Wywiad z redaktorem książki Tomasza Wróblewskiego
Ponad dwa miliony znaków, dziesiątki rund redakcyjnych, nocna praca i książka, która pojechała z redaktorem choćby na wakacje. Dominik Zdort opowiada o kulisach powstawania „Rozpadu” Tomasza Wróblewskiego, sporach z autorem, granicach redaktorskiej ingerencji i o tym, dlaczego dobra książka ideowa nie powinna prowadzić czytelnika do jednej odpowiedzi, ale zmuszać go do dyskusji.
Zacznijmy może od tego, iż to autor, Tomasz Wróblewski, zaproponował Pana na redaktora tej książki. Skąd się Panowie znają? Jaka jest Wasza wspólna historia?
To jest historia wyłącznie współpracy zawodowej, ale myślę, iż w ciągu ponad 30 lat pojawiło się coś więcej – sympatia i wzajemne zaufanie. Poznaliśmy się w pradawnych czasach, na początku lat 90., gdy Tomek był korespondentem „Życia Warszawy” w USA, a ja reporterem politycznym tej gazety. Gdy w 2001 roku tworzył polskiego „Newsweeka”, zaproponował mi dołączenie do zespołu, ale odmówiłem. Byłem wtedy silnie zakorzeniony w „Rzeczpospolitej” i nie chciałem przechodzić do niepewnego projektu. Rok później sytuacja była inna. „Newsweek” Tomasza Wróblewskiego był potęgą, a ja miałem dość użerania się z moimi ówczesnymi, zależnymi od politycznych mocodawców, szefami. Tomek wrócił z propozycją, gwarantował apolityczność, a ja zgodziłem się zostać w jego piśmie redaktorem.
Nie ukrywam, iż miałem pewne obawy, bo tygodnik otoczony był wśród dziennikarzy czarną legendą – mówiono, iż wymagania Tomka są absurdalnie wyśrubowane, w praktyce niemożliwe do zrealizowania, a praca jest ekstremalnie wyczerpująca i stresująca. I rzeczywiście – to było zupełnie inne dziennikarstwo od tego, które znałem wcześniej, ale jakoś to przeżyłem i po latach oceniam, iż przywieziony przez Wróblewskiego z Ameryki sposób konstruowania tekstu, nieznany wtedy w Polsce, okazał się bardzo praktyczny.
Potem nastąpiły kolejne polityczne rewolucje w światku medialnym i po jakimś czasie spotkaliśmy się ponownie w „Rzeczpospolitej”, gdy Tomek został tam redaktorem naczelnym po wyrzuceniu Pawła Lisickiego przez nowego, dość ekscentrycznego – mówiąc eufemistycznie – właściciela. Przewidywałem, iż podobnie jak część zespołu będę musiał pożegnać się z pracą, choćby trochę na to liczyłem, bo miło czasem być ofiarą politycznych represji, ale nieoczekiwanie nie tylko pozostałem na stanowisku szefa działu Opinie, ale też otrzymałem od Wróblewskiego propozycję pokierowania już wówczas świetnym „Plusem Minusem”, dodatkiem weekendowym gazety. Tomek mi zaufał. Ja jemu także, uwierzyłem, iż nie będzie komisarzem politycznym – i nim nie był. Nie odrzuciłem propozycji, bo wyzwanie było poważne, stanowisko prestiżowe, ale także ze względu na szacunek i sympatię do Wróblewskiego.

Pamięta Pan moment, kiedy po raz pierwszy dostał Pan tekst „Rozpadu”? Co adekwatnie Pan wtedy zobaczył: gotową książkę, ogromny materiał do uporządkowania czy dopiero zalążek książki?
