Ekonomia kontra polityka. Zwycięzców nie będzie

5 godzin temu

Według wstępnych szacunków GUS liczba mieszkańców Polski spadła w ubiegłym roku o 157 tys. Na 238 tys. urodzeń przypadło 406 tys. zgonów. Spadła także liczba osób w wieku produkcyjnym – o 128 tys. mniej niż rok wcześniej. Jedyne, co rośnie, to liczba emerytów – 9 mln osób – oraz ich udział w ogólnej populacji: 24,2 proc. Wszelkie prognozy mówią też, iż realna wysokość emerytur będzie tylko maleć. Kwota zastąpienia, czyli relacja emerytury do ostatniej pensji, z obecnych 54,2 proc. zejdzie do 29 proc. już za 35 lat, a więc wtedy, gdy po świadczenie zgłoszą się dzisiejsi debiutanci na rynku pracy.

Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i gwałtownie zrównać oraz podnieść wiek emerytalny, choćby do średniego europejskiego poziomu. Aby do tego doszło, trzeba najpierw rozwiać nawarstwione latami mity, wywodzące się z różnych ideowych abstrakcji oraz z uprawiania ekonomii bez kalkulatora.

Pierwszy to naiwna wiara, iż pogłębiającą się dziurę w ZUS wypełniać będzie budżet państwa. Tu wystarczy spojrzeć na jego deficyt, by zobaczyć, iż możliwości się wyczerpują. Zwiększanie podatków czy długu publicznego nie jest dobrą receptą – wręcz pogorszy z czasem i tak marny los emerytów. Drugi to naiwna wiara, iż w tej chwili pracujący sami zatroszczą się o swoją senioralną przyszłość, odkładając w różnych programach emerytalnych lub po prostu inwestując. Tak, Polacy wykazują już większą skłonność do oszczędzania, ale wciąż jesteśmy zbyt biedni, by oszczędzać na coś więcej niż mieszkanie czy „czarną godzinę”. choćby w bliskim mi liberalnym myśleniu trzeba wziąć pod uwagę, iż za jedną trzecią dzisiejszej pensji nikt nie wyżyje i na koniec stanie się klientem opieki społecznej, którą ktoś i tak będzie musiał sfinansować. Na finansowanie seniorów przez ich dzieci też nie ma co liczyć z uwagi na brak tych ostatnich, które zostały zastąpione przez mniej absorbujące pieski i kotki.

Mogło się wydawać, iż ratunkiem będą uchodźcy i imigranci zarobkowi. Ale zamiast widzieć w nich napęd dla gospodarki i nowych podatników, coraz powszechniej widzimy konkurentów i wrogów. Przyjmowanie pod swój dach Ukraińców przypominało finał WOŚP i „Światełko do Nieba”, po którym dobre emocje opadły i ustąpiły miejsca niechęci. Nie jesteśmy gotowi na przyjęcie kilku milionów cudzoziemców, którzy swoją pracą finansowaliby nasz dziurawy system emerytalny. O tym, iż tak właśnie jest, przekonują nas politycy, którzy, zabiegając o popularność, zamiast zachęcać do przyjazdu, zaczęli prawnymi i socjalnymi barierami odstraszać migrantów. Interes wyborczy zawsze przed interesem kraju. „Tu i teraz” zawsze przed tym, co będzie za lata.

A skoro tak, to jakim cudem postulat zrównania i podniesienia wieku emerytalnego miałby zostać spełniony? Czy dlatego, iż Warsaw Enterprise Institute i Forum Obywatelskiego Rozwoju zawarły go w raporcie „Budżetowy S.O.S.”, a wcześniej takie rozwiązanie rekomendował Międzynarodowy Fundusz Walutowy? Czy fakt, iż eksperci przyjrzeli się – z kalkulatorem w ręku – finansom publicznym państwa, zbadali trendy i wyciągnęli konkretne wnioski, jest jakimkolwiek powodem, aby potraktować to poważnie? Istnieją obawy, graniczące z pewnością, iż tak się nie stanie.

Co więcej, tu oponenci mogą też posłużyć się liczbami i wykresami. Nie będą one dotyczyć finansów ani ekonomii, ale badań opinii publicznej i wyników wyborczych. Te są dla decydentów o wiele ważniejsze. Przypomnijmy, iż już raz rząd Donalda Tuska wyłożył się na reformie emerytalnej, a PiS doszedł do władzy na obietnicy jej cofnięcia i obietnicy dochował. We Francji sama zapowiedź podniesienia wieku emerytalnego wywołała społeczne protesty i zjednoczyła politycznych oponentów od lewa do prawa. Prezydent Macron musiał zawiesić swoje plany w obliczu kryzysu rządowego. Po tych, jakże wymiernych, doświadczeniach trzeba być w Polsce politycznym samobójcą, aby grzebać przy emeryturach. Niestety. Natura ekonomii i polityki rozjeżdżają się radykalnie.

Można snuć dywagacje, iż do takiej reformy trzeba ludzi przygotować, oświecić, pokazać korzyści, ale problem w tym, iż nikt się na to nie odważy. A jeżeli już spróbuje, zostanie zakrzyczany i oskarżony o najgorsze. Po raz kolejny usłyszymy, iż pieniądze są, tylko wystarczy ich nie kraść, albo iż po raz siedemnasty receptą będzie pozbycie się luki VAT-owskiej. Głosy rozsądku utoną w zgiełku populizmu, iż nie można kazać Polakom pracować do śmierci. Powoływanie się na „wolę ludu” w tym przypadku będzie miało swoje uzasadnienie. I co z tego, iż ów lud sam siebie pogrąża?

Smutna prawda jest taka, iż eksperci w starciu z populizmem polityków nie mają większych szans. Perspektywa pierwszych sięga dziesięcioleci, drugich – do kolejnych wyborów. Eksperci zbierają dane i liczą parametry, politycy zamawiają badania opinii i liczą swoje poparcie. Patrzą na społeczne potrzeby „tu i teraz”, starają się je spełnić, a przynajmniej coś obiecać. Ważne, ale kontrowersyjne tematy chowane są skrzętnie pod dywan.

Wygląda na to, iż tylko w przełomowych momentach klasę polityczną stać na śmiałe decyzje. Tak było ponad 35 lat temu w Polsce, gdy zmienialiśmy ustrój. Tak bywa w krajach, które znalazły się na skraju bankructwa i niewypłacalności. Problem Polski polega na tym, iż brak już ustrojów do zmiany, a bankructwa sobie nie życzymy.

Idź do oryginalnego materiału