Wbrew pozorom Polaków i Amerykanów łączy dużo – mimo dużej geograficznej odległości –oba narody oddzielone wielką wodą jak chyba nikt inny na świecie cenią sobie wolność. Paradoksalnie to Polacy pierwsi pomogli Amerykanom w walce o ich niepodległość, a później role odwróciły się – pisze Marta Roels w swoim artykule dla Obserwator Finansowy.
Mów mi kamikadze
Kazimierz Pułaski nazywany był „ojcem amerykańskiej kawalerii”, ponieważ podczas amerykańskiej rewolucji zorganizował, wyszkolił i sprofesjonalizował wojska konne, które były, jak na owe czasy, bardzo nowoczesne. Stworzył choćby własną formację – Pulaski Legion. Co więcej, podczas bitwy nad rzeką Brandywine w 1777 r., osłonił odwrót armii samego Jerzego Waszyngtona, dzięki czemu pomógł zapobiec odcięciu amerykańskich oddziałów. Niektórzy piszą nawet, iż uratował życie przyszłego pierwszego prezydenta, choć nie jest to potwierdzone. Wiadomo natomiast, iż to dzięki niemu, mimo zwycięstwa Brytyjczyków, udało się uniknąć całkowitego rozbicia amerykańskiej armii. Później zginął on podczas bitwy pod Savannah, prowadząc szarżę kawalerii.
Tymczasem Tadeusza Kościuszkę ceni się bardziej jako wojennego inżyniera. Do jego dokonań należą m.in.: zaprojektowanie umocnień nad rzeką Delaware i w Filadelfii, przygotowanie pozycji obronnych pod Saratogą czy budowa fortyfikacji w West Point nad rzeką Hudson – dzięki ostatnim dwóm Amerykanie mieli znaczną przewagę, co przyczyniło się do ich zwycięstwa i pozwoliło zabezpieczyć strategiczną dolinę Hudson.
Wojna i pokój
Sytuacja odwróciła się po I wojnie światowej, kiedy to cała polska elita walczyła jak lwy o przywrócenie Rzeczpospolitej na mapę Europy po 123 latach zaborów, lobbując za tym za granicą. W czasie Wielkiej Wojny to właśnie USA stały się głównym miejscem działalności wielkiego pianisty i jednego z ojców niepodległości – Ignacego Jana Paderewskiego, a tamtejsza Polonia zbierała pieniądze, organizowała struktury polityczne i rekrutowała do polskich formacji wojskowych.
To dzięki dobrym relacjom naszego wybitnego kompozytora z doradcą prezydenta Woodrowa Wilsona, Edwardem Housem, amerykański przywódca sformułował słynny trzynasty punkt ze swojego czternastopunktowego planu pokojowego po I wojnie, który stał się jedną z podstaw traktatu wersalskiego. Ta właśnie „szczęśliwa trzynastka” wyróżniała się na tle innych zapisów, ponieważ jako jedyna wymieniała z nazwy nieistniejące wówczas państwo i postulowała konieczność jego przywrócenia „na terytoriach zamieszkanych przez ludność bezsprzecznie polską, z wolnym dostępem do morza, niepodległością polityczną, gospodarczą, [a] integralność terytoriów […] powinna być zagwarantowana przez konwencję międzynarodową”.
Co z tą Polską?
Prezydent Wilson był idealistą i demokratą z krwi i kości, który wierzył w samostanowienie narodów, a nie tylko spełnianie żądań wielkich mocarstw. Dlatego też dążenia niepodległościowe były mocno akcentowane przez polskich reprezentantów – Paderewskiego i Romana Dmowskiego – podczas paryskiej konferencji pokojowej. Walczyli oni dosłownie o każdy metr kwadratowy mającej się odrodzić ojczyzny, więc w kuluarach krążył o zdeterminowanych Polakach taki żart:
Przedstawiciele różnych narodów mieli napisać rozprawę o słoniu. Anglik zatytułował swoją pracę „Polowanie na słonie w Afryce”, Francuz – „Życie miłosne słoni”, Niemiec przygotował wielotomowe dzieło o systematyce słonia, a Polak napisał: „Słoń a sprawa polska”.