O książce rozmawialiśmy z Tomkiem, jeszcze długo przed tym, zanim dostałem pierwszy materiał do redagowania. Znałem więc podstawowy koncept, wiedziałem, co chce napisać i dokąd zmierza. Już wtedy zdałem sobie sprawę z tego, iż redagowanie tej książki będzie dla mnie intelektualną przygodą. I rzeczywiście nią było. Nie mówię tego kurtuazyjnie. Przez kilka miesięcy niemal codziennie poznawałem nowe dla mnie światy, aby zrozumieć Tomka czytałem rzeczy, których inaczej pewnie bym nie wziął do ręki, poznawałem niuanse z dziedziny ekonomii, historii gospodarczej, socjologii, stosunków międzynarodowych…
Ale pierwsze wrażenie było także bardzo przyziemne: tego jest po prostu za dużo. Już na początku zdaliśmy sobie z Anną Śleszyńską, która prowadziła cały proces ze strony wydawnictwa, sprawę z tego, iż ponad dwa miliony znaków to nie jest materiał na jedną normalną książkę. Zaproponowałem więc podział na trzy części. Tomek próbował według takiego schematu uporządkować całość. Uznaliśmy jednak, iż mechaniczne rozdzielanie poszczególnych obszarów za bardzo rozbija najważniejszą myśl książki i ostatecznie stanęło na dwóch tomach.
Najzabawniejsze jest to, iż dzieliliśmy książkę dlatego, iż była za wielka, a potem sam pierwszy tom zaczął rosnąć. W materiałach, które po kolejnych redakcjach i dopiskach Tomka wysyłałem do korekty, pierwszy tom miał ostatecznie prawie 1,9 miliona znaków. A więc niemal rozrósł się do rozmiarów pierwotnej wersji całej książki.
Jak bardzo pierwszy maszynopis różnił się od książki, którą dziś dostaje czytelnik?
Różnił się wielkością, ale na pewno nie zasadniczą ideą. Tomek wiedział, co chce napisać i był do swojej tezy mocno przekonany. Rozrastała się natomiast argumentacja, pojawiały się nowe wątki, nowe cytaty, nowe opisy wydarzeń, setki nowych odnośników bibliograficznych. Ale konstrukcja intelektualna pozostała niezmienna.
Konieczne było także wygładzenie języka i stylu pisania. Nieraz zarówno w „Newsweeku”, jak i w „Rzeczpospolitej” redagowałem teksty Wróblewskiego, więc kiedy pojawił się „Rozpad”, wiedziałem, czego w tej kwestii mogę się spodziewać. Znałem sposób myślenia Tomka, sposób argumentowania, wiedziałem, iż dużo czyta, zwłaszcza po angielsku, i iż bardzo lubi szerokie spojrzenie, w którym polityka łączy się z gospodarką, historią idei, kulturą czy technologią. Ale wiedziałem też, jakie są jego stylistyczne słabości, skłonność do anglicyzmów i nadmiernych skrótów myślowych, czasem trudnych do rozwikłania, więc z góry założyłem, iż lekko nie będzie. I miałem rację.
Rozumiem, iż zdarzało się Panu adekwatnie pisać fragmenty książki od nowa?
Warto powiedzieć o pewnej różnicy między Tomkiem a niektórymi autorami, z którymi pracowałem wcześniej. W „Newsweeku” zdarzało mi się dostać do zredagowania tekst będący w całkowitej rozsypce. Autor konstruował choćby ładne zdania, miał świetną wiedzę, interesujące obserwacje, czasami znakomite informacje, ale nie miał ogólnego konceptu, nie umiał pokazać, co z czego wynika i dlaczego wniosek jest taki, a nie inny. Czytałem wtedy taki materiał wieczorem, wysyłałem autorowi pytania, prosiłem o nowe informacje, fakty, uzupełnienia. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Dlaczego z tego ma wynikać tamto? Autor odpowiadał mi jeszcze w nocy, a ja o świcie siadałem w redakcji i adekwatnie pisałem cały tekst od początku, począwszy od postawienia tezy, przez zbudowanie konstrukcji i nadanie odpowiedniego stylu, z wykorzystaniem materiału, który miałem do dyspozycji.
