Reforma Państwowej Inspekcji Pracy to rachunek dla obywateli, który wyniesie miliardy

6 godzin temu

Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej chce dać urzędnikom Państwowej Inspekcji Pracy narzędzie do manualnego sterowania rynkiem. Projekt ustawy MRPiPS zakłada, iż inspektor będzie mógł jedną decyzją zmienić umowę cywilnoprawną lub kontrakt B2B w klasyczny etat. Choć deklarowany cel ustawodawcy zakłada usprawnienie procesów, tak skutki dla gospodarki zapowiadają się katastrofalnie. Ekonomiści ostrzegają, iż polska gospodarka może stracić choćby 32 mld zł rocznie w wyniku reformy PIP. Projekt MRPiPS zawiera także liczne wady konstytucyjne i jest dowodem na legislacyjną fuszerkę.

O co dokładnie chodzi w zapowiadanej reformie PIP?

Wyjaśnijmy, na czym polega problem. Obecnie, jeżeli inspektor PIP uzna, iż ktoś pracujący na umowie zleceniu, o dzieło lub prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą faktycznie wykonuje pracę na warunkach etatu, musi skierować sprawę do sądu. Dopiero niezawisły sąd bada dowody, ocenia sytuację z obu stron i wydaje wyrok. To logiczne i sprawiedliwe rozwiązanie w rozumieniu państwa prawa.

Projekt ustawy przygotowany w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zakłada, iż PIP ma otrzymać uprawnienie do wydawania decyzji administracyjnej, która natychmiast, z urzędu, przekształca umowę cywilnoprawną w umowę o pracę. Inspektor wchodzi do firmy, przegląda dokumenty i arbitralnie decyduje o zmianie umowy. Omija się w ten sposób drogę sądową i narusza fundamentalną zasadę wolności zawierania umów, wynikającą z Konstytucji RP. jeżeli przedsiębiorca uzna, iż inspektor się pomylił, to on będzie musiał iść do sądu i udowadniać swoją niewinność. To drastyczne przeniesienie ciężaru dowodu i oddanie niebezpiecznie wielkiej władzy w ręce urzędników.

Rachunek uderzy w nas wszystkich

Wielkie zmiany prawne zawsze niosą za sobą koszty, ale w tym przypadku mówimy o skali makroekonomicznej. Analizy ekspertów Towarzystwa Ekonomistów Polskich jasno pokazują, iż polska gospodarka straci na tym pomyśle choćby 32 miliardy złotych. Skąd bierze się ta kwota?

Przede wszystkim z lawinowego wzrostu kosztów pracy. Przymusowe przekwalifikowanie tysięcy umów cywilnoprawnych i kontraktów B2B na etaty oznacza konieczność natychmiastowego odprowadzenia znacznie wyższych składek i podatków.

Wzrosną koszty pracy dla około 300 tys. osób pracujących w tej chwili na samozatrudnieniu lub umowach zlecenia, spadnie podaż pracy dorabiających poza głównym miejscem zatrudnienia dla dodatkowych 200–300 tys. osób, natomiast wzrosną inwestycje pracodawców w kapitał ludzki o 60 tys. osób poniżej 30. roku życia. Wiele małych i średnich firm, które już teraz ledwo wiążą koniec z końcem, po prostu tego ciężaru nie udźwignie. Konsekwencje są łatwe do przewidzenia. Będziemy świadkami fali bankructw i masowych zwolnień. Część firm, walcząc o przetrwanie, ucieknie w szarą strefę, która już teraz odpowiada za przeszło 16 procent polskiej gospodarki.

Eksperci WEI alarmują: to legislacyjny bubel

Koszty finansowe to tylko jedna strona medalu. Projekt jest wyjątkowo źle napisany. Warto zwrócić uwagę, iż ustawa w proponowanym kształcie narusza standardy konstytucyjne. Projekt rażąco narusza konstytucyjną zasadę swobody umów określoną w art. 31 Konstytucji RP oraz w niedopuszczalny sposób ogranicza prawo obywatela do sądu gwarantowane w art. 45 Konstytucji RP. Dawanie urzędnikom władzy do swobodnego kasowania umów cywilnych i tworzenia nowych stosunków prawnych to jawne uderzenie w swobodę działalności gospodarczej.

Autorzy reformy zupełnie pomylili priorytety. Umowy cywilnoprawne i kontrakty B2B nie są w tej chwili największą patologią polskiego rynku pracy. Dla wielu nowoczesnych branż od sektora IT po usługi kreatywne to podstawowa, najbardziej oczekiwana przez samych wykonawców forma współpracy. Rząd próbuje wylać dziecko z kąpielą. Pod pretekstem walki z rynkowymi patologiami na obrzeżach gospodarki, zamierza uderzyć w jej fundamenty.

Nie można też pominąć faktu, jak ten projekt powstał. Znowu brakuje realnego dialogu społecznego. Politycy piszą przepisy w zaciszu gabinetów, ignorując głosy tych, którzy to prawo będą potem musieli w praktyce stosować.

Zdaniem ekspertów WEI rynek pracy absolutnie nie potrzebuje manualnego sterowania przez inspektorów, którzy nierzadko nie znają specyfiki danej branży. jeżeli chcemy skutecznie eliminować wyzysk, państwo powinno usprawnić sądy pracy i dbać o rzetelną edukację prawną, a nie iść na ustrojowe skróty. Obecna reforma PIP to czysty interwencjonizm, który najpierw uderzy w pracodawców, a chwilę później w samych pracowników.

Idź do oryginalnego materiału