W mojej dzielnicy w Nowym Jorku powstaje mnóstwo nowych firm, ale większość z nich gwałtownie znika z rynku. Dlaczego tak się dzieje? Bo bardzo trudno jest przewidzieć, czego naprawdę chcą klienci. Właśnie dlatego rozwój oparty na oddolnych inicjatywach i eksperymentach jest znacznie bardziej skuteczny niż wielkie projekty opracowane przez ekspertów, którzy próbują zaplanować gospodarkę odgórnie – mówi William Easterly, autor „Tyranii ekspertów” w wywiadzie z Martą Roels dla Wprost.
Marta Roels: Pańska książka „Tyrania ekspertów” pokazuje, iż walka z ubóstwem często ignorowała prawa samych ubogich. Co sprawiło, iż zdał pan sobie sprawę, iż problem ten leży u podstaw polityki rozwojowej?
William Easterly: Ludzie bardzo silnie pragną sprawczości, możliwości podejmowania decyzji dotyczących własnego życia, prawa do wyrażenia zgody na programy czy projekty, które ich dotyczą albo mogą wpływać na własny rozwój. Możemy to nazwać samostanowieniem, wolnością lub autonomią. Istnieje wiele słów opisujących to zjawisko. Właśnie dlatego naruszanie praw ludzi ubogich jest tak poważnym problemem, bo w gruncie rzeczy odbiera im się coś, co my sami cenimy bardzo wysoko – możliwość decydowania o własnym życiu czy o sposobie funkcjonowania. Nikt z zewnątrz nie powinien narzucać nam takich decyzji.

Pisze pan także o „technokratycznej iluzji” – przekonaniu, iż ubóstwo jest jedynie problemem technicznym, który można
rozwiązać dzięki wiedzy ekspertów. Dlaczego tak wielu ekonomistów w nią wierzy?
Na drugie pytanie łatwiej odpowiedzieć. Wiele osób wierzy w model technokratyczny, ponieważ daje on ogromną władzę ekspertom i ekonomistom takim jak ja. To sprawia, iż specjaliści mają bardzo dużą rolę w procesie rozwoju i naturalnie czyni go atrakcyjnym dla środowiska eksperckiego. Iluzja polega na przekonaniu, iż ubóstwo można rozwiązać poprzez czysto techniczne rozwiązania, bez zajmowania się polityką. Tymczasem nie da się od niej uciec. Ludzie mają różne cele i wartości w życiu, i w społeczeństwie. Przed chwilą mówiliśmy o potrzebie sprawczości, wolności, samostanowienia. Te wartości istnieją zarówno na poziomie jednostki, jak i całego społeczeństwa. Oczywiście ludzie chcą także poprawy warunków materialnych – wyjścia z ubóstwa, dostępu do żywności, wody, schronienia czy podstawowych usług. Jednak decyzja, jak pogodzić wszystkie te cele, nie może być podjęta przez jednego eksperta. Wymaga procesu społecznego i politycznego, w którym ludzie sami dokonują wyborów. System polityczny musi również rozwiązywać wiele innych problemów. Na przykład musi zapewniać rozliczalność rządu. W wielu biednych krajach rządy otrzymują ogromne środki pomocowe, ale efekty są bardzo ograniczone – brakuje dróg, szkół czy podstawowej infrastruktury. Badania Esther Duflo i jej współpracowników pokazują na przykład bardzo wysoki poziom absencji pracowników służby zdrowia w krajach rozwijających się. To nie jest problem, który można rozwiązać technicznie. Próbowano różnych sposobów – list obecności, zegarów rejestrujących czas pracy czy kamer, ale nie działały. Pracownicy gwałtownie zorientowali się, iż rząd w gruncie rzeczy nie jest zainteresowany tym, czy faktycznie wykonują swoją pracę.
To jest problem polityczny, a nie techniczny. Trzeba stworzyć system, w którym pracownicy publiczni są rozliczani z wykonywania swoich obowiązków wobec ludzi, którzy potrzebują opieki zdrowotnej czy innych usług. o ile system polityczny opiera się na patronacie – na przykład, jeżeli stanowiska w służbie zdrowia są formą nagrody politycznej – to żadne techniczne rozwiązania nie będą działać. Dlatego technokratyczne podejście nie wystarcza. Problemem nie jest brak technologii, ale brak odpowiednich instytucji politycznych.
Twierdzi pan również, iż instytucje zajmujące się rozwojem często unikają rozmów o demokracji i prawach politycznych. Dlaczego środowisko zajmujące się pomocą rozwojową tak niechętnie podejmuje te tematy?
Większość z nas w świecie rozwiniętym bardzo ceni demokrację. Dlatego dość paradoksalne jest to, iż rzadko pojawia się ona jako cel polityki rozwojowej wobec innych krajów. Oczywiście nie wszyscy muszą w takim samym stopniu ją cenić, ale wydaje się rozsądne przynajmniej zapytać społeczeństwa w krajach rozwijających się, czy chcą żyć w takim systemie.
Dlaczego tak się nie dzieje? Jednym z powodów jest wygoda. Instytucje pomocowe muszą współpracować z rządami, które aktualnie sprawują władzę, a bardzo często są to rządy autorytarne. Na przykład Bill Gates bardzo chętnie współpracował z Melesem Zenawim, wieloletnim dyktatorem Etiopii, który rządził od lat 90. aż do swojej śmierci w 2012 r. Z perspektywy technokratycznej taka kooperacja wydawała się bardzo atrakcyjna. Zenawi deklarował chęć wdrażania technicznych rozwiązań w polityce zdrowotnej – na przykład szerokiej dystrybucji moskitier chroniących przed malarią. Jednak był to jednocześnie autorytarny przywódca, który więził przeciwników politycznych, tłumił protesty i prowadził brutalne działania wobec rolników pozbawianych ziemi i przesiedlanych do tzw. modelowych wiosek, często bez dostępu do podstawowej infrastruktury. Badania Amartyi Sena pokazują, iż w demokracjach niemal nie dochodzi do klęsk głodu, ponieważ społeczeństwo może pociągnąć rząd do odpowiedzialności. Mimo to instytucje pomocowe często ignorują argumenty za demokracją, ponieważ jest ona po prostu niewygodna. jeżeli nie współpracuje się z autorytarnym rządem, to z kim adekwatnie można pracować? Czy należy czekać, aż pojawi się demokracja?
Instytucje pomocowe chcą działać natychmiast, a nie angażować się w skomplikowane procesy polityczne ani próbować wpływać na system polityczny danego kraju. Dlatego często wybierają pragmatyzm i wygodę zamiast konsekwentnego promowania wartości demokratycznych.
(…)

5 godzin temu



![Produkcja gwałtownie rośnie, zatrudnienie spada – nowa twarz polskiego przemysłu [+MP3]](https://lewiatan.org/wp-content/uploads/2026/04/mariusz22.jpg)






![Nawet 124 zł mniej na krowę. Dopłaty za dobrostan w dół [TABELA]](https://static.tygodnik-rolniczy.pl/images/2026/04/08/h_817221_1280.webp)