Dowcip ten dobrze obrazuje wolę walki naszych liderów, ponieważ, według relacji Georges’a Clemenceau, Paderewski rozpłakał się podczas prywatnego spotkania z nim, gdy stało się jasne, iż Gdańsk nie zostanie przyłączony do Polski, ale otrzyma status wolnego miasta. Dla polskiego premiera był on „oknem”, bez którego odrodzona Rzeczpospolita nie mogła „swobodnie oddychać”.
Deszcz jesienny
11 listopada 1918 roku Polska wróciła na mapę Europy, ale nie jako państwo z ustalonymi granicami. Tego dnia zaczęła istnieć realna, samodzielna władza polska, tworząca armię i administrację, choć ostateczny kształt kraju dopiero trzeba było wynegocjować i wywalczyć. W tej walce Woodrow Wilson okazał się jednym z najważniejszych sojuszników sprawy polskiej. To on wcześniej wpisał niepodległą Polskę do swojego programu pokojowego, a podczas konferencji wersalskiej uznał jej odrodzenie za element nowej Europy, opartej na prawie narodów do własnego państwa.
Po drugiej stronie plasował się brytyjski premier, Lloyd George, bardziej zainteresowany zachowaniem europejskiej równowagi i niedopuszczeniem do nadmiernego osłabienia Niemiec. To jemu przypisuje się pogardliwe zdanie, iż „przekazanie Polsce przemysłu Górnego Śląska byłoby jak danie małpie zegarka”. Wilson nie spełnił wszystkich polskich oczekiwań, ale bez jego poparcia droga od państwa istniejącego już faktycznie w listopadzie 1918 roku do tego uznanego międzynarodowo i posiadającego określone granice byłaby znacznie trudniejsza.
Wielkie nadzieje
22 stycznia 1919 r. Stany Zjednoczone oficjalnie uznały polski rząd tymczasowy, a wiadomość tę przekazano Paderewskiemu – premierowi i ministrowi spraw zagranicznych. Dla młodego państwa był to gest o ogromnym znaczeniu. Polska nie miała jeszcze ostatecznie wytyczonych granic, przez cały czas budowała administrację i armię, a jej pozycja międzynarodowa dopiero się kształtowała. Uznanie przez jedno z najważniejszych mocarstw świata potwierdzało, iż Rzeczpospolita nie jest już tylko projektem politycznym czy efektem chwilowego rozpadu imperiów, ale pełnoprawnym uczestnikiem nowego ładu europejskiego.
Sama dyplomatyczna aprobata nie wystarczała jednak, by utrzymać kraj przy życiu. Nasza ojczyzna była wyniszczona wojną, brakowało żywności, lekarstw i odzieży, szerzyły się epidemie, a tysiące dzieci i sierot potrzebowały natychmiastowej pomocy. Kierowana przez prezydenta Herberta Hoovera American Relief Administration dostarczała do Polski żywność i środki medyczne oraz wspierała najbardziej potrzebujących. Do tego dochodziła pomoc amerykańskiego Czerwonego Krzyża i wielomilionowe kredyty, które pomogły przetrwać pierwsze, najtrudniejsze lata wolności.
Najbardziej „filmowy” epizod tej historii rozegrał się jednak w powietrzu. W 1919 roku do Polski przybyli amerykańscy ochotnicy, którzy utworzyli 7. Eskadrę Myśliwską im. Tadeusza Kościuszki i walczyli z Armią Czerwoną podczas wojny polsko-bolszewickiej – ponad sto lat po tym, jak Kościuszko pomagał Amerykanom zdobyć niepodległość, potomkowie Waszyngtona lecieli pod jego nazwiskiem bronić niepodległości Polski. Historia zatoczyła koło.
Cały atykuł ukaże się wkrótcę na PORTALU

10 godzin temu