Przy Tomku zupełnie nie było takiego problemu. On miał od początku bardzo silny koncept i własną wizję. Wiedział, co chce powiedzieć. Dlatego moja ingerencja w tekst musiała mieć bardzo wyraźną granicę. Mogłem zaproponować całe zdanie czy napisać swoimi słowami akapit, jeżeli w wersji oryginalnej było ono niejasny lub zbyt skomplikowany. Gdy miałem poważniejsze wątpliwości, ale jednocześnie poczucie, iż wiem, co Tomek próbuje powiedzieć, choć przytoczone argumenty tego nie pokazywały, albo brakowało między nimi jakiegoś ogniwa, proponowałem własne rozwiązanie. Często wskazywałem, iż niektóre przykłady czy cytaty nie pasują, nie uzasadniają tezy, a są jedynie dowodem na erudycję Tomka.
Czasem polemizowałem, gdy zdawało mi się, iż Tomek w szczegółowych sprawach wyciąga zbyt daleko idące wnioski, ale ogólnych też nie zmieniałem i nie żądałem, aby Tomek je zmieniał. Redaktor powinien być adwokatem diabła, ale nie prokuratorem autora. To książka Tomasza Wróblewskiego. A rolą redaktora nie jest pisanie za autora, ale sprawianie, aby materiał był jak najbardziej logiczny i łatwy do zrozumienia.

A jeżeli tezy autora są dla redaktora całkiem nie do przyjęcia?
Redaktor może proponować modyfikacje, ale nie tylko nie ma możliwości zmuszenia autora, aby zaczął myśleć inaczej, ale nie powinien go do tego nakłaniać. Książka to własność autora, a nie redaktora. Jak redaktor nie może tego znieść, to niech skorzysta z klauzuli sumienia i zrezygnuje z opracowywania tekstu. Ja pewnie nie każdy materiał chciałbym redagować, ale lubię podejmować wyzwania i nie wyobrażam sobie kwestionowania tezy tylko dlatego, iż wydaje mi się prowokacyjna, dziwna albo choćby sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem. o ile autor stawia nieoczekiwaną, choćby szokującą tezę, ale przytacza za nią poważne argumenty – tym lepiej dla książki. I dla czytelnika.
Najmniej interesujące byłoby udowadnianie przez kilkaset stron tego, co wszyscy i tak bezrefleksyjnie akceptują. interesująca książka polega właśnie na znalezieniu nowego spojrzenia, na nieoczekiwanej interpretacji, czasami na zmuszeniu czytelnika do powiedzenia: „zaraz, przecież to jest absurd” – a potem do zastanowienia się, czy rzeczywiście tak jest.
U Tomka takich momentów jest dużo. I tego redaktor nie może z tekstu usuwać. Jego zadaniem nie może być sprowadzenie poglądów autora do poziomu umiarkowanych, ostrożnych i zgodnych z konsensusem. Jest nim dopilnowanie, żeby także najbardziej prowokacyjna teza była uczciwie przedstawiona i miała oparcie w argumentach.
Co było dla Pana ważniejsze: żeby czytelnik zgodził się z autorem czy żeby dokładnie rozumiał tok jego rozumowania?
Zdecydowanie to drugie. Redaktor eseistycznej książki ideowej nie jest rzecznikiem prasowym autora. Czytelnik może zamknąć „Rozpad” i powiedzieć: „doskonale rozumiem Wróblewskiego, ale kompletnie się z nim nie zgadzam”. I to jest uczciwy rezultat lektury. Porażką byłoby: „nie wiem, skąd on adekwatnie wyciągnął ten wniosek”. Rolą redaktora jest pilnowanie drogi od przesłanki do konkluzji. Nie ma prowadzić czytelnika za rękę do odpowiedzi „tak, autor ma rację”.
Zresztą dobra książka ideowa powinna prowokować spór. jeżeli wszystko jest oczywiste, po co ją pisać?
Co było więc w tym tekście najtrudniejsze?
Paradoksalnie dwie zupełnie przeciwstawne rzeczy: skrótowość i nadmiar.
Tomek bardzo dużo wie i bardzo dużo czyta. Czasami więc pisze tak, jakby czytelnik miał w głowie tę samą bibliotekę co on. Zdarza się, iż tylko sygnalizuje jakąś kwestię. Ja, znając już książkę i sposób jego myślenia, domyślam się, o co chodzi. Ale przy redakcji trzeba zadać sobie jeszcze jedno pytanie: czy zrozumie go człowiek, który nie przeczytał tych samych stu książek co autor?
