Czy Polsce grozi wariant grecki?
Wariant grecki i jego podwarianty: kubański, węgierski, wenezuelski.
Uniwersalne straszaki liberałów używane za każdym razem, ilekroć interes kapitału leży w tym, by torpedować wydatki socjalne państwa.
Wariant grecki jako straszak charakteryzuje się tym, iż nie ma realnego zakorzenienia w faktach. Ignoruje przyczyny realnych historycznych kryzysów. Wariant grecki wziął swoją nazwę od kryzysu gospodarczego panującego w Grecji po 2008 roku. W narracji liberałów przyczyną owego kryzysu było połączenie dwóch okoliczności: niskiej wydajności pracy wynikającej z rozleniwienia społeczeństwa oraz wysokich świadczeń socjalnych.
W owym czasie ukuto choćby akronim PIGS od angielskich nazw czterech państw: Portugalii, Włoch, Grecji, Hiszpanii. Skrótowiec ten miał zbiorczo piętnować te państwa basenu Morza Śródziemnego, które łączyły niską kulturę i jakość pracy oraz wysokie świadczenia socjalne. Państwa te będąc w strefie euro miały, w wyobrażeniu liberałów, żyć kosztem, pasożytować na zdrowych, wydajnych, innowacyjnych gospodarkach starej Europy, które łączyły wysoką kulturę pracy z równowagą budżetową.
Narracja o wariancie greckim oczywiście abstrahuje od realnych przyczyn tego kryzysu. Nie dowiesz się z niej o strukturalnych wadach konstrukcji samej strefy euro. O tym, iż przyjęcie wspólnej waluty nie wiązało się z przyjęciem wspólnej polityki fiskalnej. Nie dowiesz się z niej o tym, iż strefa euro nie posiada sprawnej strukturalnej polityki wyrównywania różnic pomiędzy krajami bogatymi a biednymi. Opowieść o wariancie greckim nie poinformuje cię o tym, iż Grecja decydując się na wspólną walutę zrezygnowała z możliwości dewaluacji własnej waluty, dzięki czemu mogłaby niwelować przewagi konkurencyjne państw starej Unii.
Nie dowiesz się również o napompowanym systemie zadłużania, w którym banki niemieckie i francuskie pożyczały pieniądze greckiemu kapitałowi nie licząc się z jego realną kondycją finansową i wypłacalnością. To europejski system bankowy napędzał zadłużenie w Grecji po czym, w 2008 roku, po upadku Lehman Brothers, zwyczajnie z tego systemu się wycofał. W związku z tym wariant grecki to tak naprawdę sytuacja, w której kryzys popada sektor bankowy, który z racji tego, iż jest za duży by upaść, ceduje swoje zadłużenie na państwo i obywateli.
Kolejny element tak zwanego wariantu greckiego to błędna i obłąkańcza polityka cięć, wprowadzonych po to by, klasa pracująca spłacała zobowiązania szaleńczo powzięte przez kapitał wobec obcego sektora bankowego.
Ostatni akt tak zwanego wariantu greckiego to pogłębienie recesji na skutek ciągłego ubożenia społeczeństwa, które traci zdolność do nabywania towarów i usług.
Istotne jednak, by zrozumieć, iż faktycznie przyczyna greckiego kryzysu w latach 2008-2015 nie mają nic wspólnego z wyobrażonym kryzysem greckim z imaginarium polskiego wulgarnego liberała.
W jakim sensie możemy zatem mówić dziś o realizacji scenariusza greckiego w Polsce?
Minister finansów Andrzej Domański wywiadzie dla radia Zet z 29 kwietnia powiedział, iż Polska gospodarka jest jak czołg (zaiste interesujące i adekwatne porównanie). Kryzys znany z Grecji sprzed półtorej dekady, według ministra Domańskiego, Polsce nie grozi, choć zauważa on również, iż w tej chwili sytuacja finansowa Grecji jest bardzo zdrowa.
