
- — Pracuję na poczcie od 31 lat. I nie mam choćby najniższej krajowej. To jak to jest? — denerwuje się listonosz, który na protest do stolicy przyjechał z Częstochowy
- Zarząd spółki chce usunąć dodatki stażowe, premie roczne i nagrody jubileuszowe. Nie zgadzają się na to związki zawodowe
- — Nikt do nas nie przychodzi ze strony zarządu. Pojechaliśmy do nich na 6. piętro. Nie zostaliśmy wpuszczeni — mówi Onetowi Marcin Gallo, wiceszef pocztowej „Solidarności”, który od dwóch tygodni uczestniczy w okupacji sali rozmów
- Ochroniarze nie wpuszczają dziennikarzy choćby do recepcji na parterze siedziby. — Zażalenia do prezesa — usłyszeliśmy od jednego z nich
- Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej Onetu
Przed południem w dzielnicy nowoczesnych biurowców na warszawskim „Mordorze” rozlega się dźwięk syren i piszczałek. Pod siedzibę Poczty Polskiej przyjechali związkowcy z całej Polski. Głównie z „Solidarności”, choć na miejscu są też przedstawiciele kilku innych organizacji.
— Chcemy dowiedzieć się, co jest grane. Czy prezes specjalnie chce doprowadzić Pocztę do upadłości? — mówi Onetowi Krzysztof, listonosz, który na pikietę wybrał się z Częstochowy. — Myślimy, iż to jest celowe. Jak można zwalniać 9 tys. osób, kiedy już teraz nie ma ludzi do pracy? Chodzimy po dwa rejony, listonosze chorują, grafiki są łatane — dodaje.
— Mam 20 dni zaległego urlopu z poprzedniego roku. Nie mam jak tego wykorzystać — wtrąca jego starszy kolega. Pracuje zawodowo od 45 lat, w tym 31 lat na poczcie. — I nie mam choćby najniższej krajowej. To jak to jest? — denerwuje się listonosz.
Pocztowcy od dawna skarżą się, iż ponad 80 proc. z nich ma wynagrodzenie zasadnicze niższe od płacy minimalnej. Żeby do niej dorównać, muszą co miesiąc dostawać dodatki i premie.
Teraz ma się to zmienić. Zarząd Poczty Polskiej obiecał, iż od marca wynagrodzenie zasadnicze pracowników dorówna do ustawowego minimum, czyli do kwoty 4666 zł brutto. Ale jednocześnie chce odebrać pocztowcom inne świadczenia: dodatki stażowe, premie roczne, czy nagrody jubileuszowe. Na to nie zgadzają się związki zawodowe.
Te kwestie do tej pory gwarantował pracownikom układ zbiorowy pracy. Ale ten już za kilka dni ma przestać obowiązywać. Władze spółki wypowiedziały jego dotychczasowe postanowienia jeszcze w sierpniu. Tymczasem rozmowy ze związkami o nowym układzie utknęły w martwym punkcie.
Listonosze do zwolnień
Jednocześnie w Poczcie Polskiej trwają masowe zwolnienia. Łącznie mają objąć ponad 9,3 tys. osób. Prezes Sebastian Mikosz tłumaczy to trudną sytuacją finansową spółki, którą zostawili jego poprzednicy.
Wytypowani pracownicy otrzymują propozycję przystąpienia do Programu Dobrowolnych Odejść. jeżeli się na to nie zgodzą, w odwodzie czeka procedura zwolnień grupowych z dużo skromniejszymi warunkami odpraw.

Protest pracowników przed siedzibą Poczty Polskiej
— Jesteśmy tu, żeby bronić naszych miejsc pracy. A przy okazji naszej firmy, której istnienie jest zagrożone — mówią nam pocztowcy, którzy przyjechali do Warszawy z Podkarpacia. Zaznaczają, iż w ich oddziałach — wbrew wcześniejszym zapewnieniom zarządu — zwalniani są także listonosze. A tych już wcześniej zdecydowanie brakowało.
Na środowej pikiecie pojawili się posłowie: Paulina Matysiak z Razem (jej partia była organizatorem zgromadzenia), Michał Wójcik i Kacper Płażyński z PiS. Byli liderzy największych pocztowych związków. W przemówieniach ostro atakowali władze spółki, często obrywało się także rządowi. Poczta Polska w 100 proc. należy do Skarbu Państwa i jest nadzorowana przez Ministerstwo Aktywów Państwowych.
Trwa okupacja sali. „Będziemy tak długo, jak będzie trzeba”
Równocześnie związkowcy prowadzą protest wewnątrz siedziby spółki. Od dwóch tygodni okupują salę, na której do tej pory toczyły się negocjacje w sprawie nowego układu zbiorowego pracy.
— Jesteśmy gotowi do rozmów. Pracodawca ich unika, wyznacza nowe lokalizacje spotkań. Prowadzi te rokowania w złej wierze — twierdzi Marcin Gallo, wiceprzewodniczący pocztowej „Solidarności”.
On sam jest jednym z prowadzących okupację sali. — Nikt do nas nie przychodzi ze strony zarządu. Z panią poseł Pauliną Matysiak pojechaliśmy do nich na 6. piętro, chcieliśmy zaprosić ich na rozmowy. Nie zostaliśmy wpuszczeni. Nikt z zarządu choćby do nas nie wyszedł — relacjonuje.