Dlatego nieraz coś dopowiadałem, upraszczałem, dodawałem wyjaśnienia między przesłanką a konkluzją. Podejrzewam, iż czasami Tomka to denerwowało, bo autorowi może się wydawać: przecież to jest oczywiste, po co jeszcze tłumaczyć. Ale akurat ten autor pokornie zgadzał się na zmiany, bo wiedział, iż redaktor nie jest po to, żeby udowodnić mu, iż jest wystarczająco inteligentny, ale po to, by został adekwatnie zrozumiany przez odbiorców. Ostatecznie obaj byliśmy po stronie czytelnika.
Z drugiej strony Tomek ma skłonność do nadmiaru. jeżeli znajdzie trzy świetne przykłady potwierdzające tezę, za chwilę znajdzie czwarty, jeszcze ciekawszy. Potem piąty. I szósty. Wtedy rola redaktora jest odwrotna: powiedzieć „już wystarczy, przekonałeś mnie, przekonasz czytelnika”. Niestety nie zawsze autor się temu podporządkowywał.
Jak wyglądała Panów praca w praktyce? Ile było rund redakcyjnych?
Pracowaliśmy nad kolejnymi wyodrębnionymi przeze mnie odcinkami. Pierwszy tom podzieliłem na 63 takie fragmenty, po kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy znaków każdy. Robiłem ich głęboką redakcję i wysyłałem tekst Tomkowi. Wątpliwości przekazywałem na bieżąco, a nie w jakimś wielkim raporcie po miesiącu. Pisałem: tu nie zgadza mi się liczba. Tego źródła nie znajduję. Tutaj nie rozumiem przejścia. To już było. Tutaj chyba zbyt daleko idziesz. A tutaj przeciwnie – rozumiem, do czego zmierzasz, ale trzeba to dopowiedzieć czytelnikowi.
Tomek niemal zawsze akceptował moje uwagi, poprawiał, dopisywał, niuansował, czasem coś usuwał i odsyłał materiał do mnie. Potem znowu czytałem tekst, redagowałem w zasadzie od początku, bo często zmiany były poważne, a dopiski bardzo długie. Następnie tekst trafiał do Anny Śleszyńskiej i do korekty. Pani Anna czytała materiały, wprowadzała uwagi korekty, skrupulatnie pilnowała kolejności odcinków i terminów. Wróblewski przeglądał jeszcze materiał po korekcie, i znów dopisywał, poprawiał. jeżeli były większe poprawki czy jakieś wątpliwości, plik znów wracał do mnie. kooperacja z takim perfekcjonistą to koszmar.
Do tego kilkakrotnie podczas całej redakcji rozmawialiśmy z Tomkiem szerzej o książce. Dyskutowaliśmy o konstrukcji, podziale, zakończeniu, kolejności argumentów, o tym, co jeszcze dopisywać, a czego już nie warto.
Dlatego nie potrafię powiedzieć: były trzy rundy. Były dziesiątki większych i mniejszych rund. Niektóre fragmenty wracały po kilka razy.
A jak wyglądało to czasowo?
Dość wariacko. Powiedzmy sobie szczerze: redagowanie książek to moje dodatkowe zajęcie. Dziś z zawodu jestem copywriterem. Na co dzień także pracuję ze słowami – piszę, redaguję, wymyślam hasła. „Rozpad” powstawał więc w moim wolnym czasie. W dodatku gonił nas termin. Pracowałem wieczorami, często nocą do świtu, w weekendy, podczas urlopu. Dwa tygodnie wakacji spędziłem w ciepłym kraju, w uroczym miejscu, w naprawdę luksusowych warunkach, więc nie zamierzam kreować się na ofiarę własnego poświęcenia. Ale rytm dnia wyglądał mniej więcej tak: „Rozpad”, basen, „Rozpad”, basen, znowu „Rozpad”. Książka po prostu pojechała ze mną na wakacje.
Skoro zawodowo jest Pan dziś copywriterem, czy to doświadczenie przydawało się podczas redakcji książki?
