Jak się rodził przygraniczny biznes

2 dni temu

Tow. Rakowski wyprowadził sztandar PZPR i Polacy wpadli w biznesowy amok. Warszawka pojechała do Singapuru po komputery , a prowincja do Turcji. Nie będę opisywał schematów biznesowych na kierunku – Singapur, ponieważ na ten temat rozpisywała się prasa.

Mieszkańcy południowo-wschodniej Polski ruszyli , via Ukraina , do Turcji. Przy niewielkim zaangażowaniu środków; wystarczył duży Fiat i niewielkie zasoby pieniężne swoje lub pożyczone.

Cyrk zaczynał się na polskiej granicy. W kilometrowych kolejkach stali biznesmeni-ciułacze. Najgorszy był upał. Toaletami były przydrożne rowy, z wszelkimi tego konsekwencjami.

Skąd te kolejki? Tam gdzie kolejka , tam ktoś ma interes. Polscy pogranicznicy obwiniali ukraińskich, iż “ nie wpuszczają”, a ukraińscy (na powrocie) polskich. Prawda była prozaiczna – łapówki za wjazd i wyjazd.

Zaraz po “płatnym” przekroczeniu granicy, po stronie ukraińskiej , stała milicja. Każdego

zatrzymywali. Trzeba było wpłacić określoną sumę, do kieszeni biednych stróżów prawa. Bywało, iż wystarczył stary numer Playboy’a , lub paczka Marlboro. Takiego zatrzymania należało się spodziewać co 50-100 km. No i te ich blockposty, czyli szlabany na drodze, gdzie tubylcy przejeżdżali w tempie 5 km/h, a obcy musieli się zatrzymać. Zawsze byłem

zafascynowany jak milicjanci uprawiali żonglerkę czarno-białą pałką. Tam

każdorazowo trzeba było myto zapłacić. Biznesmeni dojeżdżali do Czerniowiec. Był tam kilku hektarowy plac-bazar. Potem dalsza trasa wyprawa do Turcji. Ciuchy, złoto itp. i powrót do Czerniowiec. Odpoczynek w hotelu Czeremosz , a tam “balety” i handel wymienny. Pośredniczkami były “gornicznije”, czyli “gospodynie” danego piętra. Potem powrót, ale nie bezpośredni. Przystanki na bazarach i znów wymiana na towar, który był pożądany i łatwo zbywalny w Polsce, czyli ; wóda, fajki, złoto i lepsze gatunkowo ciuchy. ….znów, nie daj Boże granica. Na kierunku Szegini-Medyka były dwie kolejki, dwa szlabany. Pierwszy w lesie na kilkanaście kilometrów od granicy. Tak milicjanci dawali świstki z n-rem samochodu ,

co uprawniało do przejechania do kolejki przy pasie granicznym. Stało się tam , minimum kilkanaście godzin, a bywało, iż i dni.

Kolejka to była umowna kategoria. Milicjanci , po służbie, zbierali “opłaty” za prawo do ominięcia tej kolejki. W zależności od kwoty przejeżdżało się szybciej lub w miarę szybko.

Następnie druga kolejka, a tam zmiłuj się nie było. Stało się i czekało, aż milicjanci podjadą i

zaproponują swoje usługi. Gdy ktoś odmawiał, miał wielką szansę, iż mu urwą lusterko, czy pałką potłuką karoserię. Jak długo się czekało na wjazd do kontroli celnej? Bywało, iż dwie, trzy doby. W najlepszym razie kilkanaście godzin. No i sama “kontrola celna”. To był spektakl. Stawki były z góry określone. Jeden celnik zbierał “darowizny”, a drugi bił stempel, iż wszystko jest OK. Delikwent , szczęśliwy jak nie wiem co, wjeżdżał na polski urząd celny. o ile dał Ukraińcom mniej niż się spodziewali, lub po prostu im się nie spodobał, czy był nowy w tym biznesie, to dawali cynk Polakom i trzeba było “się zachować”, albo było “po ptokach”.

