Dlaczego nie pytacie?

4 dni temu

Na pierwszym roku studiów historycznych, na pierwszym wykładzie na jaki poszedłem, usłyszałem od profesor Ewy Wipszyckiej, iż najważniejsze w nauce historycznej jest stawianie adekwatnych pytań. Odpowiedź jest już tylko wynikiem postawienia właśnie owego pytania.

Neoliberalizm można by uznać za ustrój głupich pytań. „Kto za to zapłaci?”, „kiedy budżet w końcu zbankrutuje?” czy „a może byś sam założył firmę?” – to pytania, które funkcjonują w debacie publicznej. Pytania te, oczywiście tendencyjne, nie mają na celu znalezienia odpowiedzi. Ich celem jest zwiększenie histerii i emocjonalności w publicznej debacie, a służyć to ma wolnorynkowej agendzie. Zamiast szukać odpowiedzi na te pytania (choć i tego spróbujemy), spróbujmy odbić piłeczkę.

Darmowe obiady w szkole? A kto za to zapłaci?

Temat darmowych posiłków w placówkach edukacyjnych to jedno z ulubionych przez neoliberałów obszarów cięć wydatków. Jest to coś wysoce dla tego środowiska konstytutywnego i charakterystycznego zarazem. Oto bowiem, gdy do władzy dochodzą wszelkiej maści kolejne klony Thatcher czy Reagana, nie szukają środków dzięki uszczelnienia dziury VAT-owskiej czy wprowadzenia podatku dla wielkich korporacji, które drenują społeczeństwa na grube miliardy. Pierwsze o czym myślą to zabranie darmowych posiłków głodnym dzieciom.

Spytajmy więc, zamiast pytać, kto za to zapłaci, w sposób następujący: A kto chce widzieć głodne dzieci? Kto chce, żeby niemały odsetek dzieci w szkole nie mógł się skupić na nauce i zdobywaniu wiedzy z powodu burczenia w brzuchu? Kto chce, aby od małego dzieci z biedniejszych rodzin i środowisk uczyły się tego, iż ich przeznaczeniem jest już na zawsze pozostać biednymi i głodnymi, a sensem neoliberalnej ekonomii jest choćby nie tyle ugruntowanie, ile wręcz powiększanie nierówności dochodowych i majątkowych.

Ostatecznie koszt darmowych posiłków w szkołach czy innych placówkach edukacyjnych jest dosłownie kroplą w morzu potrzeb i wydatków budżetowych. Dla budżetu i finansów nie ma żadnego znaczenia, czy będziemy te pieniądze wydawać, czy nie. Czemu więc to ma służyć? Czy poza tym, o czym wspomniałem wcześniej, celem nie jest także utrwalanie od małego przekonania, iż od państwa i wspólnoty nic się nie należy, nie mogą oczekiwać na żadne wsparcie, a zastany dla dziecka stan ubóstwa jego rodziny jest czymś naturalnym i tak musi pozostać? W czyim jest to więc interesie?

Czemu wolnorynkowcy nie zadadzą bardziej zasadnego i podstawowego pytania: czemu są głodne dzieci? Czemu ich rodzice nie są w stanie zapewnić odpowiedniej liczby posiłków w ciągu dnia?

A jak mogłaby brzmieć odpowiedź na pytanie, kto za to zapłaci? Za darmowe posiłki dla wszystkich potrzebującego i głodnego dziecka zapłaci budżet państwa, przeznaczając na to odpowiednią kwotę. Zaś dodatkowy koszt zostanie pokryty przez wygenerowanie kwoty wedle zasad MMT, a ewentualna inflacja zostanie zbita przez podatki progresywne, nałożone na najbogatszych oraz przede wszystkim korporacje. W końcu to chyba sprawiedliwe, iż nierówności wynikłe z działania neoliberalizmu będą naprawione z podatków nałożonych na głównych beneficjentów i propagatorów nieskrępowanego wolnego rynku.

Na co wydadzą socjal?

