swój wkład w społeczeństwa, które nie były jeszcze w pełni ich własnymi. To wysiłek, który warto docenić, bo to on zwiastuje dobrą integrację.

1 dzień temu



