Gdybym obserwował polską scenę polityczną od niedawna, to mógłbym pielęgnować w sobie mniemanie (gr. dóxa, sąd, który nie ma dostatecznego uzasadnienia poznawczego), iż oto każdy jej aktor odnosi się krytycznie do umowy handlowej pomiędzy Unią Europejską, a krajami MERCOSUR. Koalicja Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Ludowcy i partia Razem prześcigają się w swoich zapewnieniach o wsparciu dla rolników, deklaracjach podzielania ich postulatów, solidarnym dostrzeganiu zagrożeń. Doszło choćby do tak kuriozalnej sytuacji, iż w dniu warszawskich protestów ulicznych przeciwko umowie UE/MERCOSUR, Szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, baron Platformy Obywatelskiej Jan Grabiec, goszcząc na antenie TVN 24, powiedział nie bez ironii, iż on odczytuje owe protesty jako wyraz wsparcia dla polskiego rządu, który 9 stycznia na Radzie Unii Europejskiej wraz z Austrią, Francją, Irlandią i Węgrami (delegacja Belgii wstrzymała się od głosu) zagłosował przeciwko opracowywanej przez dwie i pół dekady umowie.
10 stycznia, na antenie radia tokfm Dominika Wielowieyska przedstawiła pewną interesującą interpretację tego gremialnego sprzeciwu polskich polityków wobec owej umowy handlowej. Przyznam z zażenowaniem, iż pierwszy raz w życiu, z opinią Wielowieyskiej zgadzam się w stu procentach; jej wykładnia dokładnie pokrywa się z moją intuicją. Dziennikarka tokfm twierdzi, iż ów rzekomy sprzeciw wobec umowy o wolnym handlu pomiędzy Europą a grupą państw ameryki Południowej jest spektaklem, farsą odgrywaną na wewnętrzny rynek polityczny, zgodną ze sztuką politycznego marketingu. Polityczny mainstream w umowie handlowej dostrzega szansę na rynki zbytu dla niemieckiego i włoskiego sektora automotiv, który to sektor potrzebuje podzespołów produkowanych między innymi w Polsce i na Słowacji (w Słowacji?), zatem i peryferyjnym kapitałom coś z fruktów tej umowy do michy skapnie. Dominika Wielowieyska w takim myśleniu prawdopodobnie dostrzega racjonalność, ja patrzę na nie jak na manifestację krótkowzroczności i nie rozumienia postglobalistycznego świata, jednak nie o intencje tu chodzi. Ważne, iż deklarowana przez polityków niechęć i sceptycyzm wobec MERCOSUR to w zasadniczej większości spektakl i zasłona dymna maskująca ich realne poglądy.
W sprawie prawdziwych zapatrywań polskich polityków wobec umowy UE/MERCOSUR różnimy się z Wielowieyską także tym, iż ona poprzestała na diagnozie, a ja mam pomysł na badanie kliniczne ową diagnozę potwierdzające.
Otóż wg wszelkiego prawdopodobieństwa, już 17 stycznia Ursula von der Leyen uda się do stolicy Paragwaju Asunción po to, by wziąć udział w uroczystości podpisania umowy.
Później jednak umowa musi być ratyfikowana w Parlamencie Europejskim oraz w części EMPA (pełna umowa stowarzyszeniowa) przez parlamenty narodowe państw członkowskich.
I podczas tych głosowań zobaczymy, na ile sceptycyzm wobec umowy UE/MERCOSUR pokrywa się z faktycznymi działaniami posłów parlamentów oraz europosłów.
Czy odrzucenie umowy może zatrzymać jej wdrożenie? Na pierwszy rzut oka odpowiedź brzmi NIE, z tego względu, iż mechanizmy jej ratyfikacji zostały zbudowane w ten sposób, by były radykalnie sprzeczne z choćby pozorem demokracji.
Jednak od głosowania ostatniej pożyczki wojennej dla Ukrainy (90 mld EU) wiemy, iż Unia Europejska staje się bytem bardzo anarchicznym, w którym podeptanie siatki legislacyjnej i unijnych traktatów zajmuje kilka nocnych godzin. Rzecz zatem nie w formalnych możliwościach, co w uporze i determinacji, której w moim odczuciu polskim i nie tylko polskim malowanym przeciwnikom umowy UE/MERCOSUR zabraknie.
Jak na razie w meczu Friedrich Merz – obywatelskie społeczeństwo Europy mamy 1-0.

10 godzin temu