W najbliższych latach Polska stanie się jednym z największych placów budowy w Europie.
Jak pisze dalej na swym blogu na Salon24.pl Krzysztof Przybył, prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”, elektrownia jądrowa, modernizacja kolei, inwestycje w obronność, transformacja energetyczna, cyfryzacja administracji i rozwój sztucznej inteligencji – skala wydatków publicznych liczona będzie w setkach miliardów złotych. To moment historyczny.
Czy Polska wykorzysta nadchodzącą falę inwestycji do trwałego wzmocnienia własnego potencjału gospodarczego?
I właśnie dlatego tak ważna jest tocząca się dziś dyskusja o local content, czyli o tym, w jakim stopniu publiczne pieniądze powinny wzmacniać krajową gospodarkę. Pytanie brzmi: czy Polska wykorzysta nadchodzącą falę inwestycji do trwałego wzmocnienia własnego potencjału gospodarczego?
Najniższa cena nie zawsze oznacza najlepszy wybór
Przez lata w zamówieniach publicznych dominowało podejście, w którym kluczowym, a w praktyce często jedynym, kryterium była cena. Najtańsza oferta wygrywała, choćby jeżeli za nią stała firma bez realnego zaplecza w Polsce, bez trwałego związku z naszą gospodarką, bez istotnych zobowiązań podatkowych wobec naszego państwa. Efekt? Część dużych kontraktów trafiała do podmiotów zagranicznych, nierzadko korzystających ze wsparcia swoich rządów. Zyski wypracowane w Polsce były transferowane za granicę, a krajowy efekt mnożnikowy pozostawał ograniczony.
Local content jako element bezpieczeństwa ekonomicznego
Dyskusja o local content to w istocie rozmowa o bezpieczeństwie ekonomicznym państwa. W dobie napięć geopolitycznych i coraz bardziej asertywnej polityki gospodarczej wielu państw, inwestycje infrastrukturalne przestały być wyłącznie przedsięwzięciami technicznymi. Coraz częściej mają charakter podwójnego zastosowania – gospodarczego i strategicznego.
Trudno nie dostrzegać, iż infrastruktura energetyczna, transportowa czy cyfrowa to dziś element odporności państwa. Dlatego naturalne jest pytanie: czy przy jej budowie i utrzymaniu powinniśmy w możliwie szerokim zakresie opierać się na firmach, które realnie działają w Polsce, zatrudniają tu ludzi i płacą podatki? W tym kontekście działania rządu zmierzające do uporządkowania definicji „podmiotu krajowego” należy ocenić jako krok w stronę bardziej dojrzałej polityki gospodarczej. To próba znalezienia równowagi między zasadami otwartego rynku a interesem narodowej gospodarki.
Koniec z firmami „wydmuszkami”
Cenną propozycję w tej debacie przedstawił Polski Związek Pracodawców Budownictwa. Zaproponowano pięć minimalnych kryteriów, które powinien spełniać podmiot ubiegający się o status „krajowego”: siedziba w Polsce, brak kontroli spoza UE/EEA/GPA, co najmniej cztery lata działalności z istotnym udziałem przychodów i zatrudnienia w kraju, własne zasoby operacyjne oraz terminowe rozliczanie zobowiązań publicznych.
Jak trafnie zauważył w rozmowie z PAP Biznes wiceprezes Strabaga i członek Rady PZPB Wojciech Trojanowski: „Nie chcielibyśmy na rynku zamówień firm wydmuszek, więc zgodziliśmy się, iż musi to być firma, która przynajmniej przez cztery lata prowadzi działalność w Polsce i ma przynajmniej 50 proc. przychodów z naszego kraju. o ile jest to krócej niż 4 lata, to ocenie będzie podlegać spełnienie tego warunku na poziomie spółki-matki”. Cóż, to zdroworozsądkowe minimum, które ma zapobiec sytuacjom, w których na potrzeby jednego przetargu powstają podmioty bez realnego zakorzenienia w Polsce.
Wielkie inwestycje i równie wielka odpowiedzialność
Spójrzmy na przykład elektrowni jądrowej, budowanej w ramach rządowego programu. o ile udział polskich firm w łańcuchu dostaw będzie wysoki, oznacza to tysiące miejsc pracy, rozwój kompetencji technologicznych, wzrost przychodów podatkowych i trwałe osadzenie know-how w kraju. o ile będzie niski – pozostaniemy przede wszystkim miejscem realizacji projektu, a nie jego pełnoprawnym beneficjentem.
To samo dotyczy modernizacji kolei, inwestycji drogowych czy projektów z obszaru obronności i nowych technologii. Publiczne wydatki tej skali powinny być traktowane nie tylko jako koszt budowy infrastruktury, ale także jako narzędzie długofalowej polityki rozwojowej.
Polityka rozwojowa bez ideologii
Warto podkreślić: troska o interes rodzimych firm przy wielkich inwestycjach na szczęście jest kwestią, która nie powinna dzielić polityków. To instrument polityki gospodarczej stosowany w różnych krajach, niezależnie od kolorów politycznych rządów. W Polsce również powinien stać się elementem ponadpartyjnego konsensusu.
Publiczne pieniądze pochodzą z podatków płaconych przez obywateli i firmy. Naturalne i ze wszech miar słuszne jest więc oczekiwanie, iż w możliwie największym stopniu będą one wzmacniać krajową gospodarkę. Dziś mamy historyczną szansę, by tak właśnie się stało. Warto ją wykorzystać.

4 godzin temu