Bardzo. W komunikacji biznesowej, a w tym się specjalizuję, bardzo ważna jest jasność i klarowność przekazu – i o to się starałem przy redagowaniu książki. Zawsze, jeszcze jako redaktor w mediach, z przyjemnością wymyślałem tytuły i śródtytuły, a to jest chyba jedno z najbardziej copywriterskich zadań przy redagowaniu książki: w kilku słowach trzeba nie tylko powiedzieć, o czym będzie fragment, ale jeszcze sprawić, żeby czytelnik chciał go przeczytać. To była ta część pracy, w której mogłem trochę pobawić się słowem. Miałem satysfakcję, kiedy Tomek moje propozycje akceptował, bo autorzy zwykle są przywiązani do tytułów, które sami wymyślili.
Jak wyglądała weryfikacja faktów i źródeł przy tak ogromnej liczbie wydarzeń, badań i nazwisk? Co sprawdza redaktor, a gdzie musi zaufać autorowi?
Tomek operuje setkami książek, raportów, danych, cytatów, wyborów, ustaw, nazwisk. Tego wszystkiego w krótkim czasie nie dało się zweryfikować. Gdybym chciał odtwarzać całe zaplecze naukowe każdej strony, książka ukazałaby się za kilka lat. Czasem jednak opisywane przez niego historie i przytaczane cytaty wydawały mi się mało prawdopodobne, nie wierzyłem, iż jakiś polityk mógł powiedzieć coś oburzającego, a jakiegoś naukowca zwolniono tylko za dokonanie jakiegoś odkrycia. Wtedy sprawdzałem, wczytywałem się w źródła, jeżeli było trzeba poszerzałem kontekst, czasem dodawałem nowe szczegóły. Generalnie jednak redaktor nie jest fact–checkerem, musi darzyć autora zaufaniem, gdy chodzi o prawdziwość cytatów i faktografię.

Tomasz Wróblewski nazywał drugi tom „Sukcesją”. Czy podział na dwa tomy był założony od początku? I czy trzeba było pilnować, żeby pierwszy tom nie odpowiedział już na pytania drugiego?
Jak mówiłem, początkowo układ książki miał wyglądać nieco inaczej. Pierwszym impulsem do zmian była po prostu objętość. Ponad dwa miliony znaków oznaczały, iż musimy coś z tym zrobić, podzielić materiał na parę części. gwałtownie ujawnił się problem merytoryczny. jeżeli w jednym tomie zamkniemy gospodarkę, w drugim kulturę, w trzecim politykę czy geopolitykę, możemy zniszczyć najciekawszą część koncepcji Tomka. On chce pokazać, iż to nie są osobne historie. Że kryzys polityczny, gospodarczy, społeczny i kulturowy są różnymi wymiarami szerszej przemiany.
Dlatego stanęło ostatecznie na dwóch częściach, a z czasem ten podział uzyskał znacznie głębszy sens niż samo rozwiązanie problemu objętości.
„Rozpad” odpowiada przede wszystkim na pytanie: co się dzieje z porządkiem, który znaliśmy i dlaczego przestaje on działać?
„Sukcesja” ma pytać: co przyjdzie później, kto lub co zajmie zwalniające się miejsce? Oczywiście te dwa pytania się przenikają. Trzeba więc było uważać, żeby pierwsza książka nie odpowiedziała od razu na wszystkie pytania drugiej. Dlatego celowo nie każdy wątek został w pierwszym tomie domknięty. Czasem dobrze, żeby napięcie pozostało.
Czy podczas pracy wydarzenia polityczne zmieniały książkę na bieżąco? Jak redaguje się książkę o świecie, który zmienia się szybciej, niż trwa proces wydawniczy?
To był jeden z naszych stałych problemów. Tomek, jako dziennikarz z krwi i kości, ma naturalny odruch aktualizowania. Pojawia się nowe badanie, wybory, raport, nowa wypowiedź – i natychmiast pojawia się pokusa: dopiszmy. W jego notatkach obecnych do ostatniej chwili w tekście widać to było najlepiej: „do uzupełnienia przy kolejnych głosowaniach”, „tu trzeba będzie uzupełnić po wyborach”.