Inaczej widzą to jednak agencje ratingowe, których rola w globalnej gospodarce sprowadza się nie do recenzowania i opisu, a moderowania przyszłych decyzji rządów, które w obawie przed pogarszającymi się prognozami postępują tak, by owym agencjom się przypodobać. Na początku 2026 roku zarówno agencja Fitch jak i agencja Moody’s utrzymała negatywną ocenę aktualnej polskiej gospodarki oraz negatywną prognozę dotyczącą jej przyszłości.
„Pędzimy w stronę Grecji! „powiedział 25 marca na antenie Polsat news Piotr Kuczyński, dziennikarz i komentator ekonomiczny, główny analityk domu inwestycyjnego Xelion.
„Jeśli chodzi o zadłużenie pędzimy w stronę Grecji. Ja to mówię od 2015 roku. Grecja w 1975 roku miała 25 proc. zadłużenia w stosunku do PKB. Minęło 25 lat, było 100 proc. Potem było 160 proc., a potem był kryzys grecki. Idziemy w tym kierunku, tylko na szczęście idziemy wolno.”
Sytuacja gospodarczą Polski oraz jej liberalną wykładnię dobrze ilustruje materiał opublikowany 28 kwietnia na kanale FXMAG pod tytułem „Polska idzie w stronę długu? Dane, które niepokoją”. Według autorów wspomnianego materiału wysokość deficytu publicznego oraz tempo jego wzrostu wskazują, iż Polska gospodarka podąża śladem gospodarki greckiej z pierwszej dekady XXI wieku. Autorzy wspomnianego materiału wskazują, iż co prawda dziś Polska nie stoi u progu kryzysu zadłużenia, jednak niepokojące jest tempo i kierunek zmian. We wspomnianym materiale pada istotne i nad wyraz interesujące zdanie „paradoksalnie przykład Włoch pokazuje, iż brak kryzysu nie oznacza, iż problemu nie ma. Może oznaczać jego utrwalanie „.
Do tego zdania jeszcze wrócimy.
Spójrzmy na jeszcze jedno źródło. W dzienniku Rzeczpospolita z 27 kwietnia 2026 roku ukazały się dwa teksty o zadłużeniu Polski. Pierwszy z nich to „Rekordowe wydatki. Polska przebiła Niemcy” autorstwa Anny Cieślak Wróblewskiej, drugi to krótki komentarz „Polska przegoniła Niemcy” Krzysztofa Adama Kowalczyka.
Analiza Cieślak-Wróblewskiej obfituje w dane liczbowe mające zobrazować kondycję polskiej gospodarki. Dowiadujemy się z niego, iż w roku 2025 polskie wydatki publiczne przekroczyły 50,9% PKB. Według autorki fakt ten, to sygnał ostrzegawczy dla rządu Donalda Tuska. Dalej czytamy, iż deficyt sektora finansów publicznych w 2025 roku wyniósł 7,3% PKB, oraz, iż wyższym deficyt wykazała tylko Rumunia (7,9% PKB ). W artykule „Rzeczpospolitej” czytamy, iż również zadłużenie państwa w 2025 roku wyniosło 59, 7% PKB, a prognozowane przez ministerstwo finansów zadłużenie w 2026 roku może wynieść choćby około 65% PKB. Co prawda, autorka tekstu przyznaję uczciwie, iż średnio w całej unii dług przekracza 80% PKB a w strefie euro choćby 90%. Polskie zadłużenie pozostaje jednak dla niej wciąż sygnałem alarmowym.
Na szczególną uwagę w tekście Cieślak-Wróblewskiej zasługuje opinia głównego ekonomisty banku PKO BP, którą przytoczę w całości: „z jednej strony następuje pewna konwergencja w relacji do państw znanych z silnego modelu socjalnego, a wydatki na transfery społeczne mocno rosną, z drugiej strony jednak musimy ponosić ogromne nakłady na obronność. Największe w regionie i wyższe w relacji do PKB niż w krajach zachodnich.”
