O konieczności polskiego ruchu uchylantów

1 tydzień temu

Rżnij karabinem w bruk ulicy

Twoja jest krew, a ich są czipy.

wg. Juliana Tuwima

Proxywojna Zachodu z Rosją eskaluje po każdej ze stron konfliktu. Sytuacja wojny systemowej, czyli takiej, której zakończenie przeformatuje globalny ład, oraz mnogość stron kierujących się własnymi partykularnymi interesami sprawia, iż nie ma widoku na rozjemcę czy negocjatora, który mógłby wojnę zakończyć. Zarówno w Moskwie, jak i stolicach Zachodu brak zorganizowanego sprzeciwu wobec wojny; ruchu społecznego mającego zakotwiczenie w związkach zawodowych czy partiach politycznych, który to ruch hamowałby zakusy elit zblatowanych z kapitałem, by z wojny uczynić narzędzie jeszcze na kilka dekad ułatwiające akumulację.

Siergiej Ławrow na forum ONZ otwarcie dał do zrozumienia, iż Rosja nie zamierza godzić się na zawieszenie broni, które mogłoby służyć tylko dozbrojeniu Ukrainy przez Zachód. Zapowiedź szefa rosyjskiego MSZ jest zgodna z rzeczywistością, jeżeli będziemy pamiętać, iż Komisja Europejska w perspektywie finansowej na lata 2028–2034 zamierza przeznaczyć 131 mld euro na zbrojenia, dla niepoznaki obronnością zwane. To prawie pięciokrotność środków przeznaczonych na ten cel w latach 2021–2027. W perspektywie finansowej na lata 2028–2034 Komisja Europejska przewiduje także strukturalne wsparcie dla Ukrainy na maksymalnym poziomie do 100 mld euro oraz zwiększenie wojskowego wsparcia dla Ukrainy z progu 17 mld euro w latach 2021–2027 do 30,5 mld euro w latach 2028–2034. Już same te kwoty powinny dać jasno do zrozumienia, iż w takiej czy innej formie wojna Zachodu z Rosją będzie trwała w najbliższej dekadzie, bo środki na nią są zaplanowane. Projekt Komisji Europejskiej zakłada zwiększenie w tym zakresie kompetencji statutowych organów unijnych kosztem państw narodowych. Widać zatem, iż zakusy uczynienia z Unii Europejskiej gospodarczego, a przede wszystkim finansowego zaplecza europejskiej części NATO nabierają rozmachu. Jednym z podstawowych, wprost artykułowanych celów tak horrendalnego wzrostu wydatków na zbrojenia w ramach Unii jest rozwój europejskich mocy zbrojeniowych kosztem polityki spójności oraz wspólnych polityk rolnych.

Warto tu jednak podkreślić, iż państwa członkowskie UE pozostają przez cały czas podmiotami w największym stopniu odpowiedzialnymi za swoje zbrojenia; stwarza to sytuację, w której unijne środki na zbrojenia będą zwielokrotniane przez polityki zbrojeniowe państw narodowych. Z naszego punktu widzenia najistotniejsze rzeczy dzieją się w Warszawie, Berlinie i Paryżu.

Jeśli chodzi o budżet Polski na rok 2027, to wydatki na „obronność” mają wynieść 198 mld zł, czyli 4,51% PKB. Myliłby się jednak ten, kto z tych danych wywnioskowałby spadek tychże wydatków w porównaniu do 2026 roku. Istotny jest tu bowiem fakt, iż wydatki budżetowe nie są jedynym źródłem, z którego Polska zamierza finansować zakup czołgów i rakiet. Najważniejszym elementem pozabudżetowym mającym finansować polskie zbrojenia jest oczywiście program SAFE, a więc prawie 180 mld zł dzielone na lata 2026–2030. Warto dodać, iż zakupy z programu SAFE będą zwolnione także z VAT, co przyczyni się do dodatkowego zubożenia budżetu.