Wejście do siedziby Poczty Polskiej przy ul. Rodziny Hiszpańskich w Warszawie
Dodaje, iż „chciałby zakończyć protest choćby dzisiaj i usiąść do rozmów”, ale „obawia się, iż tak się nie stanie”. — My jesteśmy zdeterminowani i będziemy tu tak długo, jak będzie trzeba — przekonuje.
Do sali, w której prowadzony jest protest, nie udaje nam się wejść. Nie zostajemy wpuszczeni choćby do recepcji na parterze siedziby Poczty. Ochroniarze stoją od razu przy szklanych drzwiach wejściowych do budynku i otwierają je tylko po okazaniu karty wstępu. — Dziennikarzy nie wpuszczamy. Zażalenia do prezesa — rzuca nam jeden z nich.
„Jadę pod Wrocław wyprać ubrania i wracam”
Innym okupującym salę jest Piotr Moniuszko, szef Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty. Rozmawiamy przed siedzibą spółki. Na proteście wewnątrz spędził ostatnich dziewięć z 14 dni.
— Czasem zastępują mnie koleżanki i koledzy. Wtedy wyjeżdżam na chwilę do domu pod Wrocławiem, przebieram się, piorę ubrania i wracam — tłumaczy. Dodaje, iż okupującym salę po „dwóch-trzech dniach został odcięty dostęp do pryszniców w budynku” i „zablokowane zostały karty wstępu”.

Piotr Moniuszko na proteście przed siedzibą Poczty Polskiej
Zarówno środowa pikieta, jak i dwutygodniowa okupacja sali mają miejsce w siedzibie przy ul. Rodziny Hiszpańskich. Zarząd spółki zaznacza, iż jest gotowy do rozmów, ale w innej siedzibie — tej przy ul. Łączyny, czyli kilka kilometrów dalej.
Poczta Polska w przesłanej nam odpowiedzi podkreśla, iż to właśnie zarząd „jako organizator negocjacji ma prawo do wskazania miejsca, w którym prowadzone są rozmowy”. A w dotychczasowej sali na ul. Rodziny Hiszpańskich „przebywały osoby nieuprawnione do prowadzenia negocjacji”.
Biuro prasowe spółki informuje też, iż w środę na Łączyny odbyło się już trzecie spotkanie negocjacyjne — w tym samym czasie, gdy na Rodziny Hiszpańskich odbywała się pikieta.
W negocjacjach nie wziął jednak udziału żaden z największych związków zawodowych, które zgodnie bojkotują nową lokalizację.
— Od października spotykamy się tutaj. Tu jest główna siedziba. Dlaczego nagle mamy jechać na Łączyny? W ubiegłym tygodniu rzeczniczka Poczty twierdziła, iż tu jest zagrożenie sanitarno-epidemiologiczne. Poprosiliśmy o wyniki badań, ekspertyzy. Nie przekazano nam nic — mówi Moniuszko.
— Odbieramy to tak, iż chcą nas podstępem stąd wyprowadzić — dodaje. — Tutaj przeszkadzamy zarządowi. jeżeli na chwilę wyjdziemy, zamkną salę i już do niej nie wrócimy.
Moniuszko podkreśla, iż czeka na wznowienie rozmów. Ale oczekuje udostępnienia przez zarząd kluczowych informacji. — Tak naprawdę nie mamy teraz wiedzy na temat finansów spółki, tego, jakie są straty, w których sprawach radzi sobie dobrze, a w jakich gorzej. To wszystko się skończy bardzo źle.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: [email protected]