Nie mam czasu

1 dzień temu

Zajętość stała się jedną z głównych miar wartości we współczesnej kulturze pracy / Źródło: https://pl.freepik.com/darmowe-zdjecie/agencja-mlodych-doroslych-zawod-podkreslil-czarny_1077974.htm#fromView=keyword&page=1&position=0&uuid=e21aa569-9637-47d2-9864-3a123e7881a1&query=Stres

Gdy zastanawiamy się nad najczęściej wypowiadaną frazą naszych czasów, odpowiedź przychodzi niemal natychmiast: „Nie mam czasu”. To uniwersalna karta, którą można zagrać w każdej sytuacji. Spotkamy się w weekend? – Nie mam czasu. Oglądałeś ostatnio jakiś dobry film? – Nie mam czasu. Co ci tak śpieszno? – Nie mam czasu. Alternatywnie można powiedzieć „Jestem zajęta/y”. Działa podobnie, ale brzmi tak, jakbyśmy byli jednak trochę mniej zajęci niż ci, którzy czasu nie mają wcale.

„Nie mam czasu” ma w sobie nutę mistycyzmu. Towarzyszą tym słowom skrajnie sprzeczne emocje. Wypowiadamy je tak, jak byśmy narzekali: z westchnieniem, z bólem w oczach, z irytacją. Gdzieś pod spodem pobrzmiewa jednak coś jeszcze. Może satysfakcja. Może poczucie bycia ważnym. Może choćby duma. Skoro nie masz czasu, to znaczy, iż jesteś zajęty. Skoro jesteś zajęty, jesteś produktywny. Skoro produktywny, możesz odetchnąć z ulgą, bo nie marnujesz swojego czasu. Nie marnujesz siebie. W świecie, w którym posiadanie czasu zaczęło wyglądać podejrzanie, brak czasu stał się oznaką sukcesu.

Ta podprogowa duma nie bierze się znikąd. Współczesna kultura pracy nauczyła nas, iż zajętość jest dowodem wartości, a kalendarz wypełniony po brzegi, miarą ambicji. Bycie „ciągle w ruchu” przestało być stanem przejściowym, a stało się stylem życia. Odpoczynek coraz częściej wymaga usprawiedliwienia, a bezczynność zaczyna wyglądać jak słabość. W takim świecie przepracowanie nie jest już wyłącznie konsekwencją obowiązków. Staje się elementem tożsamości. Jak zauważa dr hab. Mariusz Baranowski, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu – w polskich warunkach przepracowanie utożsamiane jest z ambicją, zaangażowaniem i dyspozycyjnością, czyli społecznie pożądanymi cechami.

Ten mechanizm ma jednak drugą stronę. Wytwarza bowiem, jak określa to socjolog, „etos wygranych, choć zmęczonych” na rynku pracy. Zmęczenie przestaje być sygnałem ostrzegawczym, a zaczyna funkcjonować jako dowód skuteczności. Przepracowanie bywa interpretowane jako świadectwo ambicji, choćby jeżeli w rzeczywistości jest efektem presji i niepewności zatrudnienia. Często nie jest wyborem ani wyrazem pasji, ale przymusem wynikającym z warunków rynku. Co więcej, paradoksalnie chroniczne przeciążenie prowadzi do spadku efektywności i jakości wykonywanej pracy.

Kiedy spojrzymy na dane empiryczne, „nie mam czasu” przestaje wyglądać jak niewinna fraza, a zaczyna jawić się jako realny problem społeczny. Analiza Eurostatu z 2024 roku wskazuje, iż przeciętny czas pracy Polaków jest jednym z najdłuższych w Europie (38,9 godzin tygodniowo). Okazuje się, iż znacznie przewyższamy średnią unijną, plasując się w europejskiej czołówce pod względem czasu spędzanego zawodowo. Badanie UCE Research i ePsycholodzy.pl z tego samego roku ujawniło, iż aż 78,3% polskich pracowników deklaruje przynajmniej jeden objaw wypalenia zawodowego. Najczęściej wskazywano chroniczne zmęczenie i brak energii do działania. Z kolei raport Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (EU-OSHA) z 2025 roku pokazuje, iż ponad 40% pracowników w Unii Europejskiej doświadcza silnej presji czasowej, a prawie 30% zgłasza objawy stresu, lęku lub depresji związanych z pracą. Te liczby jasno pokazują, iż kultura ciągłej produktywności i presja czasu nie są epizodem, ale trendem o realnych konsekwencjach dla zdrowia i jakości życia.

W świecie ciągłego pośpiechu czas wolny zaczyna przypominać luksus / Źródło: https://www.pexels.com/photo/photo-of-a-woman-looking-outside-a-window-while-sitting-on-a-table-7272595/

Presja czasu nie wynika wyłącznie z ambicji. W dużej mierze rodzi się z niepewności. Rynek pracy coraz rzadziej daje poczucie stabilności: umowy czasowe, elastyczne formy zatrudnienia, projektowość. Jak mamy zwolnić, skoro wiemy, iż zawsze jest ktoś gotowy zrobić więcej? Ktoś odpisze szybciej, zostanie dłużej, podejmie dodatkowe zadanie. W takim środowisku odpoczynek zaczyna wyglądać jak ryzyko, a nie przywilej. Brak zajętości może oznaczać nie tylko wolny wieczór, ale również wypadnięcie z obiegu. Dlatego tak łatwo internalizujemy tę presję. Wydaje się racjonalna. Świat pędzi, więc my też musimy.

W pewnym momencie przestaje chodzić o pracę. Przestaje chodzić o listę zadań, skrzynkę mailową czy nadgodziny. Zaczyna chodzić o to, kim jesteśmy. Pytanie „czym się zajmujesz?” przestaje być neutralne, a staje się skrótem do oceny statusu, ambicji i wartości. Gdy bycie zajętym staje się normą, przestaje być wyborem. Staje się domyślnym stanem człowieka. Kiedy stan domyślny to ruch, bezruch budzi niepokój.

Do tego dochodzi jeszcze coś subtelniejszego: potrzeba pokazywania tego ruchu. W przestrzeni publicznej i w mediach społecznościowych bycie zajętym stało się formą autoprezentacji. Projekty, szkolenia, „jestem w trakcie”, „pracuję nad czymś nowym” – to wszystko buduje obraz osoby zaangażowanej i ambitnej. Bezczynność nie ma narracji. Nie daje się dobrze opublikować. Odpoczynek trudno opisać jako osiągnięcie. W efekcie uczymy się komunikować swoją wartość poprzez intensywność działania. choćby jeżeli ta intensywność nas wyczerpuje.

Jeśli przez lata wykształcamy w sobie nawyk postrzegania siebie przez pryzmat zajętości, zatrzymanie przestaje być odpoczynkiem, a zaczyna być próbą tożsamości. Bez wszystkich tych obowiązków zostaje nam jedynie czas, a z nim niewygodne pytanie: jeżeli jesteśmy wyłącznie tym, co robimy, to co zostaje, gdy przestajemy robić? Może dlatego wolimy mówić, iż nie mamy czasu – bo jego nadmiar zbyt łatwo obnaża, jak bardzo przyzwyczailiśmy się mierzyć siebie działaniem. Najbardziej niepokoi nas moment bez ruchu i coraz trudniej to ignorować. Być może największym luksusem naszych czasów nie jest pieniądz, ale możliwość wypowiedzenia słów „mam czas” bez obaw.

Matylda JANKOWSKA

Idź do oryginalnego materiału