To kolejne sztandarowe pytanie neoliberałów w kontekście jakichkolwiek pieniędzy, które państwo przekazuje komukolwiek w ramach dowolnego programu, świadczenia czy dodatku socjalnego. Od czasów kampanii wyborczej Reagana szczucie na klasy niższe, korzystające z pomocy i programów socjalnych, jest nieodłączną częścią neoliberalnej agendy. I jak to zwykle bywa, używane w ramach tego argumenty nie mają nic wspólnego z faktycznymi ustaleniami dotyczącymi osób otrzymujących tzw. socjal. Chodzi o to, żeby maksymalnie poniżyć takie osoby i ukazać je jako darmozjadów, nierobów, leni, a w najlepszym razie osoby mało zaradne, niezbyt inteligentne i adekwatnie nie zasługujące na takie samo prawo uczestniczenia w życiu politycznym i publicznym, jakie mają klasa średnia oraz elity. Kluczowym elementem krytyki „patologii na socjalu” jest uderzenie w to, na co ludzie ci wydadzą otrzymane pieniądze. Oczywiście w takiej optyce wydatki mają być nie tylko zupełnie nieracjonalne, ale wręcz szkodliwe i oburzające. W kanonie kapitalistycznego imaginarium rzekomych wydatków z programów socjalnych królują alkohol (najlepiej, żeby był to „jabol”), narkotyki, wizyty w salonie urody (w przypadku kobiet) itp., hazard i wszystko to, co kapitaluszkom ich własna podprogowa projekcja każe wymienić.

Klasowość takich poglądów aż bije po oczach, a stereotypy takie kilka się różnią od tych rasowych czy etnicznych.

Skoro neoliberałowie są tak dociekliwi, dlaczego nie pytaj,ą co z wydatkowaniem środków w ramach pomocy dla przedsiębiorców wypłaconych w trakcie Covidu? Albo w ogóle z pieniędzmi wpłaconymi w jakikolwiek sposób firmom, koncernom, bankom. Nie chodzi tylko o bezpośrednie dotacje, pomoc itp., która i tak idzie w dziesiątki miliardów, ale także o pieniądze, które podmioty rynkowe pozyskują poprzez ulgi podatkowe, brak podatków i wyprowadzanie kapitału. Dlaczego nie pytacie o ponad 40 miliardów złotych zysku netto sektora bankowego, jaki jest odnotowywany co roku? Dlaczego nie pytacie o powód braku podatków płaconych w Polsce przez wielkie sieci marketów, dyskontów, niemieckie firmy motoryzacyjne czy amerykańskie firmy sektora informacyjnego i social-mediowego?

Pytanie o to, na co wydawane są przez ubogich pieniądze z socjalu, to typowy dla kapitalizmu przykład wyważania dawno otwartych drzwi. Otóż z wielu badań wiemy dobrze, na co wydawane są te pieniądze, choćby z 800+. Rodziny wydają je na jak najbardziej racjonalne i „sensowne” rzeczy: spłatę długów, codzienne wydatki na jedzenie i odzież, często inwestują w edukację dzieci (dodatkowe zajęcia, pomoce naukowe) etc. Nie ma w badaniach statystycznych śladu po histerycznych bredniach o chlaniu na umór czy ciągłym wyjeżdżaniu na wakacje. Te pieniądze to nie jest żaden socjal, jałmużna czy zapomoga. To inwestycja – w lepsze życie, w dzieci, w poprawę jakości życia.

Kiedy budżet zbankrutuje?

To pytanie stanowi wręcz wyznanie wiary. Pytania o budżet, jego bankructwo, wielkość wydatków – stanowią elementarz kapitalistycznego głupiego dopytywania. No chyba, iż zapytać, czy budżet wytrzyma kolejne ulgi dla wielkiego kapitału, kolejne dotacje transferowane wprost na konta firm i kto sfinansuje taki drenaż budżetu.

Jest w ogóle coś zjawiskowego w tym dopytywaniu i wynikającym z niego straszeniu bankructwem. Przykładowo bankructwem Niemiec i Szwecji Korwin-Mikke straszy co najmniej od roku… 1992. Powodem ma być oczywiście „rozbuchany socjal” i „opłacanie darmozjadów”. Dokładnie tak samo jest z wszystkimi, którzy albo dali się uwieść balcerowiczowskim bzdurom, albo propagują je dla swojej korzyści. Powtarzanie pytania o datę bankructwa budżetu ilustrowane jest nieraz słynnym licznikiem zadłużenia, który ongiś Balcerowicz zainstalował w centrum Warszawy. Licznik bije, a jakoś budżet nie bankrutuje. Co ciekawe, prawie wszystkie państwa na świecie mają deficyt, który zresztą wielkościowo rośnie i… też nie bankrutują.

