
NASA usiłowała zaoszczędzić na łaziku księżycowym montując go z elementów dwóch testowych łazików marsjańskich. Okazało się, iż koszty takich przeróbek mogą być o wiele wyższe od zysków z wykorzystania wcześniej zaprojektowanych komponentów.
NASA chce zrealizować w ciągu roku-dwóch lat misję łazika księżycowego Polar Rover for Observation, Mapping, and In-Situ Exploration (PROMISE). Misja miała skupić się na analizie próbek księżycowego gruntu oraz poszukiwaniu księżycowej wody, czyli tak naprawdę wyznaczenia optymalnego terenu pod budowę pierwszej pozaziemskiej – bo księżycowej – bazy. Przede wszystkim zaś miała być tania – administracja Donalda Trumpa nie chce inwestować w badania Kosmosu, jeżeli na horyzoncie nie ma zysków biznesowych.
Szefowie NASA przyjrzeli się modelom inżynieryjnym, rozważali sposoby na „łatwe zwycięstwa”, jak to ujął szef NASA Jared Isaacman i wpadli na pewien pomysł. Skoro program PROMISE ma na celu umieszczenie łazika na Księżycu za ułamek standardowej ceny, to zwrócono się w kierunku platform testowych dla łazików marsjańskich Perseverance i Curiosity, nazwanych odpowiednio OPTIMISM (Operational Perseverance Twin for Integration of Mechanisms and Instruments Sent to Mars) i MAGGIE (Mars Automated Giant Gizmo for Integrated Engineering). Nie są one identyczne z łazikami, które zostały wysłane na Marsa, ale na tyle do nich zbliżone, by inżynierowie prowadzący program marsjański mogli sprawdzić, jak zadziałają napędy w środowisku Czerwonej Planety i jaka będzie reakcja systemów na sygnały z Ziemi. W czerwcu szef NASA Jared Isaacman przedstawił w prezentacji cały program zbudowania z tych dwóch platform robota-łazika i wysłania go na Księżyc.
Chciano połączyć je w jeden pojazd, ale okazało się, iż wcale to nie jest takie proste. Casey Dreier, szef ds. polityki kosmicznej Planetary Society przeanalizował cały program „łazika – składaka”. Dreier oszacował, iż misja Polar Rover for Observation, Mapping, and In-Situ Exploration, omówiona przez Isaacmana w czerwcowej prezentacji, kosztowałaby od 723 mln do 1,33 mld dolarów, włączając w to minimalny koszt startu i lądowania wynoszący 234 mln dolarów oraz maksymalny koszt 320 mln dolarów.
Okazało się, iż same prace integracyjne nie byłyby proste, bo warunki księżycowe są diametralnie różne od marsjańskich. Oprócz kwalifikacji komponentów do startu i lotu kosmicznego – bo przecież nigdy nie miały one opuścić Ziemi – inżynierowie musieliby przygotować sprzęt do użytku na Księżycu jeszcze przed lotem. Problemem jest zasilanie i komunikacja – w tym pierwszym przypadku NASA ma „zapasowy” system zasilania radioizotopem plutonu, ale nowy łazik wymagałby znacznych modyfikacji, aby z niego korzystać.
„Niezależnie od tego, czy zgadzasz się z każdym szacunkiem… jedno jest jasne: PROMISE to nie jest »darmówka«” – podsumował Dreier.
Isaacman odpowiedział na te słowa nie kwestionując poszczególnych elementów analizy Dreiera, poza startem i lądowaniem, ponieważ te koszty „są realne dla każdej misji”. Stwierdził, iż „jeśli PROMISE będzie kosztował choćby 20% twojego najniższego kosztorysu, po prostu nie będziemy go używać”.
„Mimo to, szaleństwem byłoby nie skorzystać ze sprzętu, w który podatnicy zainwestowali już setki milionów dolarów” – dodał jednak.
Ale inżynierowie zajmujący się konstrukcją robotów kosmicznych z Europejskiej Agencji Kosmicznej ESA, twierdzą podobnie jak Dreier, dodając, iż „łatwiej będzie zaprojektować naprawdę tanią, zautomatyzowaną mobilną jednostkę badawczą niż składać ją z komponentów opracowanych wiele lat temu”. Według ESA, taki robot mógłby być z kolei uniwersalny służąc jako podstawa do opracowania całej rodziny autonomicznych robotów badawczych, które mogłyby działać np. na planetoidach, jeżeli kiedyś się do nich wybierzemy.

1 godzina temu




