Jako bankowiec bardziej ufam przedsiębiorcom ostrożnym. o ile ktoś dziś podchodzi do inwestowania w Ukrainie z nadmiernym optymizmem, zaczynam się niepokoić – z Jarosławem Bełdowskim, adiunktem w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, wiceprezesem Kredobanku rozmawia Sebastian Stodolak dla „Dziennika Gazety Prawnej”.
Czy z perspektywy życia gospodarczego w Ukrainie dzieje się dziś coś istotnie innego niż rok czy dwa lata temu?
Widać opanowanie inflacji, która spadla w styczniu do ok. 8 proc. To mały kroczek do większej stabilizacji.
Pytam, bo gospodarka zwykle podejmuje mające nastąpić wydarzenia. Gdyby za miesiąc miało dojść do podpisania umowy pokojowej albo choćby do zawieszenia broni, to prawdopodobnie gospodarka wiedziałaby o tym wcześniej i już byłoby to widać w danych.
W tym kontekście ważne są sygnały Narodowego Banku Ukrainy: na początku roku nieco ściął stopy procentowe, jednak bez zapowiedzi dalszych obniżek. To z jednej strony może przeczyć tezie o wyprzedzaniu pokoju przez gospodarkę. Z drugiej – ułatwia to bankom planowanie akcji kredytowej. Ukraińska gospodarka okrzepła w tym sensie, iż nie doświadcza już gwałtownych tąpnięć, w zeszłym roku wzrost był umiarkowany, będzie 1, 8-2 proc. Niestety, nie da się powiedzieć, iż dane wysyłają jednoznaczne sygnały nadchodzącego pokoju.
Czy w tym, jak jest prowadzona ukraińska polityka gospodarcza, widać, iż państwo nauczyło się zarządzać sytuacją wojenną?
Gospodarka w pewnym stopniu zaakceptowała wyższe koszty funkcjonowania. Na przykład: tracimy część źródeł energii, ale jednocześnie rośnie świadomość, iż prąd będzie droższy i trzeba się do tego dostosować. jeżeli firma przechodzi na generatory, to wyższy koszt energii musi zostać przerzucony dalej – i rynek w pewnym sensie to wchłania. Dzięki temu nie jest tak, iż każdy cios energetyczny automatycznie wywołuje tąpnięcie.
Wieczorami, tu we Lwowie, gdy nie ma prądu, słychać pracę agregatów przy restauracjach. Czy można powiedzieć, iż dziś każda firma ma generator prądu?
Pewnie nie każda, ale w praktyce większość ma jakieś zabezpieczenie. Generatory są powszechne, ale pamiętajmy, iż energia z generatora jest kilka razy droższa niż prąd z sieci.
A jak dostosowanie do działania w warunkach wojny wygląda z perspektywy pańskiego Kredobanku? Ile placówek macie w Ukrainie?
Sześćdziesiąt cztery. Są rozsiane po całym kraju. jeżeli chodzi o wyzwania, dam prozaiczny przykład. Gdy ogłaszany jest alarm, oddział banku, jak każda placówka publiczna, musi zostać zamknięty. I teraz wyobraźmy sobie dzień, w którym alarmy realizowane są adekwatnie bez przerwy. W kilku oddziałach, zwłaszcza blisko frontu, bywały sytuacje, iż przez 3-4 dni pracownicy w ogóle nie pojawiali się, bo alarmy były praktycznie ciągłe. Wówczas trzeba zapewnić im możliwość pracy zdalnej, gdy tylko jest to możliwe, ale też zadbać o ich bezpieczeństwo, w tym o miejsca schronienia.
Były uderzenia w pobliżu waszych oddziałów?
Tak. Zdarzyło się nawet, iż niedaleko naszego oddziału, który akurat wizytowałem, spadł dron.
W skali makro: ile ta wojna kosztuje bank?
Na pewno ogranicza rozwój i wpływa na wyższe koszty działalności. Mamy 64 oddziały i pozostajemy rentowni.
A ludzie? Bankowość wymaga kompetencji. Do tego część wykwalifikowanych osób wyjeżdża. Jak u was wyglądało utrzymanie zatrudnienia?
Praca w banku jest dla wielu osób stabilnym i cenionym miejscem zatrudnienia. Pracownicy ze Wschodu w wielu wypadkach przenosili się i są teraz w innym miejscu.
