Dziennikarstwo zmierza w złym kierunku – pisze Jerzy Wysocki, przedsiębiorca, publicysta, absolwent filozofii na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, działacz opozycji demokratycznej, zwolennik liberalizmu. Swoją tezę osadza w kontekście publikacji Kanału Zero dotyczącej sieci handlowej Żabka.
Poszczególne media stały się partyjnymi tubami, a występujący w nich dziennikarze tylko dla niepoznaki skrywają swoje polityczne sympatie. I nie chodzi o ideowy odcień, zespół wartości, ale o wyraźnie partyjną linię. Medioznawcy zwracają uwagę, iż wynika to z zapotrzebowania na media tożsamościowe. W tle jest więc rynkowa kalkulacja, pozyskiwanie czytelnika i widza za wszelką cenę. prawdopodobnie dotyczy to także materiałów dziennikarskich, w których emocje są ważniejsze od faktów, a brak choćby próby obiektywnego opisania problemu. To się dobrze czyta i z zapartym tchem ogląda.
A może to te panie po prostu nie podołały biznesowemu wyzwaniu i pretensje powinny mieć tylko do siebie?
W programie na Kanale Zero postanowiono rozprawić się z siecią handlową Żabka. Sieć przebojem podbija rynek i stale rośnie, z natury więc wzbudza zainteresowanie i różne emocje. Na pewno jest to fenomen, ale nie to zainteresowało dziennikarzy. Zainteresowała ich krzywda ludzka, która dużo lepiej się sprzedaje. choćby gdy jest jednostkowa lub urojona.
I tak na ekranie pojawia się sześć pań – to franczyzobiorczynie, czyli osoby prowadzące własny biznes sklepowy w ramach sieci i przy wsparciu centrali. Znalazł się, a choćby wystąpił, mąż jednej z tych pań. To, co łączy bohaterów audycji, to niezadowolenie ze współpracy z siecią. Panie narzekają na wszystko. Że nie miały świadomości skali obowiązków i w praktyce muszą pracować dużo dłużej niż na typowym etacie, iż cierpią na tym rodzina i zdrowie, iż rozliczenia nie są jasne, a wręcz niekorzystne, co prowadzi do zadłużenia, a nie do zysków, których się spodziewały…
Padają mocne sugestie: wyzysk, niewolnictwo. Niezależnie od emocji wniosek jest jasny i prosty: na takim modelu franczyzowym nie da się zarobić. I z takim silnym wrażeniem zostaje widz po obejrzeniu programu. Po czym idzie do pobliskiej Żabki po drobne zakupy, bo tak jest najwygodniej. Wracając, tak sobie myśli: skoro to taki nieopłacalny biznes, to dlaczego w okolicy działają już dwie Żabki, a trzecia się otwiera? A może to te panie po prostu nie podołały biznesowemu wyzwaniu i pretensje powinny mieć tylko do siebie? A ilu jest zadowolonych franczyzobiorców, skoro sklepy funkcjonują?
Bo jak niby wytłumaczyć, iż Żabek przybywa? W 2020 roku było ich niecałe 7 tys., po kolejnych trzech latach około 10 tys., a teraz ponad 13 tys. Jak wytłumaczyć, iż są kolejni chętni na prowadzenie sklepu w tym franczyzowym modelu, a niektórzy otwierają kolejne lokalizacje. To w końcu jak to jest, kto w tej sprawie ma rację: sześć pań czy dane z rynku?
Sześć pań i mąż jednej z nich? Trudno, nie udało się. Tak to już w biznesie bywa
Nie trzeba raportu KPMG, Deloitte czy PwC, by stwierdzić, iż to opłacalny biznes, skoro rośnie jak na drożdżach, a kolejne osoby otwierają sklepy. A sześć pań i mąż jednej z nich? Trudno, nie udało się. Tak to już w biznesie bywa. Zabrakło predyspozycji, dobrej kalkulacji, determinacji… Może zrządzenie losu, niezawinione przeszkody. Na wolnym rynku nie ma gwarancji sukcesu – gdyby były, rynek nie byłby wolny.
Według danych GUS rocznie w Polsce otwiera się 300–360 tys. podmiotów gospodarczych, a zamyka 190–220 tys. Blisko jedna trzecia firm nie jest w stanie przetrwać dłużej niż rok. To nie tylko sześć pań, takich niezadowolonych franczyzobiorców jest pewnie więcej. To naturalne. Ale kogoś, komu się udało i kto nie narzeka, udałoby się przecież pokazać i oddać mu głos. No ale po co? Zaburzyłby tylko narrację, osłabił z góry założoną tezę, emocje by opadły. No i klikalność by spadła, co przekłada się na kasę. Takie mamy dziennikarstwo. I nie wystarczy w programie wspomnieć, iż poglądy gości mogą być niereprezentatywne. I tak zostaje ogólne wrażenie.
Fajnie się czyta i ogląda emocjonalne „human stories”, które zalewają nasze media. Kiedyś, na przestrzeni kilku tygodni, pojawiły się dwa artykuły o tym, jak żyje się na tzw. osiedlach łanowych pod Warszawą. Chodziło o ciągnące się w polu szeregowce, które postawił deweloper, bo ziemia od rolnika była tam tania.
Jeden materiał – rzecz jasna, z licznymi wypowiedziami mieszkańców – pokazywał, iż w tego typu inwestycjach żyje się fatalnie. Uciążliwy dojazd do Warszawy, brak elementarnej infrastruktury na miejscu – nieutwardzona droga, brak kanalizacji, kilometry do najbliższego sklepu, apteki, szkoły. Do tego jakieś nieprzyjemne zapachy z okolicznych pól, i to nie spalin, tak bliskich nosom narzekających mieszkańców.
Drugi artykuł, w niby też poważnym medium – rzecz jasna, z licznymi wypowiedziami mieszkańców – pokazywał, iż na takich osiedlach żyje się całkiem fajnie. Cisza, zapach pól uprawnych, świeże powietrze i przestrzeń, a zwłaszcza cena segmentu z ogródkiem, za którą w Warszawie można mieć tylko małe mieszkanko w blokowisku z widokiem na inne takie same budynki.
Gdyby stworzyć materiał uwzględniający racje obu stron, byłby on widocznie nudny, a ludzie lubią wyraziste tezy
I jaka jest prawda o takich szeregowcach w polu? dla wszystkich inna. Ale gdyby stworzyć materiał uwzględniający racje obu stron, byłby on widocznie nudny, a ludzie lubią wyraziste tezy. A więc w mediach najpierw jest teza redaktora, a później praca dziennikarska mająca tę tezę ponad wszelką wątpliwość udowodnić. Wszystko ma być białe lub czarne, żadnych odcieni szarości. A może nie białe lub czarne – lepiej w krzykliwych, wyzywających barwach, w kolorach walących po oczach.
Źródło: Pracodawca Godny Zaufania

1 godzina temu







