Gangsterka na rynku pracy. Próbują zawiesić działanie prawa [wywiad z Piotrem Szumlewiczem]

3 godzin temu
Zdjęcie: ZUSKAS obrazki(27)


Kodeks pracy na papierze wygląda przyzwoicie, ale w praktyce setki tysięcy pracowników są pozbawione elementarnej ochrony, prokuratura hurtowo umarza sprawy przeciwko nieuczciwym pracodawcom, a sądy pracy są sparaliżowane. O systemowej bezkarności, fikcji państwowych instytucji i politykach, dla których los niszczonego pracownika to tylko „małe drzewko w płonącym lesie, rozmawiamy z przewodniczącym Związkowej Alternatywy Piotrem Szumlewiczem.

Czy Polska pod względem standardów prawa pracy jest cywilizowanym krajem UE?

Piotr Szumlewicz: Samo prawo nie jest najgorsze, głównie dlatego, iż wymusiły je na nas traktaty unijne. Problem w tym, iż w polskich realiach poszerza się strefa martwa na polu kolejnych przepisów. Na rynku pracy panuje bezkarność przypominająca wolnoamerykankę. Weźmy art. 22 Kodeksu pracy: jasno precyzuje, iż jeżeli jest określone miejsce, czas i podległość służbowa, pracownik musi mieć umowę o pracę. Tymczasem setki tysięcy ludzi w Polsce wciąż tkwi na śmieciówkach, mimo iż spełniają absolutnie wszystkie kryteria etatu.

To samo dotyczy związków zawodowych. Art. 1 ustawy o związkach zawodowych gwarantuje nam niezależność od pracodawców i władzy publicznej. Ten przepis jest notorycznie łamany, co prowadzi do paraliżu wielu organizacji. Pod tym względem Polska tkwi mentalnie w latach 80. Za utrudnianie działalności związkowej grożą sankcje karne, ale na palcach jednej ręki można policzyć procesy zakończone wyrokami – prokuratura masowo te sprawy umarza. Prawo próbuje się po prostu zawiesić.

Mamy przecież Państwową Inspekcję Pracy i sądy pracy.

Bo państwo traktuje je po macoszemu. PIP jest chronicznie niedofinansowana, a inspektorów jest tak mało, iż rocznie kontrolują zaledwie 3–4% przedsiębiorstw. Przedsiębiorca może łamać prawo latami, kalkulując, iż kontrola w ogóle do niego nie dotrze. Z kolei sądy pracy są dramatycznie przeładowane. W Warszawie czy Wrocławiu na wyrok czeka się po 3–4 lata! Przeciętny zwalniany pracownik nie wytrzymuje tego finansowo ani psychicznie – w połowie drogi macha ręką i rezygnuje. Instytucje działają tak wolno i nieefektywnie, iż pracownik czuje się bezbronny, jak w jakiejś kafkowskiej powieści.

Znani przedsiębiorcy i politycy, jak Sławomir Mentzen, otwarcie kpią z Kodeksu pracy, ofertują ostentacyjnie umowy śmieciowe, a poseł KKP Włodzimierz Skalik nazywa PIP „gestapo”. Skąd w Polsce taka nienawiść do prawa i instytucji?

Oni są tylko wierzchołkiem góry lodowej. Prawdziwym dramatem jest to, iż na polskiej scenie nie ma dziś partii politycznej, która traktowałaby prawo pracy w pełni poważnie. Wszyscy toczą wielkie spory o „praworządność przez duże P”, a kompletnie pomijają prawa pracownicze. Gdy alarmuję, iż w Kędzierzynie-Koźlu niszczony jest człowiek i łamane jest prawo pracy, politycy odpowiadają mi cynicznie: „Piotrek, las płonie, a ty się małym drzewkiem przejmujesz”. Dla decydentów praworządność to Trybunał Konstytucyjny czy Sąd Najwyższy, a prawa zwykłego pracownika to margines, który można złożyć w ofierze i puścić z dymem.

Czy na tym zgliszczu widać jakiekolwiek jaskółki nadziei?

Impuls idzie z Unii Europejskiej. Przykładem są wdrażane przepisy chroniące aktywistów i sygnalistów – tzw. dyrektywa anti-SLAPP, gdzie korporacja za niszczenie działacza związkowego będzie musiała liczyć się z karami rzędu choćby 500 tysięcy złotych. Pozytywnie zaczyna działać też presja prewencyjna: w wyniku zapowiedzi reform w PIP kilkuset pracodawców w ostatnim czasie samoistnie zamieniło śmieciówki na etaty, bez konieczności bezpośredniej interwencji inspektora. To dowód na to, iż gdy pracodawca widzi bat, natychmiast zaczyna przestrzegać reguł. Trzy rzeczy, które w polskim prawie pracy muszą zmienić się natychmiast? Po pierwsze: powszechne, branżowe układy zbiorowe. Musimy skończyć z wolną amerykanką – płace, dodatki za pracę w nocy i za nadgodziny muszą być ściśle uregulowane na poziomie całych branż, tak by za tę samą pracę płacono równe, godne stawki. Po drugie: pełna jawność. Przejrzystość wynagrodzeń, jawność konkursów i procedur, połączona z drakońskimi karami za marnotrawienie środków publicznych i łamanie procedur. Po trzecie: skokowy wzrost płac w sektorze publicznym i bezwzględna egzekucja prawa. Państwo musi przestać być najgorszym pracodawcą i wreszcie wyposażyć swoje instytucje kontrolne w zęby. Prawo pracy musi przestać być zaleceniem, a stać się twardym obowiązkiem.

Source

Idź do oryginalnego materiału