Starałem się Tomka przed tym powstrzymywać. Świata nie dogonimy. Co więcej, im bardziej książka chce być aktualna przez dokładanie kolejnych newsów, tym szybciej może się zestarzeć. Mechanizm może pozostać aktualny przez dziesięć lat, a news będzie stary po trzech miesiącach. Dlatego przyjęliśmy zasadę: dopisujemy wtedy, gdy nowe wydarzenie naprawdę coś zmienia w argumentacji. o ile jest tylko piętnastym przykładem potwierdzającym coś, co już pokazaliśmy – nie jest potrzebne. Niestety nie zawsze udawało się Tomkowi trzymać tej reguły.
Czy podczas pracy nad książką zmieniło się Pana własne rozumienie słowa „liberalizm”?
Nie chcę mówić o sobie, wolę o Tomku, to jego opus magnum. Przed laty, jeszcze podczas pracy w „Newsweeku”, postrzegałem go – nie wiem, czy słusznie – jako zdeklarowanego liberała w sensie reaganowskim czy thatcherowskim, zafascynowanego niewidzialną ręką wolnego rynku. Dziś Wróblewski przez cały czas uważa się za liberała, tyle iż mocno rozczarowanego.
Nie twierdzę, iż dojrzał, czy się zmienił. Po prostu – jak pisze sam w „Rozpadzie” – zmienił się świat, a jego ukochany liberalizm zawiódł go tym, iż nie chce przyjąć do wiadomości tej przemiany, nie chce się do nowej sytuacji dostosować. Trwa zabetonowany w strukturach stworzonych przed laty w innych okolicznościach historycznych.
Zabawne zresztą, iż i sam Wróblewski, dostrzegając przemiany, wnikliwie je analizując i opisując, jednocześnie często korzysta z języka ideologii liberalnej, który, moim zdaniem, jest do opisu współczesności nieadekwatny. Kiedyś żartem powiedziałem Tomkowi, iż od lat używamy tych samych słów, mając na myśli zupełnie inne rzeczy. Pamiętam sytuację z czasów „Plusa Minusa”. On mówił, iż powinniśmy mieć więcej tekstów ideowych. Ja oczywiście natychmiast myślałem: Kościół, religia, moralność, konserwatyzm, filozofia, spory o wartości. Dopiero potem orientowałem się, iż Tomek przez „teksty ideowe” rozumie przede wszystkim poważne teksty ekonomiczne. Z kolei to, co dla mnie było tematem ideowym – aborcja czy przywileje dla homoseksualistów – dla niego było „tematem społecznym”.
Myślę, iż trochę tak jest do dzisiaj. Rozumiemy się bardzo dobrze, ale czasem nasze mapy pojęciowe są inaczej narysowane. Dla książki to zresztą zdrowa sytuacja, kiedy redaktor pyta autora: co dokładnie przez to rozumiesz?
Czy coś w tej ewolucji Tomasza Wróblewskiego szczególnie Pana zaskoczyło?
Tak, w pewnym momencie byłem wręcz zaszokowany. Podczas redakcji zdałem sobie sprawę, jak często Wróblewski używa słowa „naród”. I to w jednoznacznie pozytywnym sensie. Takiego Tomka z dawnych czasów adekwatnie nie znałem. Opisuje naród nie jako problem, relikt czy przeszkodę dla jednostki, ale jako realną wspólnotę, bez której trudno zbudować odpowiedzialność, zaufanie i demokrację.
Czy znalazł Pan w książce tezę, z którą początkowo się Pan nie zgadzał, ale argumentacja kazała spojrzeć na nią inaczej?
Książka Wróblewskiego jest ważna nie tylko dlatego, iż stawia mniej lub bardziej kontrowersyjne tezy, ale dlatego, iż zestawia ogromną liczbę faktów, które same przez się zmuszają do refleksji. To mozaika, po której ułożeniu wyłania się szeroki obraz współczesnego świata. I choćby jeżeli ktoś ma poglądy odmienne od autora, powinien te fakty wziąć pod uwagę i spróbować wysnuć własne wnioski.