Podobnie sytuacja wygląda w Niemczech. Wg projektu budżetu na 2027 rok Berlin zamierza przeznaczyć na zbrojenia niemal 140 mld euro w porównaniu do 108 mld wydanych w 2026 roku. Co istotne, Berlin nie korzysta z europejskiego programu SAFE, gros wydatków zbrojeniowych pokrywając z emisji własnych papierów dłużnych. Plany Berlina zakładają osiągnięcie pułapu 3,5% PKB wydawanych na zbrojenia do 2029 roku.

Bardzo istotnym krajem w unijnej mozaice militaryzmu jest Francja – jedyna potęga atomowa Starego Kontynentu. Pomimo pełzającego i permanentnego kryzysu finansów publicznych, zgodnie z budżetem na 2027 rok, Paryż zakłada wydatki na zbrojenia na poziomie 64 mld euro. Jest to pułap, który wcześniej miał być osiągnięty w 2030 roku. Dla porównania, w 2026 Francja wydała na zbrojenia nieco ponad 57 mld euro.

W kontekście wyścigu zbrojeń i eskalującego europejskiego militaryzmu istotniejsze choćby od twardych wydatków na zbrojenia wydaje się przemówienie Macrona z 2 marca 2026 dotyczące francuskiej doktryny nuklearnej. Francuski prezydent zapowiedział w nim wprost zwiększenie ilości posiadanych przez Paryż głowic jądrowych oraz zaprzestanie publikowania informacji dotyczących ich faktycznej liczby. Owe przemówienie stanowi także preludium doktryny dissuasion avancée, wysuniętego odstraszania, czyli ściślejszego objęcia państw unijnych francuskim tzw. parasolem nuklearnym. Doktryna dissuasion avancée zakłada udział europejskich armii w ćwiczeniach nuklearnych, możliwość dyslokacji francuskiego arsenału na terytorium partnerów, uwzględnienie bezpieczeństwa państw unijnych w analizie francuskiej strategii atomowej. Przemówienie Macrona zakłada również element rozmydlenia i enigmatyczności założeń francuskiej doktryny nuklearnej, dzięki czemu miałby zostać osiągnięty efekt strategicznej niepewności po stronie potencjalnego przeciwnika, czyli de facto Rosji.

Jeśli zmianę francuskiej doktryny atomowej uzupełnimy o fakt, iż Litwa zmienia swoje prawodawstwo, usuwając konstytucyjną przeszkodę dotyczącą stacjonowania broni nuklearnej na jej terytorium, to wyłania się tu perspektywa, u której kresu rysuje się potencjalny konflikt nuklearny dwóch bloków – rosyjskiego i europejskiego. jeżeli przypomnimy sobie wnioski płynące z gry wojennej Dumny Prorok (Proud Prophet 1983), zgodnie z którymi nie ma czegoś takiego jak ograniczony konflikt nuklearny, ponieważ każdy scenariusz takiego konfliktu prowadzi do nuklearnej zimy, to łatwo uświadomimy sobie, w jakim miejscu historii jesteśmy.

Najbardziej kluczowym zagadnieniem dla dalszego trwania wojny jest aspekt ludzki. Jak widzimy powyżej, militaryzm odnajduje swoje źródła finansowania jeszcze co najmniej na dekadę; jak jednak mają się sprawy z demografią?

Wg Kyryło Budanowa wojsko ukraińskie pozyskuje od 30 do 34 tysięcy żołnierzy miesięcznie, co daje prawie 500 tysięcy rekruta rocznie. w tej chwili na Ukrainie, aby utrzymać tak duże tempo mobilizacji, poważnie bierze się pod uwagę wariant, w którym do wojska trafiają roczniki mające dziś 18–25 lat, a więc te, które dotychczas ze względu na potrzeby reprodukcyjne społeczeństwa mogły czuć się względnie bezpiecznie. Istotne jest to, iż tak duża mobilizacja na Ukrainie nie powoduje wzrostu liczebności ukraińskiej armii, a zapewnia ciągłe odtwarzanie jej stanu liczebnego. Nic dziwnego zatem, iż chętnych do partycypacji w tej maszynce do mięsa coraz dotkliwiej brakuje, co nasila zjawisko tzw. busyfikacji, a więc łapanki prowadzone przez hycli na ulicach, w restauracjach czy środkach zbiorowego transportu.

