Politycy straszyli ich zdjęciem. Rozmawialiśmy z wolontariuszką, która była z migrantami z przystanku

3 tygodni temu
Zdjęcie: fot. Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl | x.com/CzabanPiotr


W postach polityków i mediów prawicy byli anonimowymi migrantami, z zasłonięta twarzą. Ale to konkretne osoby, pochodzące z Etiopii i Erytrei, które złożyły w Polsce wnioski o ochronę międzynarodową. Wolontariuszka Paulina Kremer opowiada Gazeta.pl o sytuacji w podlaskiej wsi, sytuacji migrantów i nagonce na osoby udzielające pomocy humanitarnej.
Czterech czarnoskórych mężczyzn siedzi na przystanku - choć nie brzmi to jak niesamowicie wyjątkowa sytuacja, to właśnie takie zdjęcie obiegło w ostatnim tygodniu polski internet i media. Zaczęło się o relacji sołtyski, którą opublikowano na Twitterze, a później zdjęcie podchwycili politycy prawicy.
REKLAMA


Zobacz wideo Pushbacki nie działają! To absurdalne rozwiązanie


Anna Mierzyńska w Oko.press pisała o "fali nienawiści wobec migrantów", którą "sprowokowali prawicowi politycy". Starszący wpis ze stwierdzeniami o "okupacji przystanku", "punkcie zbiorczym nielegalnych imigrantów" i obawach mieszkańców rozszedł się szeroko. Ma ponad dwa miliony wyświetleń. Samo zdjęcie udostępniali też prawicowi politycy, znów straszący migrantami, a wszystko pociągnęło za sobą wylew mowy nienawiści.
Na Twitterze udostępniono zdjęcie czterech mężczyzn na przystanku fot. x.com/Sluzby_w_akcji
W publikacjach prawicowych polityków i mediów nie było mowy o tym, kim są te osoby, co działo się z nimi dalej ani czy - poza samą obecnością - robiły cokolwiek, co mogło wywołać niepokój.
Z czasem o osobach pojawiło się nieco więcej informacji - Piotr Czaban poinformował na Twitterze, iż złożyli oni wnioski o ochronę międzynarodowa w Polsce. My rozmawialiśmy zaś z Pauliną Kremer, wolontariuszką organizacji Podlaskie Ochotnicze Pogotowie Humanitarne, która była jedną z osób udzielających im pomocy. Przedstawia całą sytuację ze swojej perspektywy i mówi, co działo się tego dnia oraz jakie są dalsze losy mężczyzn.


Co działo się w Czerlonce?
- Na nasz numer alarmowy dostaliśmy zgłoszenie, iż chcieliby złożyć wniosek o ochronę międzynarodową w Polsce (ochrona międzynarodowa może, ale nie musi oznaczać statusu uchodźcy - red.) - mówi Paulina Kremer. Wolontariusze poszli do lasu, gdzie znajdowało się 4 mężczyzn i 1 kobieta (ci wysłali "pinezkę" z miejsca, gdzie się znajdują), a później razem udali się na spotkanie ze Strażą Graniczną.
- Jak zawsze zgłosiliśmy sprawę Straży Granicznej. Przekazaliśmy, iż są to osoby chcące złożyć wnioski o ochronę i umówiliśmy się na spotkanie, żeby funkcjonariusze mogli zacząć z nimi procedurę. Dlaczego spotkaliśmy się na tym przystanku? Bo to wygodne miejsce, gdzie łatwo się znaleźć, nie trzeba wjeżdżać do lasu - mówi wolontariuszka.
Tam migranci i wolontariusze czekali przez dość krótki czas na przyjazd funkcjonariuszy. - Nic specjalnego się nie działo. Daliśmy im wodę, jedzenie. Później wszystko posprzątaliśmy, żaden bałagan nie został - dodaje Kremer. W międzyczasie pojawiła się tam sołtyska Czerlonki, która - jak mówiła portalowi O2 - miała dostawać od mieszkańców zgłoszenia dot. migrantów siedzących na przystanku. To ona zrobiła zdjęcie, które później zaczęło krążyć w internecie.
- Mówiła, iż ludzie się boją i nie chce, żeby uchodźcy przesiadywali na przystanku. Ale nie ma żadnego prawa, które by tego zabraniało i segregacji rasowej na przystankach w Polsce nie mamy. Na tej ławce nieraz siadają turyści i to nikomu nie przeszkadza. A autobus i tak jeździ tam chyba dwa razy dziennie - mówi Kremer. W rozmowie pojawił się też wątek dzwonienia na policję, ale zanim ta mogłaby przyjechać, migrantów zabrała Straż Graniczna.


