To jeszcze nie jest wielka fala, zaledwie strumyk, ale Polacy faktycznie zaczęli wracać z emigracji. Czy jednak jest do czego? Odpowiedź należy rozdzielić na dwie warstwy: to, jak modernizowała się gospodarka i jak modernizowało się państwo
Był rok 2006. „The New York Times” ogłosił „największy exodus Polaków od lat 50”, „Polityka” napisała o „dziurze po imigrantach”, a publicysta Onetu Marek Czarkowski zauważył: „Dziś z Polski się nie wyjeżdża, ale ucieka! Jak z Iraku, Afganistanu i Somalii. Nie wiemy dokładnie, kto nas napadł i kim są okupanci, ale na wszelki wypadek – trzeba wiać!”.
Emigracja po 2004 r.: diaspora maleje, a część Polaków wraca
Jak wielu Polaków zwiało? Nie wiadomo. Jedni wyjeżdżali tylko na kilka miesięcy z myślą o pracy sezonowej, inni na kilkuletnie studia, jeszcze inni z zamiarem osiedlenia się za granicą na stałe. Problematyczne było i jest już samo śledzenie wyjeżdżających. W Unii obowiązuje swoboda poruszania się i zwykle nie trzeba tego urzędom raportować. Gdyby przyjąć, iż emigrant to ktoś, kto przebywa za granicą co najmniej rok, to liczba takich osób wzrosła z 650 tys. w 2004 r. do 1,69 mln w roku 2017. Potem jednak zaczęła spadać. Dzisiaj wynosi ok. 1,51 mln.
Szczupleje polska diaspora w Anglii, Niemczech, Szwecji. Część z tych osób po prostu przeprowadza się do innego kraju europejskiego, wciąż nie do Polski. Część jednak wraca. Kto, dlaczego, a przede wszystkim do czego?
Po dwóch dekadach od wielkiej fali emigracji kierunek migracji zaczyna się zmieniać. Coraz więcej Polaków rozważa powrót do kraju.
Powroty do Polski: rodzina i tożsamość liczą się obok zarobków
Fatima Zahra Znioi z Ośrodka Badań nad Migracjami UW w raporcie „Wielki zwrot” zauważa, iż czynnikiem ściągającym Polaków do ojczyzny jest konwergencja gospodarcza, ale również, iż to tylko część wyjaśnienia. „(…) na decyzje o powrocie częściej wpływają relacje rodzinne, tożsamość, poczucie przynależności oraz zmiany zachodzące w trakcie życia. Motywacje te często stają się bardziej istotne wraz z wiekiem migrantów. Rodzice wielu migrantów, którzy wyjechali po 2004 r., wkraczają w starszy wiek, co zwiększa zapotrzebowanie na opiekę i bliskość. Dla innych powrót wiąże się z wychowywaniem dzieci w środowisku polskojęzycznym, zarządzaniem odziedziczonym majątkiem lub odbudową relacji społecznych, których nie da się łatwo odtworzyć za granicą” – ocenia Znioi.
Do jakiej Polski wracają? Co w niej zmieniło się prócz dróg i PKB, i czy zmieniło się na lepsze?
Emigracja po wejściu do UE: bezrobocie i niskie płace wypychały Polaków
Cofnijmy się w czasie o 22 lata, gdy granice UE stanęły dla Polaków otworem. Pakowali manatki i wyruszali – głównie jeszcze autobusami, a nie samolotami – na Zachód. Ich autobus – wysłużona 15-letnia Setra z importu – poruszał się raczej drogami krajowymi, bo sieć autostrad była wciąż szczątkowa. Do granicy – dopóki radio łapie krajowe rozgłośnie – mogli jeszcze posłuchać debaty na temat polityki rządu, na którego czele stał Marek Belka, albo afery Orlenu, czyli skandalu wokół niejasnych konszachtów między Janem Kulczykiem, jednym z najbogatszych Polaków, a politykami, m.in. prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Widząc zbliżającą się granicę państwa, kończyli rozmowy telefoniczne z rodzicami, bo przecież połączenia w roamingu wciąż były bardzo drogie – zwłaszcza dla Polaka, który zarabiał wtedy średnio 2,4 tys. zł brutto. jeżeli w ogóle miał jakąś pracę, bo stopa bezrobocia wynosiła wtedy 19–20 proc., a poniżej minimum egzystencji żyło ok. 12 proc. społeczeństwa.
