Te 3,5 miliona (podobno) plików, które spuszczono niczym szambo do internetu, przekonują mnie jedynie, iż ob. Epstein Jeffrey, to – jak to się mówi w Bułgarii i jak napisałem w tytule – słaba rakija.
Wszcząłem kilka dni temu przymiarki do tekstu o potwornej, kryminalno-ideologicznej zbrodni, do której doszło w Bułgarii na początku bieżącego miesiąca. Sprawa jest z gatunku przerażających i obrzydliwych. Sześciokrotne zabójstwo, w tle dzieci, przemoc, dewiacje, rozpad elementarnych norm, skrajna demoralizacja i atrofia społeczna, ale i wyraźne ideologiczne inklinacje osób zamieszanych. Spoiler: chodzi o sektę najbardziej twardogłowych liberalnych szurystów, obłąkanych mizantropów, nienawistników państwa i wszelkich form organizacji życia społecznego, zwłaszcza masowej edukacji. Dotychczas odkryto sześć ciał – trzy 2 lutego, kolejne trzy 8 lutego. A ponieważ, jako się rzekło, u podłoża tej historii leżą nie tylko kwestie kryminalne, ale także kulturowe i etyczne, co zamierzam w swoim tekście dokładnie opisać, przypomniała mi się jeszcze jedna sprawa. Rzekoma nowa odsłona „afery Epsteina”.
Cudzysłów został użyty celowo. Nie będę teraz powtarzał wszystkiego, co już pisałem i wielokrotnie wygłaszałem; uczynię z tego osobny, podsumowujący wpis. Sygnalizuję jedynie, iż pomimo, iż do przestrzeni publicznej spuszczono już ponoć ponad połowę szamba złożonego ze zdjęć, wideo i korespondencji, które przechowuje FBI i kto wie która jeszcze trzyliterowa amerykańska agencja, wciąż nie ma żadnych dowodów na tajne, międzynarodowe satanistyczne, żydowskie czy masońskie porozumienia, których depozytariuszem byłby Epstein. Nie ma żadnych dowodów na to, by Epstein jako capo di tutti capi był organizatorem i sprawcą globalnego przemytu dzieci i nastolatków, które następnie podsuwałby różnym księciom Andrzejom, Billom Gatesom czy innym Clintonom. Nie ma też żadnych dowodów na to, by Mossad – korzystając z takich nagrań – wymuszał na najważniejszych światowych decydentach bezwzględne podporządkowanie.
To są bzdury, które wygasłyby wraz z agonią masowej amerykańskiej szurii zwanej QAnon. Niestety zeszłoroczna kampania wyborcza Trumpa i chęć tchnienia emocyjek w tzw. ruch MAGA wymusiły rezurekcję tej psychozy, którą zapożyczyliśmy i chętnie wprowadziliśmy do polskiej przestrzeni publicznej. Tymczasem mamy po prostu do czynienia z niewyobrażalnie bogatym międzynarodowym grandziarzem finansowym i przy okazji obleśnym przestępcą seksualnym, który był już za swoje działania w przeszłości skazany – i to jest fakt. A to, iż tzw. Pizza Gate było rzekomo prawdą, nie jest faktem, tylko poszlakową interpretacją „na siłę”, która bardzo słabo się broni.
Jeżeli jednak spróbować, co przychodzi z wielkim trudem, spojrzeć na tę historię poważnie, to nie przez pryzmat sensacyjnej obyczajówki, ale jako przykład nowoczesnego elitotwórstwa.
Jak bowiem formatuje się elita? Jak każda inna grupa społeczna, w dyspozycji której są instytucje i kapitał – m. in. (nie wyłącznie!) poprzez rytuał. Bankiet, gala, zamknięty klub, może być prywatna wyspa. Konkretne parametry nie mają znaczenia. Liczy się obsada kadrowa. Kto przyszedł? Kto został zaproszony? Kto został dopuszczony?
W każdej epoce elita potrzebuje ekskluzywnego, radykalnego gestu, tożsamościowego groundingu i wybicia się ponad pospólstwo. Nie tylko bogactwem – to oczywiście fundament materialny, ale to nie wystarczy. pozostało czynnik meta, niekiedy ocierający się o jakieś okultystyczne czy sadystyczne celebracje. Chodzi o symboliczne, silne, niedające się podważyć, jednoznaczne przekroczenie normy. O demonstrację, iż moralność, która obowiązuje wszystkich, ich nie dotyczy. Że oni nie są poddani aksjomatom, które sami – w sferze publicznej – chętnie narzucają innym, podporządkowanym; iż ich nie obowiązują zasady służące utrzymywaniu dyscypliny wśród klas niższych.