Ukraińcy i Polacy nazywali urzędy celne “sowmiestnoe priedprijatie”, czyli wspólne przedsięwzięcie. Po polskiej stronie z łapówkami było ciut inaczej, a zresztą po co ryzykować. To towarzysze ukraińscy zbierali myto , które było dzielone i przekazywane stronie polskiej w/g uzgodnionego parytetu. Oczywiście , po stronie ukraińskiej nielegalne zyski były , w odpowiedniej części, przekazywane do Lwowa i dalej do Kijowa.

Każdy dobry biznes ma szansę rozwoju. Drobni kontrabandziści zakupili autobusy. Często

udziałowcami stali się lokalni politycy, czy samorządowcy. Oczywiście sami nie udawali się “na tranzyty” a urlopowali pracownika, czy wsadzali członka rodziny , w celu doglądania podziału łupów. To już były inne pieniądze. Z autobusów demontowano siedzenia i była możliwość zapakowania kilku ton towaru. Trasa była ta sama; Polska-Turcja via Ukraina. Metody “wymiany towarowej” podobne, tyle, iż na Ukrainie pakowano jeszcze sprzęt typu; pralki,

telewizory kolorowe, lodówki itp.

Nieznacznie zmieniał się schemat na punktach kontrolnych milicji i na samej granicy. Kierowca autobusu wiedział ile komu dać i sama granica nie była już takim problemem. Duże auto, duża kwota i mniejsze ryzyko wpadki dla łapówkarzy. Były przypadki gdy Ukraińcy chcieli podnieść “opłaty” i kilka dni nie wpuszczali ni osobowych aut, ani autobusów. Była to gra na wyczerpanie. Byłem świadkiem jak w autobusach, z powodu upału, zmarły dwie osoby. Kogo to interesowało? Nikogo. Nigdy nie widziałem na granicy polskiego konsula. Bywało, iż na granicy była tzw. “ panika” , ponieważ pojawiał się (zapowiedziany) generał ze Lwowa. Wszelkie autobusy parkowały na podwórkach umówionych wcześniej gospodarzy w przygranicznych wsiach i czekały na normalizację sytuacji. U tychże gospodarzy były też punkty składowe towaru. Gdy kontrabandy było więcej, niż umowne ilości, to składowano jakąś część towaru. Zaraz po przekroczeniu granicy autobus wracał i zabierał resztę kontrabandy. Dziś trudno sobie wyobrazić, aby w kilka kilometrowych kolejkach, w upale czy w mrozie , ludzie koczowali po kilka dni. A jednak…

Tak rodził się “kapitał założycielski” na płd.-wschodzie Polski. Za te środki zakupywano obiekty po byłych GS-ach różnego typu zakłady i przedsiębiorstwa. Spore środki lokowano w lokalną politykę, w powstanie klanów partyjnych, które niejednokrotnie do dziś “trzymają władzę” w samorządach. Ja nie brałem udziału w tych przemytniczych schematach, ale mnóstwo razy przekraczałem tę granicę. Raz z powodu awarii mojego samochodu, zabrałem się przemytniczym autobusem z Czerniowiec do Polski i miałem okazję przekonać się jak to działa. Dodam , iż takiego łapówkarstwa, chamstwa i braku empatii, jak na tej granicy, nie spotkałem nigdzie i nigdy. Ukraińscy pogranicznicy i celnicy nienawidzili Polaków. Tę granicę przekraczali masowo również Rumuni. Ich traktowali jak powietrze, a Polaków z lekceważącym obrzydzeniem. Były przypadki pobicia polskich podróżnych, czy kradzieży mienia. Gdy patrzę na to z perspektywy lat, to mam wrażenie, iż niemało w tym naszej zasługi.

Co innego Ukraińców czekało po polskiej stronie? Kilka kilometrów za granicą zatrzymywała ich polska policja i oczekiwała tego samego , co ich milicja od Polaków. Łapówki były normą.

Jak wspomniałem, tę granicę przekraczałem mnóstwo razy i tylko kilka razy spotkałem normalnych Polaków, którzy np. zabrali wnuki , aby im Lwów pokazać.

Tak się rodziły fortunki i fortuny, tak się zawiązywały wspólne biznesy, tak wyglądały źródła polsko-ukraińskiej współpracy. Aż do teraz.

Idź do oryginalnego materiału