Oczywiście porównywanie budżetu państwa i jego mechanizmów walutowo-skarbowych do budżetu gospodarstwa domowego to jeden z najczęstszych zabiegów erystycznych, jakie stosują kapitaliści. Najgorzej, iż jest skuteczny. Gdy pisałem o MMT, wykazałem, iż państwo, gdy ma własną walutę, zadłuża się w tejże walucie – i nie może zbankrutować. Co więcej, każdy „deficyt”, czyli pieniądze, które państwo wydaje na rynku krajowym, stanowi nadmiar i zwyżkę sektora prywatnego. W finansach musi być bowiem równowaga i skoro gdzieś jest „deficyt” (budżet), to gdzie indziej te pieniądze stają się wartością dodaną. Do tego skoro gospodarki rosną, a ilość kapitału w obiegu też rośnie, to ewentualny problem leżeć powinien raczej w stosunku wielkości deficytu do budżetu, a nie jego bezwzględnej, liczbowej wielkości. Inna rzecz, iż dziś najwięcej owego „drukowania” pieniędzy realizuje nie rząd czy bank centralny, ale banki prywatne. Czym innym bowiem jest masowa akcja kredytowania banków, które posiadają zaledwie 1-3% zabezpieczenia swych zasobów w realnej gotówce czy złocie?

Dlaczego neoliberałowie, którzy oddaliby matkę za kolejne cięcia budżetowe, nie zadadzą sobie pytania: co zrobić, aby te dziury budżetowe i deficyt zasypać? Może dlatego, iż odpowiedzią, i to jak najbardziej naturalną, byłoby wskazanie rozwiązania na uszczelnienie dziury VAT-owskiej, wprowadzenie podatku od nieruchomości dla posiadaczy wielu mieszkań, opodatkowanie kapitału zagranicznego czy realne podatki progresywne.

Dlaczego nie pytają, ile z tego „deficytu” trafia do zwykłych ludzi choćby przez ten sztandarowy projekt 800+? Przecież te pieniądze są następnie wydawane i tego docierają do polskich firm, które wytwarzają usługi i produkty, a przez to dają zatrudnienie pracownikom.

Ale spróbujmy odpowiedzieć na ukochane pytanie liberałów: kiedy budżet może zbankrutować? Wtedy, gdy pozbawieni zostaniemy suwerennej waluty. Tak długo, jak państwo polskie jest emitentem własnej waluty, jest ona niewymienialna i zadłużamy się głównie w niej, tak długo nie grozi nam bankructwo. Fundamentalna różnica między byciem emitentem a tylko użytkownikiem waluty uwidacznia się na przykładzie Grecji i jej losu po 2008 roku. Grecja mogła właśnie dlatego zbankrutować, bo lekkomyślnie wyzbyła się emisji własnej waluty na rzecz bycia użytkownikiem europejskiej, a po prawdzie to niemieckiej waluty „Euro”. W tej sytuacji Grecja nie mogła wlać na rynek pieniędzy, wyemitować obligacji skarbowych czy podjąć jakichkolwiek działań. Efekt? Trwająca do dziś recesja oraz straszliwe zubożenie i bezrobocie wśród młodych.

Dlaczego mam utrzymywać „nierobów”?

Kolejnym sztandarowym pytaniem, jakie słyszymy z ust neoliberałów, jest to o utrzymywanie „nierobów”. Chodzi oczywiście o zasiłki dla bezrobotnych i inne formy wsparcia osób, które znajdują się w potrzebie, jak chociażby osoby niepełnosprawne, chore, ich opiekunowie etc.

Tu też zresztą stosowany jest zabieg podobny jak w poprzednim pytaniu. To traktowanie ekonomii państwa jak ekonomii gospodarstwa domowego, a więc w sytuacji, gdy faktycznie wydawanie pieniędzy przez jedną osobę w przypadku braku zatrudnienia oznacza konieczność utrzymania jej przez inną. Nie oddaje to w żaden sposób ani poziomu funkcjonowania, ani skomplikowania 40-milionowego państwa, ale stanowi zgrabny zabieg propagandowy.

Całość tego myślenia ma nie tylko skrajnie zatomizowany charakter, ale też odbiega od tego, czym w praktyce są chociażby te osławione zasiłki dla bezrobotnych. Nie jest to przecież ani jałmużna, ani faktycznie zasiłek, ale ubezpieczenie. Aby móc otrzymywać tenże zasiłek, trzeba przecież w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy być w stanie wylegitymować się płaceniem przez co najmniej dwanaście pełnych miesięcy składek na Fundusz Pracy. A sama kwota zasiłku stanowi zaledwie około 20-25% płacy minimalnej.

