W obchodach polskich rocznic prawdziwa bywa tylko data.
Polaków cechuje predylekcja do celebrowania historycznych rocznic, podczas których, rwąc na piersiach koszule, chwalą się dziedzicznymi bliznami i wracają pamięcią do swych walk i męczeństwa.
Historia kraju nad Wisłą istotnie jest trudna i tragiczna, niemniej oficjalne martyrologiczne wspominki, poza niewzruszonym fundamentem dat i miejsc, są rytuałami, w których odprawianiu chodzi nie tyle o upamiętnienie i refleksję, co o pielęgnację i utrwalanie narodowej mitologii w jedynie słusznej formie. Cała obowiązująca interpretacja dziejów, zwłaszcza XX wieku, jest li tylko baśniową opowieścią, a na straży jej prawomyślności stoi choćby specjalnie powołany instytut. Przy całym swym tromtadrackim, patriotycznym nadęciu postsolidarnościowe elity władzy traktują historię instrumentalnie i nie tylko piszą zafałszowane księgi narodu i jego pielgrzymstwa, ale także z tych pseudohistorycznych przypowieści, komponując kolaże z prawdy i narodowych mitów, stereotypów, kompleksów i wyobrażeń, tworzą nietrafione, a, bywa, nośne w poddawanej ideologicznej obróbce tkance społecznej analogie ze współczesnymi wydarzeniami, nierzadko nie tylko bezdennie głupie w swym wydźwięku, ale i groźne.
Ze względu na to, iż historia nie jest obiektywną relacją dziejów, tylko wykorzystywanym propagandowo narzędziem, obchodzi się polskie rocznice selektywnie. Bardzo niewygodną jest na przykład rocznica Krwawej Niedzieli, czyli kulminacji ludobójstwa na Wołyniu, której upamiętnianie nikczemnicy ze środowisk opiniotwórczych III RP, a za nimi zwykli ignoranci, traktują jako przejaw tzw. onucyzmu, chociaż to właśnie rocznicę tej barbarzyńskiej, niewyobrażalnej rzezi w obliczu ukraińskiego negacjonizmu i kultu jej autorów przez ukraińskie państwo pozostające na polskiej kroplówce finansowej powinniśmy obchodzić szczególnie. Uwierająca jest też rocznica pokonania nazizmu – ze względu na sojuszników, z którymi tego czynu dokonał polski żołnierz, a których to sojuszników stawia się w jednym rzędzie z hitlerowcami – dlatego się jej nie obchodzi, wspomina się co najwyżej o zakończeniu wojny. Niewygodne jest także wyzwolenie Auschwitz, jednak z istotnych względów tej rocznicy przemilczeć się nie da, przemilcza się więc, kto tego dokonał albo wygłasza pokraczne, kompromitujące opowiastki o wyzwoleniu przez niesprecyzowanych Ukraińców, a nie żadną Armię Czerwoną, jak raczył niegdyś oznajmić niejaki Grzegorz Schetyna.
Wyrwane z kalendarza czerwone kartki zastępuje się nowymi, sztucznie wprowadzanymi świętami, jak ostatnio, kiedy Uśmiechnięci dokonali przeszczepu ukraińskiego dnia niepodległości na grunt Fajnopolski pod hasłem „niepodległość nasza wspólna”, w swym zuchwałym braku wyobraźni nie rozumiejąc nie tylko, iż z samej definicji niepodległości suwerennego państwa wynika, iż polega ona na niezależności od innych podmiotów i nie może być współdzielona, ale także, iż ich wpychanie Polakom na siłę do gardeł miłości do wszystkiego, co ukraińskie, będzie kontrproduktywne; przeszczep zostanie odrzucony, a hołdy i samoupadlające deklaracje pozostaną folklorem Uśmiechlaków, jak nazywa ich celnie redaktor Łukaszek.
Rocznica wybuchu II Wojny Światowej nie należy do gatunku tych niewygodnych, chociaż powoli, ale konsekwentnie przesuwa się akcenty win za jej rozpętanie.
Z zażenowaniem i niesmakiem, chociaż bez zaskoczenia, wysłuchałem przemówień na Westerplatte. Nawrocki mówił o niemieckim handlu z Rosją, który krytykował jeszcze świętej pamięci Kaczyński, wyrażając typowo polskie podejście, w którym walutą jest honor, Kosiniak rozmywał znaczenie słowa „wojna”, bredząc, iż właśnie na niej jesteśmy, bo wojna to fałszywy film, który obejrzy przed śniadaniem dwa miliony osób i przecięty kabel na dnie morza (czy wysadzony gazociąg także, nie powiedział). Wszyscy mówcy poruszali się w paradygmacie militaryzmu, a jedynym pozytywnym zaskoczeniem była wypowiedź Dulkiewicz, która wspomniała o ofiarach oblężenia Leningradu, ściągając na siebie gromy ciskane przez zahartowanych propagandowo troglodytów, dla których upamiętnienie cywilnych ofiar jest skandalem, jeżeli owymi cywilami są radzieccy (pardon, „sowieccy”) podludzie. To właśnie Dulkiewicz jako jedyna mówiła, iż złem jest wojna, wojna jako taka, wojna sama w sobie. Tusk mówił, iż złem jest wróg, jako którego zdefiniował Rosję.