Co się dzieje w tej chwili z oddziałami na terenach okupowanych?
Nie wiemy. Nie utrzymujemy kontaktu z tamtą stroną. Mogę natomiast powiedzieć o tym, co widziałem: w Chersoniu w trakcie okupacji włamano się do sejfu, by wyjąć gotówkę. Ten oddział ucierpiał także w bezpośrednim ataku, ale przez cały czas działa, bo ludzie tam potrzebują usług.
Jesteście bankiem finansującym firmy, więc macie wiedzę o tym, jak przedsiębiorstwa funkcjonują w warunkach wojny: braki prądu, odpływ ludzi, problemy płatnicze. Jak one sobie z tym radzą?
Firmy nauczyły się też adaptować do wojny w szerszym sensie – w logice całego procesu produkcji i utrzymania ciągłości działania. Mamy klienta, który miał fabrykę w Sumach. Jego zakład został zniszczony, ale w ciągu dwóch miesięcy przeniósł go na zachód kraju i wznowił produkcję.
Co produkuje?
Wyroby z tworzyw sztucznych. Przeniesienie linii produkcyjnej nie jest łatwe, trzeba ją zdemontować, przewieźć, złożyć i uruchomić, to proces skomplikowany. W tym przypadku udało się nie tylko przenieść wyposażenie, ale także zabrać maszyny uszkodzone, część udało się naprawić. Oczywiście dochodzi czynnik nowego miejsca, bo trzeba się oswoić z inną lokalizacją, ale największym ograniczeniem i taksą ludzie: zasoby kadrowe są w tutejszej gospodarce wąskim gardłem.
Jak ukraińskie firmy próbowały utrzymać zatrudnienie w warunkach wojny?
Kto płaci więcej, ten ma większe szansę przyciągnąć lepszych ludzi. Ale nie wszyscy kierują się wyłącznie pieniędzmi. Dla części liczy się stabilność organizacji, miejsce pracy i relacje z zespołem…
Zatrzymanie pracowników sprowadzało się chyba jednak przede wszystkim do powstrzymywania ludzi od emigracji.
Tyle iż nie wszyscy mogą emigrować. I dlatego jednym z kluczowych mechanizmów było korzystanie z formalnych możliwości wyłączania pracowników z mobilizacji. Istnieją limity – bronowanie – które pozwalają firmom zachować najważniejsze osoby, oficjalnie zwalniając je z obowiązku służby wojskowej. To szczególnie istotne w sektorach wymagających specjalistycznych kompetencji. Są też inne systemowe rozwiązania: osoby piszące doktorat są wyłączone z mobilizacji, podobnie jak rodzice trójki dzieci. W praktyce oznacza to, iż zarówno firmy, jaki pracownicy aktywnie poruszają się w ramach dostępnych regulacji, próbując zachować ciągłość pracy i życia zawodowego. Chociaż faktem jest, iż na początku wojny nastąpił gwałtowny odpływ ludzi, ale później sytuacja się ustabilizowała. Wprowadzono możliwość powrotu do kraju bez automatycznej mobilizacji, co sprawiło, iż część osób wróciła. Jednocześnie inni wyjechali właśnie dlatego, iż taka możliwość się pojawiła. System osiągnął więc kruchy punkt równowagi. Ponadto mamy do czynienia z pewną normalizacją ekstremalnych warunków wojny.
To znaczy?
Byłem w Chersoniu. To w dużej mierze miasto duchów, ale nie wszyscy z niego wyjechali. Dlaczego? Oczywiście, ci ludzie nie uznają sytuacji za normalną, ale z jakichś przyczyn się do niej adaptują. Pamiętam rozmowę z jedną z pracownic, która powiedziała mi, iż była ” na wakacjach” w Pokrowsku. Nie byłem pewien, czy żartuje. Przecież to miasto znajduje się pod nieustannym ostrzałem rosyjskim. Okazało się, iż jej mąż tam pracował, więc pojechała go odwiedzić na tydzień.
(…)
Cały artykuł dostępny jest TUTAJ.

5 godzin temu






![Jak być jednym z najlepszych pracodawców w Polsce? [WYWIAD]](https://g.infor.pl/p/_files/39060000/najlepszy-pracodawca-w-polsce-2026-wywiad-39060111.jpg)