Oznacza to, iż tak naprawdę prawo do zasiłku dla bezrobotnych otrzymują i posiadają tylko ci, którzy najpierw sami finansowali Fundusz Pracy, a więc de facto są to ich pieniądze, które wcześniej wlali w ten system. Między bajki należy włożyć zarówno miliony ludzi, którzy rzekomo utrzymują się z tego zasiłku, o czym świadczy tak niski wskaźnik bezrobocia, jak i bardzo niski wskaźnik osób bezrobotnych posiadających prawo do zasiłku, jak i wielkość tego zasiłku, które raczej nie pozwala ani na dostatnie utrzymanie się, ani na jakiekolwiek utrzymanie się. Do tego zasiłek można otrzymywać maksymalnie przez 6 miesięcy, przy czym po pierwszych trzech maleje on o 20%.

Co do osób niepełnosprawnych czy ich opiekunów, osób chorych itp., wkraczamy na pole rozumienia tego, czym w ogóle jest państwo. jeżeli państwo rzeczywiście stanowić ma skrajnie libertariański projekt, gdzie negujemy funkcjonowanie jakiejkolwiek wspólnoty, to faktycznie możemy te osoby pozbawić jakiejkolwiek pomocy. Ale jeżeli przyznajemy, iż za państwem stoi wspólnota narodowa i społeczeństwo, to pomoc osobom niepełnosprawnym czy ich opiekunom stanowi nasz obowiązek.

Ale spróbujmy odpowiedzieć na to kretyńskie pytanie neoliberałom: dlaczego masz pomagać i płacić na „nierobów”? Chociażby dlatego, iż sam kiedyś możesz stać się bezrobotnym wymagającym wsparcia. Sam możesz kiedyś zachorować, ulec wypadkowi lub po prostu doświadczyć sytuacji kryzysu ekonomicznego, który pozbawi cię możliwości zarobkowania i godnej pracy.

Pytasz, dlaczego masz płacić tak zwanym nierobom. A kogo masz na myśli? Osoby, które chcą uczciwie pracować? Osoby, które chciałyby wrócić do zdrowia? Które chciałyby, żeby ich bliscy nie byli niepełnosprawni? Czy może masz na myśli wszystkich bogaczy, członków rad nadzorczych wielkich korporacji, ekspertów i specjalistów wynajętych przez wielki kapitał, ludzi jak Zuckerberg, Bezos, Musk? Może to ich warto nazwać nierobami. Nie w kontekście wykonywanej przez nich pracy, bo faktycznie trzeba przyznać, iż są ludźmi technicznie zapracowanymi. Ale czy faktycznie praca ich warta jest tych wszystkich miliardów, jakie gromadzą, a wraz z nimi ogromną władzę i wpływy? Dlaczego tak łatwo przychodzi neoliberałom terroryzowanie samotnych matek z dziećmi, bezrobotnych czy osób chorych, a zarazem nie zadają pytań o gigantyczne przepływy kapitałowe do zaledwie kilku, może kilkunastu firm na całym świecie.

Dlaczego tak łatwo przychodzi niektórym kretyńskie dopytywanie o to, na co wydadzą pieniądze zwykli ludzie? Przecież wiadomo na co: na zwykłe potrzeby. A po co bogaczom i miliarderom tak ogromne fortuny i międzynarodowe imperia finansowe?

Podsumowanie

W pewnych kręgach dużą popularnością cieszy się termin „marksizm kulturowy”. Abstrahuję tu całkowicie od tego, czy jest on słuszny, czy nie, czy ma sens, czy jest go pozbawiony, stawiam tu tezę, iż w dokładnie taki sam sposób, to znaczy na zasadzie kulturowej nadbudowy traktować powinniśmy system kapitalistyczny. Kapitalizm to coś więcej niż tylko ekonomia. To także swoiste wyznanie wiary, to swoista aksjologia, wartości i sposób myślenia. To wszystko przejawia się w codziennych nawykach, takich właśnie jak wspomniane powyżej pytania, które w teorii wykazywać mają rzekomą wyższość intelektualną i wiedzę osoby, która pyta, w praktyce zaś stanowią wytrych mający zamknąć usta wszystkim zwolennikom bardziej społecznej, wspólnotowej i korzystnej dla całego narodu polityki ekonomicznej i finansowej.

Idąc więc tym tropem, jeżeli chcemy skutecznie stworzyć kontrpropozycję dla neoliberalnej agendy, zacząć trzeba od obalania nie tylko aksjologii i dogmatycznych twierdzeń, ale także rozbijać codzienne nawyki myślowe, jakie reprezentują osoby przesiąknięte tą doktryną. Temu służyć ma ten tekst.

Grzegorz Ćwik

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay.

Idź do oryginalnego materiału