Z kolei Maciej Zieliński, wiceprezes i główna ekonomista FOR, w swojej interpretacji sytuacji gospodarczej w Polsce idzie tropem patrona swojej organizacji, Leszka Balcerowicza. Mówi on, iż choć wyższe wydatki na obronność są, z powodu realnego zagrożenia ze strony Rosji, konieczne, to nie tłumaczą one całego wzrostu deficytu i długu. Wskazuje on, iż za te niepokojące parametry odpowiada wzrost wydatków socjalnych.
Wróćmy w tym miejscu do naszego zasadniczego pytania i zastanówmy się, czy w najbliższej przyszłości polskiej gospodarce grozi kryzys podobne do kryzysu greckiego znanego sprzed ponad dekady?
Jak zasygnalizowałem wyżej, jedną z głównych przesłanek umożliwiających i tworzących warunki pod kryzys grecki było wejście Aten do strefy euro. W wyniku tego kroku państwo greckie pozbawiło się możliwości prowadzenia samodzielnej polityki pieniężnej, przestało być kontrolerem własnej waluty i tym samym straciło kontrolę nad stopami procentowymi i możliwością dewaluacji własnego długu.
Nie bez znaczenia jest również czynnik międzynarodowy. Od pandemii 2020 roku żyjemy w rzeczywistości, w której Unia Europejska zaciąga na rzecz państw narodowych zadłużenie pozwalające na realizację wydatków, które w odczuciu europejskich elit stanowią wyzwania strategiczne, infrastrukturalne, rozwojowe. Dlatego też uważam, iż powtórzenie jeden do jednego warunków makroekonomicznych, które wywołały kolaps greckiej gospodarki jest trudne do wyobrażenia.
Warto jednak w tym miejscu wrócić do opinii zasygnalizowanej wcześniej, a mówiącej o tym, iż brak kryzysu oznacza utrwalanie strukturalnych problemów gospodarki.
Polska znajduje się w sytuacji, którą roboczo można określić jaką spektrum kryzysu greckiego. Jest to moment, w którym co prawda nie grozi gospodarce trwała niewypłacalność i brak możliwości zaciągania długu w bankach komercyjnych, ale elity polityczne i gospodarcze nabierają przeświadczenia, iż znajdujemy się za pięć dwunasta od takiego kryzysu. Ugruntowując się w takim przeświadczeniu wspomniane elity kapitałowe uruchamiają programy naprawcze, pomimo braku obiektywnej choroby gospodarki. W dużym skrócie można powiedzieć, iż gospodarka stanowi bilans przychodów i rozchodów. Wszędzie tam gdzie jest sygnalizowane zagrożenie tak zwanym wariantem greckim, wskazuje się, iż problemem są nadmierne wydatki; nikt nie stara się naprawić sfery przychodów państwa polskiego. W takiej sytuacji spektrum wariantu greckiego będzie oznaczać „racjonalizację”, a więc cięcia po stronie wydatkowej, nowe austerity. W momencie, w którym w nadbudowie panuje powszechna zgoda co do tego, iż wydatki na zbrojenia są obiektywnie niezbędne, pozostaje tylko jedna sfera, która tymi cięciami zostanie objęta. Są to wydatki socjalne oraz dobro wspólne; szkolnictwo, ochrona zdrowia, infrastruktura, itd.
Wariant grecki czy też kryzys grecki nie grozi nam dlatego, iż polska gospodarka powtarza obiektywne warunki do wystąpienia głębokiego kryzysu gospodarczego. Grozi nam społeczna i masowa internalizacja mniemania, iż widmo kryzysu wisi nad Polską. Opowieść o kryzysie greckim jest tu pewnym straszakiem, ale jest też pewną hipochondrią. Jest sytuacją pacjenta, który wmówił sobie chorobę nowotworową i domaga się chemioterapii. Warto jednak pamiętać, iż działania, podejmowane w celach zaradczych wobec spektrum kryzysu greckiego uderzą tylko w klasę pracującą i słabiej usytuowane warstwy społeczna. Kapitał i ośrodki władzy społeczno-ekonomicznej mogą na nich tylko zyskać.

2 dni temu