Skromna ekspansja zagraniczna. Polskie firmy wypadają gorzej od czeskich i węgierskich
Gdy nowi emigranci wjeżdżają do Niemiec albo dolatują do Norwegii, Szwecji czy na Wyspy Brytyjskie, kraje te jeszcze silniej niż w wyobrażeniach kontrastują z Polską. Zadbane domostwa, eleganckie galerie handlowe, szerokie, wielopasmowe drogi to szok. Przed naszymi rodakami wielka niewiadoma. Jedni mają już załatwioną robotę, inni dopiero będą jej szukać. Większość ma jednak nadzieję na to, iż wyjdą na tym lepiej, niż gdyby zostali w kraju, który nie daje im odpowiednich perspektyw i stabilności. Badania pokazują, iż choć z początku większość emigrantów myśli o wyjeździe jako o czymś tymczasowym, jednak z czasem rezygnuje z idei powrotu. Poznają zachodni standard życia, wyższe zasiłki socjalne i lepsze warunki do wychowywania dzieci, więc osiedlają się na stałe, często sprowadzając z Polski swoich partnerów i potomstwo.
W tym czasie Polska się oczywiście rozwijała (w 2004 r. PKB wzrósł aż o 5,3 proc.!), ale wielu Polaków nie miało cierpliwości, by czekać na zapowiadany cud. Oni chcieli żyć lepiej i bogacić się teraz, nie za 10 lat. I mieli do tego prawo.
Polska dogania UE: dochody rosną, bezrobocie spada
Cud rzeczywiście nadszedł, co jest dobrze udokumentowane choćby przez dr. Marcina Piątkowskiego w jego książce „Europejski lider wzrostu”. W ciągu 37 lat wolnej Polski udało nam się podnieść PKB per capita mierzony siłą nabywczą z ok. 40 proc. do ponad 80 proc. średniej unijnej. Zdecydowana większość tego wzrostu odbyła się po przystąpieniu do UE. Postęp widać we wskaźniku AIC, który określa rzeczywistą konsumpcję indywidualną (uważa się go za lepszą miarę realnego dobrobytu mieszkańców niż PKB). Dla Polski wynosi w tej chwili 88 proc. średniej unijnej. Dwadzieścia dwa lata temu było to tylko 57 proc. Możemy więcej konsumować, bo przeciętne wynagrodzenie wynosi w tej chwili ok. 9,2 tys. zł brutto, co oznacza – po uwzględnieniu inflacji – niemal dwukrotny wzrost realny. Bezrobocie wynosi 3 proc. albo 5,7 proc. w zależności od tego, czy mówimy o bezrobociu BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności) czy rejestrowanym.
Przewaga gospodarcza Zachodu, która dwie dekady temu była jednym z głównych motorów emigracji, wyraźnie się skurczyła.
Liczba osób skłonnych na stałe wyjechać za granicę zaczęła więc maleć. Ekonomiści powiedzieliby, iż osłabły czynniki wypychające na emigrację (push factors), a jednocześnie wzmocniły się czynniki przyciągające (pull factors). Ale podobne cuda miały też miejsce w innych krajach regionu, którym udało się wyjść z komunistycznego dołka. Rumunia przesunęła się z 35 do 78 proc. unijnej średniej PKB per capita, Bułgaria z 34 do 68 proc., Litwa z 53 do 87 proc., a Czechy z 76 do 92 proc.
Znioi w swoim raporcie wskazuje na drugą stronę wzrostowego medalu, pisząc, iż „tradycyjne kraje docelowe stały się mniej dynamiczne niż w szczytowych latach migracji po przystąpieniu do UE”. To bardzo dyplomatyczne sformułowanie. Gospodarki państw zachodniej Europy adekwatnie przestały rosnąć, a niektóre państwa wręcz zaliczały spadki realnego PKB. W rezultacie UE rosła jako całość w ostatnich 20 latach w tempie zaledwie 1,2 proc. rocznie. To oznacza, iż unijna średnia, do której równamy, rosła równie wolno, a nam łatwiej było ją gonić. Słowem, wzmocnienie czynników przyciągających Polski wynika po części z ich osłabienia w najbogatszych krajach UE. Polacy zaczynają wracać z miejsc, w których nie jest już aż tak dobrze, do kraju, w którym nie jest już aż tak źle, ale wciąż nie tak, jak mogłoby być.