Mężczyźni złożyli wnioski o ochronę międzynarodową, te zostały przyjęte przez Straż Graniczną, która skierowała ich do otwartego ośrodka. Tam będą teraz oczekiwać na decyzję, od której będzie zależało, czy i na jakich zasadach będą mogli zostać w Polsce.


"Normalne plany młodych ludzi"
- Zachowywali się spokojnie, w żaden sposób nie zakłócali spokoju. Można powiedzieć, iż sami byli zestrachani, bo czeka ich trudna procedura, a przyszłość jest niepewna - relacjonuje wolontariuszka. - To bardzo młodzi ludzie. Pytaliśmy, czego chcą w Polsce. Mówili, iż chcą się uczyć, pracować, wreszcie czuć bezpiecznie. Normalne plany, takie same, jak innych młodych ludzi w Polsce - opowiada.
Mężczyźni pochodzą z Erytrei, a więc miejsc, gdzie panuje okrutna dyktatura wojskowa i gdzie nie działa choćby jeden uniwersytet czy media. Jak mówi Kremer, pozostanie lub powrót do kraju stanowiłby dla nich realne zagrożenie.
W Erytrei - jak wynika z nowego raportu ONZ - stale dochodzi do łamania praw człowieka, a sytuacja jest "fatalna". Kraj bywa nazywany "Koreą Północną Afryki". Panuje tam obowiązkowa, bezterminowa służba wojskowa, dochodzi do represji na tle religijnym, przymusowych wysiedleń, aresztów bez podania powodu. Specjalny sprawozdawca ONZ ds. sytuacji praw człowieka w Erytrei wprost wezwał kraje świata do solidarności z uchodźcami z Erytrei i zapewnienia im odpowiedniej ochrony zgodnie z prawami człowieka.


W Etiopii sytuacja jest zróżnicowana zależnie od regionu. W niektórych częściach kraju problemem jest niedożywienie i choroby. Tysiące osób musiały porzucić swoje domy z powodu dużych powodzi. Najbardziej jaskrawym zagrożeniem jest zaś przemoc na tle etnicznym, związana z konfliktem w regionie Tigraj na północy kraju (w który zaangażowana jest zresztą Erytrea). Do aktów przemocy dochodzi pomimo formalnego zawieszenia walk między stronami. Według ONZ w ostatnim roku dochodziło do mordów, pobić, zatrzymać, przemocy seksualnej, ograniczeń praw człowieka oraz uprowadzeń.
"Pierwszy raz spotkałam się z takim rasizmem"
- Tak naprawdę była to historia, jakich wiele i jestem zdziwiona tym, jaki zyskała rozgłos - mówi Kremer. Zdjęcie rozeszło się wśród prawicowych kont w mediach społecznościowych, a także polityków. "Popatrzcie co Tusk robi z Polską. Zaczęło się" - pisał poseł klubu PiS Janusz Kowalski. Powiązany z PiS portal niezalezna.pl w nagłówku straszył "koszmarem podlaskiej wsi".
- Pracuję bardzo długo w temacie migracji, ale pierwszy raz spotkałam się z tak otwartym rasizmem. Jakby osoba o czarnym kolorze skóry nie mogła siedzieć na przystanku - zauważa Kremer. Jej zdaniem politycy "wykorzystują sytuację" i zachowują się nieodpowiedzialnie. - Mają swoje interesy polityczne, ale czy nie można ich realizować przy szacunku dla drugiego człowieka? - pyta.
Poza rasistowską postawą wobec migrantów martwi ją "nagonka na aktywistów". - To ludzie, którzy ratują nasze człowieczeństwo. Nadrabiają to, czego Polska i Europa od jakiegoś czasu nie robi - podkreśla.


Wolontariuszka odniosła się też do oskarżeń o "wspieranie nielegalnej migracji" przez organizacje jak Podlaskie Ochotnicze Pogotowie Humanitarne. - Działamy w ramach prawa. Konsultujemy to, co robimy, z prawnikami. Informujemy o wszystkim Straż Graniczną. Te osoby mają prawo złożyć wniosek o ochronę międzynarodową. Także, o ile przekroczyły granicę w sposób nielegalny - mówi i dodaje:


- Świadczymy pomoc humanitarną, co nie jest nielegalne. Nie przemycamy tych ludzi, nigdy nie pobieramy opłat ani nie czerpiemy żadnych korzyści, jesteśmy wolontariuszami. A więc działamy w granicach prawa, także międzynarodowego, jak Konwencja Genewska.
Idź do oryginalnego materiału