Powyższe twierdzenie nie jest żadnym oryginalnym wnioskiem. Na temat relacji między elitą, rytuałem, dystynkcją i transgresją istnieje bardzo obszerna literatura z zakresu socjologii i antropologii kulturowej. Dość przywołać chociażby cztery klasyczne pozycje, które stanowią znakomite zaplecze teoretyczne.
Do kontekstu Epsteina najbardziej pasuje bodaj, Thorstein Veblen i jego „Teoria klasy próżniaczej” (1899), gdzie autor wprowadza pojęcie ostentacyjnej, niemoralnej konsumpcji jako demonstracyjnego sygnału statusu. Veblen pokazuje, iż elita odróżnia się od reszty społeczeństwa nie tylko przez akumulację bogactwa, ale przez jego pokazowe i kompletnie nieproduktywne zużywanie; spektakularne, publicznie widoczne marnotrastwo. Współczesne formy demonstracyjnej bezkarności czy przekraczania norm można odczytać jako radykalizację tego mechanizmu – nie tylko ostentacja bogactwa, ale ostentacja wyjęcia spod obowiązujących zasad.
Człowiek wywodzący się intelektualnie i politycznie z tradycji marksistowskiej nie może oczywiście nie wskazać na początku Pierre’a Bourdieu. W książce pt. „Dystynkcja” (1979) analiza kapitału kulturowego i symbolicznego prowadzi do logicznej tezy, iż elity budują swoją pozycję poprzez subtelne, ale systematyczne odróżnianie się od pozostałych – gustem, stylem życia oraz tzw. habitusem. W tej perspektywie przekroczenie normy może funkcjonować jako szczególny, skrajny akt dystynkcji: demonstracja, iż obowiązujące reguły mają charakter klasowy i nie są uniwersalne.
Nie sposób też nie odnieść się do Émile’a Durkheima. W książce pt. „Elementarne formy życia religijnego” (1912) rytuał zostaje opisany jako mechanizm wytwarzania wspólnoty oraz symbolicznego oddzielenia sfery „świętej” od „świeckiej”. Przeniesione na grunt analizy elit, to rozróżnienie pozwala rozumieć zamknięte kręgi władzy jako quasi-sekty, które poprzez wspólne praktyki – niekoniecznie religijne, ale symbolicznie intensywne – konstytuują własną tożsamość i granicę wobec reszty społeczeństwa.
Po czwarte wreszcie, mamy najlepiej bodaj wpisującego się w kontekst epsteinowski, Georgesa Bataille i jego dwa klasyczne dzieła: „Erotyzm” (1957) oraz „Część przeklęta” (1949), gdzie przekraczanie tabu zostaje ujęte jako akt suwerenności. W interpretacji Bataille’a przekroczenie normy nie jest zwykłym wykroczeniem, ale demonstracją władzy nad porządkiem, który dla innych pozostaje wiążący. Transgresja staje się znakiem uprzywilejowanej pozycji – potwierdzeniem, iż jej podmiot może stanąć ponad normą, ponieważ dysponuje siłą pozwalającą mu ją zawiesić wobec samego siebie.
Choćby wskazane powyżej cztery perspektywy (a to doprawdy ułamek analiz i badań w tej materii) – ekonomiczna (Veblen), symboliczno-kulturowa (Bourdieu), rytualna (Durkheim) i transgresyjno-suwerenistyczna (Bataille) – dowodzą, iż elita to nie tylko zbiór najbogatszych jednostek, ale wspólnota kształtowana poprzez dystynkcję, rytuał i demonstracyjne przekraczanie norm.
I doprawdy nie jest do tego potrzebny żaden szantaż. To choćby nie musi być cynicznie zaplanowana operacja. To może być coś prostszego i bardziej pierwotnego, ot taki bonding ritual czy team building dla ludzi, którzy dysponują gigantyczną własnością. Inaczej mówiąc – zabawy integracyjne.
Kapitalizm nie wynagradza pracy – wynagradza własność. A wielka własność, by rynkowo pięknie wibrowała, z natury rzeczy koncentruje się w sieciach. W relacjach. W zamkniętych (nie tajnych) społecznościach. I te sieci potrzebują mechanizmów spajających silniejszych niż kontrakt (umowy są dla plebsu) i silniejszych niż towarzyska sympatia (lubienie czy nielubienie także jest dla plebejuszy; tu łączą gigantyczne majątki, a nie jakieś uczućka).
