W cieniu rosyjskiej wojny hybrydowej – po incydentach sabotażowych na europejskich lotniskach (jak próba ataku na lotnisko w Lipsku) czy dywersjach wymierzonych w infrastrukturę transportową na wschodniej flance – polskie porty lotnicze muszą zadbać o najwyższe standardy. O kulisach bezpieczeństwa, negatywnej selekcji pracowników, przemęczeniu i systemowym lekceważeniu zagrożeń rozmawiamy z Bartoszem Gonią, liderem Związkowej Alternatywy w Porcie Lotniczym Bydgoszcz.
Rosja otwarcie eskaluje działania dywersyjne – w Niemczech doszło do próby sabotażu na lotnisku w Lipsku, regularnie dochodzi do prowokacji wokół infrastruktury krytycznej, a celem stają się szlaki transportowe, jak pociąg Kijów–Warszawa. Dlaczego pracownicy lotnisk są dziś kluczowi dla bezpieczeństwa państwa?
Bartosz Gonia: Bo to my jesteśmy pierwszą barierą ochronną. Zagrożenia są dziś podwójne: z jednej strony fizyczne – od prób wtargnięcia na płytę, przez wloty dronów czy balonów, po oślepianie pilotów laserami przy startach i lądowaniach. Z drugiej strony mamy permanentną presję wywiadowczą. Rosyjskie służby działają aktywnie: to nie tylko podsłuchy, ale przede wszystkim próby „rozpracowania” personelu. Zdarzają się podstawieni pasażerowie, którzy wypytują o procedury: jak działają urządzenia kontroli, jaki to sprzęt, jak strzeżony jest port, co dokładnie robimy po odprawie. Nasza czujność decyduje o tym, czy dywersja przejdzie, czy zostanie zablokowana.
Czy fatalne warunki płacowe i socjalne w portach lotniczych można wprost nazwać luką w systemie bezpieczeństwa?
Dokładnie tak. Dobrze opłacany pracownik, który czuje szacunek do swojej pracy, nie stanowi łatwego celu. Człowiek sfrustrowany, zarabiający grosze, może stać się nieświadomą wtyczką. Chce się pożalić – w mediach społecznościowych, w rozmowie z nowo poznanymi „znajomymi” – i choćby nie wie, kiedy sprzedaje wrażliwe informacje o procedurach i słabych punktach portu.
Druga sprawa to przemęczenie: przez niskie pensje ludzie masowo dorabiają na drugich etatach albo uciekają z branży. jeżeli pracownik ochrony po nocy spędzonej w innej pracy przychodzi na służbę na lotnisko, to jego percepcja drastycznie spada. W strategicznym obiekcie to jest proszenie się o tragedię.
Jak w takich realiach wygląda rekrutacja do pracy w strategicznym obiekcie?
Rządzi negatywna selekcja. Kiedyś praca na lotnisku była powodem do dumy, a o jedno miejsce rywalizowało wielu chętnych. Dzisiaj kierownicy biorą to, co jest. Standardowy schemat: na ogłoszenie zgłasza się 30 osób, na rozmowę przychodzi 8, a do dalszego etapu zostają 3. I z tej trójki trzeba wybrać kogokolwiek, żeby załatać grafik.
Pracodawcy boją się choćby szerokich rekrutacji z zewnątrz, bo na strategiczny obiekt mogą przeniknąć ludzie niekompetentni albo powiązani z obcym wywiadem. Szuka się więc po znajomych i rodzinach pracowników, ale chętnych i tak brakuje, bo stawki nie wytrzymują konkurencji z rynkiem.
Co oprócz podwyżek musi się natychmiast zmienić w zarządzaniu personelem lotnisk?
Szkolenia. Jako pracownicy ochrony przechodzimy kursy, ale w obecnych realiach wojennych to jest kropla w morzu potrzeb – za mało godzin, za rzadko, zbyt powierzchownie.
W całym państwie dominuje syndrom wyparcia: wojna i sabotaż pukają do naszych drzwi, a my wciąż udajemy, iż nic się nie dzieje. jeżeli natychmiast nie dofinansujemy kadr, nie podniesiemy standardów i nie zaczniemy traktować pracowników lotnisk jak elementu tarczy antykryzysowej, to obudzimy się z ręką w nocniku. Incydent w Lipsku powinien być dla decydentów alarmem ostatniej szansy.
Source

1 godzina temu