Na wystąpieniu tiktokera, postaci znanej, w wolnych chwilach premiera III RP, chciałbym się zatrzymać na dłużej, nie tylko dlatego, iż uosabia on realnie najbardziej znaczący decyzyjnie urząd, ale przede wszystkim dlatego, iż jego wystąpienie było najmniej strawne, dryfujące po tematycznych mieliznach i zawierające błędne wnioski, nieprzystające do okoliczności i miejsca, jak sam się wyraził, świętego dla Polaków.
Zawsze, powiada obywatel Tusk, my, Polacy, mówiliśmy: „nigdy więcej wojny”. I zaraz kwestionuje słuszność tego krzyczącego nad Westerplatte hasła, uderzając w militarystyczne tony: dziś naszym zadaniem jest wyciągnąć lekcję, polegać na sile, sojuszach, nie na zaklęciach i mitach. Po czym sięga po arsenał zaklęć i mitów, opowiadając o solidarności i o tym, iż los Ukrainy to nasz los.
Dokładnie dziesięć razy – średnio około raz na minutę – odwołał się Tusk do kategorii tzw. „wolnego świata”. Nie zdefiniował jej, ale jako elementy tegoż wymienił Europę, Amerykę i Sojusz Północnoatlantycki. To, iż nie szokuje i nie podlega dyskusji nazywanie wolnym światem agresywnego, imperialistycznego paktu, który jeszcze żadnego państwa-członka nie obronił, ale już niejedno państwo napadł, czy Stanów Zjednoczonych, które prowadzą właśnie kampanię niesprowokowanej agresji na suwerenny Iran przez człowieka, który dawał (wraz z Dudą) list żelazny autorowi bezwględnego, transmitowanego na żywo największego ludobójstwa XXI wieku na Palestyńczykach, a skandalem nazywa się napomknięcie o cierpieniach cywilnych ofiar oblężenia Leningradu, jest najlepszym przykładem opierania się na obowiązujących nad Wisłą mitach i inkantacjach i dowodem tryumfu zakorzenionej tutaj propagandy.
Lejtmotywem wystąpienia obywatela Tuska było snucie analogii pomiędzy II Wojną Światową a wojną na Ukrainie. „Ach, to tylko Czechy, ach, to tylko korytarz, ach, to tylko Ukraina” – perorował, jako samozwańczy autorytet dając lekcję, „aby już nigdy napadnięty nie był sam”, odwołując się do Monachium i prorokując, iż „za chwilę dowiemy się, iż to rosyjskie służby zorganizowały prowokację dronową w Lipsku” (było to jeszcze przed oficjalnym oskarżeniem wystosowanym wobec Rosji przez Niemcy), iż najbliższe miesiące będą najważniejsze dla „wolnego świata”, opowiadając z żarliwością komiwojażera zza Buga, iż musimy pomóc przetrwać Ukrainie, iż jej los to nasz los, iż siła, odpowiedzialność i solidarność i iż ani na krok nie można ustąpić złu, a esencjalnym złem jest Rosja.
Całe to natchnione pustosłowie, okraszone jak kasza skwarkami patetycznymi odwołaniami, niegdyś aktorka, a dziś autorka fejsbukowych homilii dla kodziarzy, którzy nie zauważyli, iż Tusk rządzi od trzech lat i wciąż odgrywają rolę antypisowskiego podziemia domagającego się przeliczania głosów, aż wynik wyjdzie po ich myśli, Joanna Szczepkowska, chciałaby puszczać licealistom w szkołach.
***
Wywód Tuska w całości opierał się na lichej, nieuzasadnionej i skandalicznej paraleli budowanej między II Wojną i wojną ukraińską. Jest ona skandaliczna choćby nie dlatego, iż dla Polaków wojna z nazizmem była wojną egzystencjalną, wojną o biologiczne przetrwanie. Nie drażnią mojej dumy narodowej takie analogie, ponieważ jestem jej kompletnie pozbawiony, chociaż polskich patriotów powinny – na pewno bardziej niż wspomnienie o oblężeniu Leningradu. Rzecz w tym, iż wojna z nazizmem w istocie była wojną z esencjalnym złem, z antycywilizacją, wojną o zachowanie człowieczeństwa. I chociaż propagandowo porównywanie do niej wojny ukraińskiej jest bardzo wygodne i działa na polską wyobraźnię, to, jak mocno nie tupałby, zaciskając pięści i zęby Tusk czy inni obłąkańcy, Rosja esencjalnym złem nie jest.
W swoim przemówieniu premier nazwał II Wojnę Światową kataklizmem. Owszem, można kataklizmem nazwać wojnę, ale w pierwszym, narzucającym się znaczeniu nazywamy tak żywioł, manifestację potęgi natury, której nijak nie da się zapobiec, możemy się tylko próbować przed jej skutkami bronić: niszczycielski huragan, powódź, wybuch wulkanu. Uważany za swoich wyznawców za genialnego polityka Tusk zdaje się nie rozumieć tych niuansów znaczeniowych i tego, iż wojny, w przeciwieństwie do tsunami, uniknąć można – na drodze mądrze prowadzonej dyplomacji.
Nie wolno nam uwierzyć Tuskowi, iż trzeba wyrzucić na śmietnik hasło z Westerplatte: NIGDY WIĘCEJ WOJNY.
Także teraz.
Zwłaszcza teraz.

2 dni temu