W przestępczych strukturach testem lojalności bywa akt brutalnej, bezinteresownej przemocy wobec bezbronnej ofiary. W świecie wielkich pieniędzy bywa nim z pewnością akt wspólnej transgresji. Tak radykalnej, by nie było już powrotu do świata zwykłych ludzi, którzy podporządkowują się narzuconemu konsensusowi cywilizacyjnemu, w tym etycznemu. Nie dlatego, iż ktoś kogoś szantażuje, ale dlatego, iż uczestnictwo w takiej klasowo-kulturowej perwersji jest samo w sobie niemal nieodwracalną deklaracją przynależności.
Seksualne wątki nie są tu sednem. Najważniejsza jest sieć i wzajemna zależność. Obieg informacji. Dostęp do decyzji politycznych i finansowych. Zarządzanie gigantycznymi majątkami. Epstein był przede wszystkim operatorem wielkiej własności – pośrednikiem, załatwiaczem, człowiekiem od obracania kapitałem, którego plebejusz nie potrafi sobie choćby wyobrazić, od finansowych spekulacji i prowadzenia ekonomicznych wojen. To, iż był dziadem ze skłonnością do młodych dziewcząt, jest kompletnie drugorzędne.
Wszak to nie obrzydliwość jednostki tłumaczy strukturę – to struktura tłumaczy ją jako element stylu życia elity.
Jeśli zaś ktoś chce zanurzyć się koniecznie w owiane spiskową mitologią „Epstein files”, to sugeruję czym prędzej oddzielić ziarno od plew.
Są bowiem sprawy ważne i są sprawy ważniejsze. Skandaliczna w swych detalach obyczajówka, pochłaniająca całą uwagę opinii publicznej przykrywa ślady prawdziwej globalnej patologii, nie seksualnej, ale polityczno-gospodarczej, które także bez większego trudu odnajdziemy w tych przepastnych archiwach.
Weźmy na tapet choćby taki oto przykład. W ujawnionej do tej pory korespondencji Epsteina pojawiają się m.in. e-maile dotyczące Petera Mandelsona, polityka brytyjskiej Partii Pracy, który w latach 2008–2010 pełnił funkcję Sekretarza Przedsiębiorców (Secretary of State for Business, funkcja ministerialna) w rządzie premiera Gordona Browna (również Partia Pracy, premier w latach 2007–2010). Dowiadujemy się, iż w latach 2009–2010, czyli w okresie światowego kryzysu, Mandelson przekazywał na bieżąco Epsteinowi poufne informacje dotyczące strategii oraz polityki gospodarczej i finansowej władz Wielkiej Brytanii.
W jednym z e-maili, z grudnia 2009 roku, pojawia się wyrażona expresis verbis prośba, aby szef JPMorgan Chase, Jamie Dimon, wytargał za uszy rząd w Londynie – w szczególności kanclerza skarbu Alistaira Darlinga (również Partia Pracy) – w sprawie podatku od gigantycznych premii dla bankierów i wybił mu ów pomysł z głowy. Wymiana e-maili w tej sprawie była krótka, konkretna i skuteczna. Kilka lakonicznych wirtualnych listów wystarczyło, by uruchomić kanał wpływu między uniwersum światowych możnych a najwyższym szczeblem brytyjskiej władzy wykonawczej.
W korespondencji z maja 2010 roku pojawiają się również informacje o planowanych decyzjach gospodarczych, w tym o pakietach ratunkowych dla strefy euro, przekazywane zanim zostały ogłoszone publicznie. Inaczej mówiąc, były one konsultowane (nie wiadomo z kim) za pośrednictwem Epsteina. Był to moment schyłku rządu Browna, który w maju 2010 roku utracił władzę po wyborach parlamentarnych. Niezależnie od szczegółów prawnych, sam fakt takiego nieformalnego obiegu informacji – między ministrem rządu, rekinem z Wall Street i pośrednikiem zarządzającym wielkimi majątkami – jest dość znaczący. Nie da się ukryć. A nie, czekaj! Da się. Wystarczy wpuścić się w kanał ustawicznego lamentu o rzekomym gwałceniu małych dzieci.
Tymczasem tak wyglądają właśnie realne wątki tej historii. Nie egzotyczne fantazje o tajnych seksualnych lożach, ale zwyczajna – jakkolwiek niedostępna powszednim śmiertelnikom – infrastruktura międzynarodowej władzy.
Sieć, w której minister komunikuje się z bankierem poprzez pośrednika obsługującego gigantyczny kapitał i w toku tej interakcji podejmuje decyzję o losie ekonomicznym 60 milionów obywateli Zjednoczonego Królestwa. Kilka wiadomości e-mail ma większy wpływ na decyzje polityczne i ekonomiczne (w tym wypadku podatkowe) o skutkach liczonych w miliardach niż jakieś „demokratyczne wybory”. Czyż to nie jest warte refleksji dalece bardziej niż opowieści z ekskluzywnego burdelu?

1 dzień temu