Wg tego samego Budanowa Rosja rekrutuje do swojej armii około 40–45 tysięcy żołnierzy miesięcznie, posiłkując się rekrutem m.in. z Korei Północnej czy Kolumbii. Sprawą otwartą na chwilę powstawania tego tekstu pozostaje zapowiadana przez zachodnie media wielka jesienna mobilizacja, na skutek której do wojska mogą trafić młodzi ludzie z rosyjskich metropolii.

Sytuacja w krajach Unii Europejskiej również wskazuje na tendencje do powrotu do obowiązkowej armii zasadniczej oraz zwiększenia już istniejącego poboru. W trzech krajach nadbałtyckich służba wojskowa jest obowiązkowa dla wszystkich męskiego obywatela, a pobór łącznie wyniósł około 15 tys. żołnierzy w roku 2025. Łotwa, Litwa i Estonia zakładają armię zawodową, natomiast pobór ma generować wciąż rosnącą liczbę rezerwistów. W przypadku państw bałtyckich należy wspomnieć także o stacjonujących tam kontyngentach NATO-wskich – niemieckim, brytyjskim i kanadyjskim.

W krajach skandynawskich (dla wygody zaliczam do tych państw również Finlandię) widać wyraźną tendencję do ciągłego zwiększania liczby szkolonych żołnierzy. Kraje te szkolą rocznie około 45 tysięcy żołnierzy, przy czym prawie połowa z nich pochodzi z Finlandii, kraju, w którym istnieje swoisty etos służby wojskowej, a fakt jej odbycia ułatwia możliwość kariery zawodowej osobie wchodzącej na rynek pracy.

W Rumunii sytuacja z zasadniczą służbą wojskową jest zbliżona do polskiej – jest ona zawieszona od 2007 roku. Co jednak ciekawe, we wrześniu tego roku Rumunia przeprowadziła szkolenia z mobilizacji rezerwistów o kryptonimie MOBEX. Na tę chwilę w Rumunii przywrócenie poboru jest możliwe w wypadku wojny, jednak w Bukareszcie realizowane są dyskusje dotyczące odwieszenia służby zasadniczej i przywrócenia sytuacji sprzed 2007 roku.

Najciekawiej w tym pospiesznym przeglądzie wypadają oczywiście Niemcy. Berlin zakłada w najbliższych latach wzrost liczebności armii do 260 tysięcy żołnierzy aktywnych i 200 tysięcy rezerwistów. Od połowy 2027 roku Berlin zakłada obowiązkowe badania lekarskie i klasyfikację wojskową dla wszystkich mężczyzn urodzonych od 2008 roku. Jak na razie plany rządu Merza zakładają budowę półmilionowej armii opartej na ochotnikach, jednak jeżeli tych będzie za mało, to niewykluczony jest obowiązkowy pobór.

Jak na tym tle wygląda Polska?

Jeśli chodzi o stan obecny, to w planie finansowym na rok 2026 przewidziano środki na utrzymanie ponad 227 tysięcy żołnierzy, jednak z wypowiedzi rządzących, głównie szefa MON Kosiniaka-Kamysza, wynika, iż zgodnie z zamierzeniami planistów polska armia do 2039 roku ma osiągnąć stan 500 tysięcy żołnierzy: 300 tysięcy w służbie czynnej i 200 tysięcy rezerwistów. Kwestia odwieszenia poboru nad Wisłą nie jest na tę chwilę sygnalizowana przez rząd Tuska – wynika to prawdopodobnie z kalendarza wyborczego. Funkcjonuje ona jednak jako istotny element dyskusji na temat przygotowania Warszawy do nieuchronnej wojny z Rosją. Nieuchronnej, ponieważ doszliśmy do takiego poziomu orwellowskiego absurdu, iż głośne mówienie o pokoju jest traktowane przez polityków koalicji jako zdrada stanu (vide wypowiedź posła Kropiwnickiego). jeżeli jednak liczące 83 mln mieszkańców Niemcy zakładają możliwość uruchomienia obowiązkowego poboru do armii, jeżeli ta ma liczyć pół miliona żołnierzy, to kwestią raczej oczywistą jest to, iż powrót do poboru w niespełna 40-milionowej Polsce, celem zbudowania armii równej tej niemieckiej, jest kwestią czasu. Najprawdopodobniej powyborczego.