Powracający z emigracji zderzają się z problemami zdrowia, emerytur i sądów
Bo przecież od akcesji nie wszystko w Polsce się poprawiało. Weźmy np. ochronę zdrowia. Osoba, która z Polski wyjechała w 2004 r., wraca dzisiaj do tego samego niedofinansowanego i nieefektywnego systemu, za to jeszcze mniej przejrzystego. Jak pokazuje afera Kacprzyka, realni beneficjenci umieją go lepiej wykorzystywać. Jednocześnie beneficjenci nominalni, czyli pacjenci, mają do niego coraz bardziej utrudniony dostęp. Według pomiarów Fundacji Watch Health Care średni czas oczekiwania na pojedyncze gwarantowane świadczenie zdrowotne wzrósł z 2,4 miesiąca na przełomie lat 2011 i 2012 do 4,2 miesiąca w październiku 2025 r. Czy można się dziwić, iż różnica w oczekiwanej długości życia pomiędzy Polską a krajami starej Unii jest niemal identyczna jak 20 lat temu i wynosi ok. 5 lat na naszą niekorzyść? W dodatku nie mamy pomysłu, jak ten problem rozwiązać poza jednym – zasypywaniem problemów zwiększaniem wydatków budżetowych. Pomysł ten jednak ma konsekwencje: rosnący dług publiczny, który oznacza po prostu nowe podatki. Dla reemigranta, który chciałby np. otworzyć w Polsce biznes, to sprawa niepokojąca.
Po 2004 r. nie przeprowadzono też reformy systemu emerytalnego, która odpowiadałaby na wyzwania demograficzne. Pół biedy, jeżeli Polak wracający z emigracji ma nabyte za granicą świadczenia emerytalne. jeżeli nie, ma już tylko problem, bo stopa zastąpienia – tj. wysokość emerytury względem ostatniego wynagrodzenia – regularnie w Polsce spada. w tej chwili oscyluje w granicach 52–54 proc., ale w 2040 r. ma wynosić już tylko kilka ponad 40 proc.
Pozytywnie nie zaskoczą go także inne elementy systemu, które nie działały, gdy wyjeżdżał – oświata czy sądy. Te ostatnie procedują sprawy coraz wolniej. Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości w ciągu ostatnich 15 lat czas rozstrzygania sporów na polskiej wokandzie wydłużył się o kilkadziesiąt procent. W sądach okręgowych aż o ponad 70 proc. – z 7 do 12 miesięcy. Taki regres osoby powracające z emigracji może zaskoczyć: przecież w sądach mają już komputery i szybki internet, prawda?
Polska znacznie zmniejszyła dystans gospodarczy do Zachodu, ale jakość części usług i instytucji publicznych nie poprawiała się w podobnym tempie.
Polska po 2004 r.: gospodarka modernizuje się szybciej niż państwo
A zatem do jakiej adekwatnie Polski wracają dzisiaj nasi rodacy? Odpowiedź należy rozdzielić na dwie warstwy: to, jak modernizowała się gospodarka i jak modernizowało się państwo. Granice między jednym a drugim często są zatarte.
Polak wracający do kraju czuje się w nim bezpieczniej niż na Zachodzie. Pamięta też, iż w 2004 r. w niektórych dzielnicach polskich miast można było dostać manto „za żywota” i widzi, iż to już dawno nieaktualne. Nie boi się rabunku i napaści na ulicy. W 2004 r. stwierdzono w Polsce 1,46 mln przestępstw, w 2025 r. było ich już tylko niecałe 800 tys. Imponujące. Państwo zdało egzamin? Częściowo tak, skutecznie rozbiło np. przestępczość zorganizowaną, ale w istocie spadku przestępczości można oczekiwać po każdym gwałtownie bogacącym się społeczeństwie. Skoro można zarobić legalnie, nie ma sensu wchodzić w konflikt z prawem. To gospodarka, czyli zwykli, ciężko pracujący ludzie, ma większą zasługę niż państwo w zwiększaniu bezpieczeństwa publicznego.
Nasz powracający do kraju Polak widzi także wspaniałe drogi szybkiego ruchu i autostrady. Ich długość wzrosła z 720 km w maju 2004 r. do 5,6 tys. km obecnie. Mogłoby się wydawać, iż to już na pewno rola państwa, ale przecież drogi budowane były głównie przez firmy prywatne za środki pochodzące z kieszeni europejskich i polskich podatników (mniej więcej po połowie). Państwo miało tu rolę pośrednika-facylitatora i w tym zakresie zdało egzamin, jednak bez prężnej gospodarki prywatnej byłoby bezsilne.
(…)
Cały teksrt dostępny TUTAJ.
Przeczytaj nasz raport „Wielki zwrot – kto wraca do domu, dlaczego właśnie teraz i co Polska musi zrobić, by ich zatrzymać?”

4 dni temu