Niestety – i o tym również jest mowa w książce Tomka – we współczesnym świecie, a adekwatnie w równoległych światach, w których dziś żyjemy, fakty bywają lekceważone, odrzucane albo po prostu negowane. Ludzi, których nie interesują argumenty spoza własnej bańki, którzy z góry wiedzą, jak jest, ta książka może tylko zdenerwować. Nazwą ją kłamliwą manipulacją, będą doszukiwać się drobnych faktograficznych nieścisłości, żeby na ich podstawie odrzucić ogólne wnioski autora. Mam nadzieję jednak, iż są jeszcze czytelnicy ciekawi świata, chętni choćby do rzeczowej polemiki.
Czego nauczyła Pana praca nad „Rozpadem” o pracy redaktora?
Wiedziałem o tym, ale umocniłem w sobie przekonanie, iż przy książce tego rodzaju redaktor naprawdę nie jest człowiekiem od przecinków. Jest pierwszym wymagającym czytelnikiem. Trochę fact-checkerem, trochę architektem, czasami adwokatem diabła, czasem tłumaczem z języka autora na język czytelnika, a czasami hamulcowym. Musi mieć odwagę powiedzieć: „nie rozumiem” albo „nie znajduję źródła”. Ale powinien mieć również pokorę, żeby powiedzieć: „ja bym tak nie pomyślał, ale masz argumenty, więc zostawmy to w tej mocnej formie”. Redaktor nie powinien usuwać z książki jej ryzyka. o ile ją całkowicie wygładzi, zostanie poprawny tekst, który nikogo nie zirytuje, ale też nikomu nie pokaże niczego nowego.
Pracowałem wcześniej nad książkami zagranicznych autorów. Redagowanie przekładu jest pod pewnymi względami łatwiejsze: autor nie będzie się wtrącał do pracy ani dopisywał nowych passusów, a pod ręką jest oryginał, który pozwala zweryfikować nieprecyzyjne tłumaczenie. Bardzo często całkowicie odrzucałem fragment, którego tłumacz nie zrozumiał, i pisałem go od nowa na podstawie oryginału. Gorzej, gdy sprawdzając opisane przez zagranicznego autora fakty, orientowałem się, iż je naciągnął albo dostosował do swojej narracji. Wtedy nie można było się autorowi poskarżyć, pozostawało próbować sformułować fragment ostrożniej, nie zmieniając jego sensu.
Współdziałanie z autorem, który jest pod ręką i na bieżąco reaguje na wątpliwości redaktora, czasem utrudnia pracę – bo materiał żyje do ostatniej chwili – ale efekt jest zwykle nieporównanie lepszy. To zysk także dla autora, który musi zderzyć się z partnerem oczekującym wyjaśnień i odpowiedzi.
Po pracy nad pierwszym tomem – czego najbardziej obawia się Pan przed redakcją „Sukcesji”?
Najbardziej? Że Tomek wykorzysta czas przed rozpoczęciem redagowania i kiedy dostanę „Sukcesję”, będzie miała dwa miliony znaków. A już całkiem poważnie – podejrzewam, iż drugi tom będzie zupełnie inny i będzie stawiał przed redaktorem nieznane na razie wyzwania. Że trzeba będzie szukać nowych metod działania.
„Rozpad” opisuje przede wszystkim procesy, które już się wydarzyły albo dzieją się na naszych oczach. Możemy sprawdzać liczby, wybory, przepisy, badania, decyzje polityczne. „Sukcesja” już przez sam tytuł wychodzi bardziej w przyszłość. Kto zajmie miejsce dotychczasowych elit? Co stanie się z państwem, narodem, gospodarką, technologią, porządkiem międzynarodowym? Jakie idee odziedziczą świat po porządku, którego rozpad opisuje pierwszy tom? I wtedy jeszcze ważniejsze stanie się rozróżnienie czterech rzeczy: faktu, trendu, scenariusza i przekonania autora. Przy „Rozpadzie” bardzo często pytałem Tomka: „skąd to wiemy?”. Przy „Sukcesji” prawdopodobnie jeszcze częściej będę pytał: „czy my to już wiemy i skąd przekonanie, iż tak może się stać?”.
Dziękujemy za rozmowę!
Książkę można kupić TUTAJ.

1 godzina temu