Jeśli z wojny na Ukrainie płynie jakaś oczywista lekcja dla ruchu antymilitarystycznego, to polega ona na repetowaniu dość oczywistego faktu, iż wojna ma zawsze wymiar klasowy. Ofiarami wojny, również tymi ekonomicznymi, są te grupy społeczne, które na starcie posiadają najmniej. To w nie wojna uderza w pierwszej kolejności i to w nie uderza najdotkliwiej.

I podobnie jest ze służbą wojskową – ta zawsze ma wymiar radykalnie klasowy, bez względu na to, czy jest ona zawodowa, czy oparta na powszechnym poborze. Socjaldemokratyczny mit każe wierzyć, iż to właśnie powszechny pobór jest rozwiązaniem bardziej egalitarnym, równościowym. Wszak poborowi podlega zarówno syn pracownika przy taśmie, jak i syn właściciela fabryki. Otóż wojna na Ukrainie zadaje empirycznie kłam tej mrzonce. Podczas gdy syn fabrykanta wykpi się z poboru dzięki łapówkom i koneksjom klasowym, to syn pracownika najemnego zdycha w okopie. Wszak stawki pozwalające na uniknięcie poboru obowiązujące na Ukrainie są powszechnie znane także w Polsce. 2 tysiące dolarów to fikcyjne zatrudnienie w strategicznym przedsiębiorstwie odraczające pobór na rok, a 20 tysięcy dolarów to dożywotnia rezerwa w „batalionie Monaco”, jak na Ukrainie mówi się na dzieci bogaczy bawiące się w modnych klubach zachodniej Europy w tym samym czasie, gdy ich koledzy mający mniej szczęścia w klasowej ruletce giną na froncie.

Dlatego już dziś palącym obowiązkiem jest tworzenie w Polsce ruchu uchylantów; ludzi, którzy wbrew nachalnej propagandzie nie zgadzają się na to, by szkolić się na potrzeby mobilizacji do przyszłego wojska. Należy już teraz budować system wsparcia dla tych, którzy chcą, będą chcieli poboru uniknąć, narażając się tym samym na społeczną infamię. Warto tu podkreślić, iż nie dotyczy to jedynie ludzi młodych. Jak głosi powtarzane przez militarystów porzekadło, wojnę zaczyna armia zawodowa, a kończą rezerwiści. Na Ukrainie widzimy, iż średni wiek aktywnego żołnierza przekracza już 40 lat, zatem aktywna dezercja powinna znajdować się w zainteresowaniu wszystkich tych, którzy znajdują się w wieku przydatności do armii rezerwowej. W Polsce jest to 60 lat!

Na końcu tego tekstu odpowiem na najbardziej oczywisty zarzut, który zostanie przytoczony przez jego krytyków. Otóż najbardziej oczywistym zarzutem, który wydalą z siebie „lewicujący” okopowcy, będzie to, iż koncentruje się na przedstawieniu militaryzmu państw zachodniej Europy, zupełnie pomijając militaryzm Rosji. Otóż dzieje się tak dlatego, iż chcąc nie chcąc, jestem obywatelem kraju europejskiego, który chce uchodzić za demokrację liberalną. W takim systemie faktem domniemanym jest wpływ obywatela na system polityczny, zatem logicznym jest to, iż staram się oddziaływać tam, gdzie realnie mogę. Nie jestem obywatelem Rosji, zatem nie mam wpływu na realia rosyjskie. Mówiąc dosadniej, jeżeli żyjąc w Europie Zachodniej, koncentrujesz się na tym, by sypać piach w rosyjski militaryzm, to nie jesteś antymilitarystą, a pożytecznym idiotą własnych warlordów.

Idź do oryginalnego materiału