Troska o pacjenta czy o stan konta polskiego lekarza?

4 godzin temu

Czy po wielu godzinach spędzonych na SOR-ze wolisz, żeby pomocy udzielił ci lekarz z Ukrainy, czy jednak kolejne godziny chcesz spędzić na daremnym oczekiwaniu na lekarza rodaka? Zadaj sobie to proste pytanie, nim wygłosisz sądy na temat zasadności pracy ukraińskich medyków w naszej upadającej służbie zdrowia. Znając prognozy demograficzne, zastanów się też, czy i kto ma wypełnić populacyjną lukę oraz pracować na emerytury starzejącego się społeczeństwa.

Przez parlament przeszła ustawa, która przedłuża termin potwierdzenia znajomości języka polskiego przez medyków z Ukrainy o dodatkowy rok. Za takim rozwiązaniem optowały Ministerstwo Zdrowia, samorządy i gros powiatowych szpitali borykających się z permanentnym niedoborem kadr. jeżeli regulacja zostanie zawetowana przez prezydenta, z opieki zdrowotnej może zniknąć około tysiąca lekarzy, pielęgniarek i położnych. Weto prezydenta jest możliwe, gdyż posłowie PiS wstrzymali się od głosu, a Konfederacja była przeciw. Ale to nie jedyny zły prognostyk w tej sprawie.

Drugim jest postawa samorządu lekarskiego reprezentowanego przez Naczelną Radę Lekarską. Jej prezes, Łukasz Jankowski, stwierdził, iż „dochodziło do sytuacji, gdy niemówiąca po polsku osoba, która była zatrudniona w charakterze lekarza, mogła narazić pacjenta na utratę zdrowia”. Prezes Jankowski zaapelował do prezydenta Karola Nawrockiego o pilne spotkanie, by przedstawić mu swoje stanowisko. Zanosi się więc na weto — tym razem nie tylko taktyczne, wymierzone na złość rządzącym, ale również merytorycznie podbudowane rzekomą troską o polskiego pacjenta.

Na miejscu prezydenta zadałbym prezesowi NRL pytania nawiązujące do jego cytowanej wypowiedzi. Czy dochodziło do sytuacji, iż niemówiący po polsku lekarz pomógł pacjentowi lub uratował mu życie? Czy brak polskiego lekarza mógł narazić pacjenta na utratę zdrowia? A także — czy w dobie inteligentnych translatorów, które można mieć choćby w okularach, kwestia słabej znajomości języka jest rzeczywiście dyskwalifikująca i uniemożliwia dobrą pracę?

Zapewne są różne przypadki i trzeba do problemu podejść ze zdrowym rozsądkiem. Czym innym jest wizyta u psychiatry, gdzie w wywiadzie medycznym mogą pojawić się językowe niuanse, a czym innym złamanie nogi czy ból zęba, gdzie rozmowa z pacjentem realnie kilka wnosi. Podobnie jest przy operacjach, gdy pacjent jest pod narkozą i choćby nie wie, kto się nim zajmuje, z jakiego kraju pochodzi lekarz i jaki uniwersytet ukończył.

Odwróćmy jeszcze sytuację. W Polsce żyje już blisko 2 mln Ukraińców, a około 300-tysięczną populację tworzą także Białorusini. Przecież to również pełnoprawni pacjenci. Czy Naczelna Rada Lekarska robi coś, aby polscy medycy poznali języki swoich wschodnich pacjentów? A może po prostu ukraińscy i białoruscy lekarze powinni leczyć głównie swoich rodaków?

Problem jest trochę sztuczny, wyolbrzymiany i da się go łatwo rozwiązać. Ale czy sprawa nie ma czasem drugiego dna? Samorząd lekarski, jak każdy reprezentujący określoną grupę zawodową, jest po to, by dbać o interesy swoich, a nie obcych medyków. Polscy lekarze zarabiają już całkiem sporo, choćby w państwowej służbie zdrowia, a wysokość kontraktów w szpitalach sięga czasem zawrotnych kwot. Po co więc dzielić się tymi pieniędzmi z przybyszami zza wschodniej granicy? W imię czego dopuszczać ich do wykonywania zawodu i zarobkowania zgodnego z wykształceniem? W imię interesu polskiego pacjenta? Niekoniecznie. Żeby nie było, iż chodzi o pieniądze, tworzy się pozory merytorycznych obaw o standard leczenia i wywołuje poczucie zagrożenia. A jeżeli dołączają do tego politycy grający na ksenofobicznych i szowinistycznych nastrojach, skutek może być tylko jeden.

Nie wygląda też na to, iż wyłącznym gospodarzem tego tematu jest polska prawica. MSWiA proponuje zaostrzenie warunków przyznawania polskiego obywatelstwa. Resort chce, by konieczny był legalny pobyt w Polsce nie przez trzy, ale aż osiem lat. Oczywiście i tutaj znajdzie się cała lista uzasadniających argumentów. „Obywatelstwo Polski to przywilej, na który trzeba sobie zasłużyć” — pisze resort na Facebooku, podając warunki, wśród których oprócz wysokiego poziomu znajomości języka pojawiają się także wiedza z historii Polski, wartości konstytucyjne, zasady funkcjonowania państwa oraz reguły obowiązujące w Unii Europejskiej. Państwowy egzamin ma zawierać 40 pytań.

Niby wszystko się zgadza, ale wątpliwości pozostają. Czy w obliczu zapaści demograficznej i wakatów na rynku pracy zamiast utrudniać dojście do obywatelstwa nie powinniśmy uczynić z polskiego paszportu naszej silnej karty przetargowej na tle innych europejskich państw? Dbając o tożsamość narodową, stworzyć preferencyjny system dla bliskiej nam kulturowo nacji? Znani mi Ukraińcy, i to niezależnie od wykonywanych zawodów, nie tylko dobrze się u nas czują, ale mają naprawdę dużą wiedzę o Polsce, jej historii i kulturze. Ale śledzą też uważnie, jak inne europejskie kraje traktują cudzoziemców i nie są na Polskę skazani.

Na koniec pytanie: czy aby na pewno rodowici Polacy poradziliby sobie na takim państwowym egzaminie? A może test powinien być dla Polaków warunkiem praw wyborczych i sprawowania mandatu? Wymagania zacznijmy od siebie.

Idź do oryginalnego materiału