Lepiej chronić pracowników niż miejsca pracy. Ekkehard Ernst, główny ekonomista Światowej Organizacji Pracy, w wywiadzie dla DGP

12 godzin temu

W gospodarkach rozwiniętych ok. 10 proc. miejsc pracy jest silnie eksponowanych na działanie AI, ale to nie oznacza, iż te stanowiska znikną, tylko iż sposób wykonywania pracy ulegnie radykalnej zmianie – mówi Ekkehard Ernst, główny ekonomista Światowej Organizacji Pracy (ILO) w wywiadzie z Sebastianem Stodolakiem dla Dziennika Gazety Prawnej. – Globalna stopa bezrobocia prawdopodobnie pozostanie mniej więcej stała.

Czy ustalono w końcu, czy AI niszczy miejsca pracy, czy tworzy nowe?

Na razie nie widzimy, by je niszczyła w sensie ogólnym. Są konkretne zawody, dla których da się zmierzyć część wpływu, ale to są małe grupy. Na przykład w USA programiści to 4 proc. ogółu zatrudnionych i choćby w ich przypadku AI ma raczej charakter transformujący niż faktycznie niszczący miejsca pracy.

Ale przecież w mediach mamy mnóstwo doniesień o tym, iż wielkie firmy technologiczne zwalniają ludzi z powodu AI.

Moim zdaniem wynika to głównie z tego, iż w czasie pandemii firmy zatrudniły zbyt wiele osób, a teraz muszą się ich pozbyć. Wygodnie jest zrzucić tu winę na AI. Widać, iż w niektórych zawodach następuje podnoszenie poziomu kwalifikacji właśnie dzięki AI. Na przykład niektórzy programiści stają się o wiele bardziej efektywni, korzystając z tych narzędzi na własny użytek. W ramach tego procesu widać przesuwanie zadań w stronę bardziej doświadczonych osób. Pytanie więc, czy przez cały czas młodość będzie w niektórych zawodach ceniona, czy nie? Wygląda na to, iż w IT w tej chwili istnieje ogólna niechęć do zatrudniania młodych ludzi.

Prognozy mówią, iż AI zniszczy 90 mln miejsc pracy i stworzy 170 mln nowych. Brzmi dobrze, ale czy naprawdę da się w wiarygodny sposób oszacować taką dynamikę?

Nawet 100 mln stanowisk na globalnym rynku, który obejmuje 3,5 mld miejsc pracy, to w gruncie rzeczy nie jest aż tak dużo. W gospodarkach rozwiniętych około 10 proc. miejsc pracy jest silnie eksponowane na działanie AI, ale to nie oznacza, iż te stanowiska znikną, tylko iż sposób wykonywania pracy ulegnie radykalnej zmianie. Jako ekonomista tworzę wiele raportów. Sposób, w jaki to robię, się zmieni. Będę spędzał mniej czasu w faktycznym pisaniu, a więcej na zadawaniu pytań: jakie kwestie raport powinien obejmować albo jakiego rodzaju metody zastosować. Moja praca zostanie więc dotknięta przez AI, ale nie zniknie, bo przez cały czas trzeba mieć kogoś, kto na koniec dnia odpowiada za to, iż raport został napisany.

Technologia nieustannie się rozwija, a mimo to globalne bezrobocie nie eksploduje. Jak należy to interpretować?

Globalna stopa bezrobocia prawdopodobnie pozostanie mniej więcej stała. Jednym z kluczowych zjawisk, które w przyszłości na nią wpłyną, jest starzenie się populacji. Mamy coraz mniej młodych ludzi na rynku pracy, zwłaszcza w gospodarkach rozwiniętych. A to oznacza, iż strukturalnie mamy mniejsze bezrobocie, bo to właśnie wśród młodych zwykle notuje się wyższe stopy bezrobocia. Ponadto z powodu starzenia się społeczeństw pracodawcom będzie coraz trudniej znaleźć młodych, którzy faktycznie mogliby obsadzić wolne stanowiska. Obawiam się nie tego, iż skończą się miejsca pracy, tylko tego, iż skończą się pracownicy.

Swoją drogą, czy naprawdę powinniśmy oceniać technologię przez pryzmat tego, czy tworzy więcej miejsc pracy? Moglibyśmy zrezygnować z samochodów i wrócić do koni, a wtedy miejsc pracy byłoby więcej, ale nie miałoby to sensu.

Największym wyzwaniem w obliczu starzenia się społeczeństw jest dziś właśnie to, czy jesteśmy w stanie dalej ograniczać czas pracy. Chiny doświadczyły ogromnego wzrostu poziomu życia, a czas pracy nie skrócił się porównywalnie do tego. W związku z tym konsumpcja dóbr i usług, w szczególności usług, również nie rozwinęła się odpowiednio silnie, ponieważ Chińczycy po prostu nie mają na nią czasu. I ten niedostatek popytu hamuje dużą część dynamiki tego państwa. Z jednej strony mamy więc technologie, które potencjalnie mogą pomóc nam uwolnić nasz czas. Z drugiej strony mamy coraz mniej pracowników, którzy mieliby umożliwić nam faktyczne wykorzystanie tej szansy. I to będzie nas powstrzymywać przed tworzeniem nowych usług, które generowałyby nowy popyt.

W Polsce rząd prowadzi pilotaż, który ma sprawdzić, czy skrócenie tygodnia pracy to dobry pomysł. Co, historycznie rzecz biorąc, napędzało skracanie tygodnia pracy? Przepisy?

Nie, przede wszystkim był to wzrost produktywności. Ustawodawstwo w pewnym sensie zawsze przychodziło później. Dostrzegano fakt, iż istniał popyt na skrócenie czasu pracy, i wprowadzano odpowiednie przepisy.

Niektórzy polscy politycy sądzą, iż mogą przyspieszyć ten proces po prostu ustawą.

W pewnym sensie zrobiono tak we Francji, wprowadzając 35-godzinny tydzień pracy.

Z jakim efektem?

Mieszanym. Coś takiego może zadziałać, jeżeli odpowiada to realnym zdolnościom gospodarki. Skrócenie czasu pracy otwiera możliwość pojawienia się nowego popytu na określone usługi. I faktycznie we Francji widać np. wzrost liczby siłowni.

Polska ma bardzo staroświecki kodeks pracy. Czy w nowoczesnej gospodarce sztywne kodeksy mają sens?

W Europie kodeksy pracy są nadmiernie sztywne. Ostatecznie tym, co naprawdę chcemy chronić, są pracownicy, a nie miejsca pracy.

Trzeba znaleźć lepsze sposoby chronienia ludzi, którzy chcą pracować, a jednocześnie pomagać firmom dostosować się do nowej rzeczywistości – i nie robi się tego przez ochronę miejsc pracy, ale przez np. ochronę socjalną. Podczas pandemii COVID-19 chroniliśmy zatrudnienie w sposób raczej przesadny. Uniemożliwiliśmy firmom szybkie dostosowanie się do nowej rzeczywistości.

(…)

Cały artykuł dostępny TUTAJ

Idź do oryginalnego materiału