Pomimo tego, iż o wojnie na Ukrainie, aby nie zostać w Polsce wykluczonym z agory, mówić należy w określony sposób, dostępne są i w naszym języku publikacje pisemne i materiały audiowizualne pokazujące ujęcia odmienne od głównonurtowej, oficjalnie dopuszczalnej linii narracyjnej.
Wprawdzie dotarcie do nich bywa utrudniane, a gdy to nie wystarcza i udaje im się wyjść poza skromną niszę, deprecjonuje się je, a ich autorów obrzuca anatemą, wszelako dociekliwi nie poniosą w swych poszukiwaniach porażki. Umysły krytyczne poradzą sobie ze stawianymi przeszkodami, aby do nich dotrzeć, natomiast drżący na myśl o wszechobecnej rosyjskiej propagandzie i dezinformacji zatkają oczy i uszy, zaprzeczając nie tylko niewygodnym opiniom, ale i faktom: szańce zostały dawno wzniesione, a pozycje zajęte. Dlatego nie napiszę kolejnego tekstu analizującego historyczno-geopolityczne przyczyny wojny rosyjsko-ukraińskiej; powstało na ten temat — i wciąż powstają nowe — wystarczająco wiele materiałów, których autorzy, choćby z racji możliwości wglądu w dane niedostępne zwykłym śmiertelnikom (tutaj mam na myśli twórców zagranicznych, także z samego jądra prowadzącego na Ukrainie wojnę zastępczą Zachodu), mają na starcie przewagę nad autorami takimi jak ja. Zamiast tego w niniejszym eseju spróbuję się przyjrzeć temu, w jaki sposób ta wojna wpłynęła na Polskę i Polaków: między innymi polityce władz i związanym z nią zagrożeniom, nie tylko militarnym, namiętnościom i obawom targającym społeczeństwem, wpływającej na nie mitologii narodowej i polityce historycznej, językowi propagandy, bynajmniej nie rosyjskiej — i innym płaszczyznom społeczno-kulturalno-politycznym, które uległy przeobrażeniom wskutek gwałtownych wydarzeń na Ukrainie. Brakuje takiego opracowania, niech więc czterolecie wojny będzie pretekstem do jego powstania.
***
Choć media zapowiadały, w ślad za Amerykanami, rosyjską inwazję na Ukrainę, wielu — w tym ja — wątpiło, iż faktycznie ona nastąpi. A jednak 24 lutego 2022 przyszło się nam wszystkim zmierzyć z taką właśnie nową rzeczywistością.
Zarówno polskie władze, jak i politycy opozycji, media, tak prorządowe: publiczne i prywatne, jak i antypisowskie — wszyscy unisono wyrazili swą jednoznaczną solidarność i bezdyskusyjne wsparcie dla Ukrainy. Natychmiast ruszyła pełną parą proukraińska i antyrosyjska machina propagandowa, ale trzeba uczciwie przyznać, iż wówczas, w pierwszych dniach i tygodniach wojny, nastroje były niemal jednoznaczne: rzesze Polaków ogarnęła autentyczna solidarność z Ukrainą, a odgórna propaganda wojenna zaczęła odgrywać istotną rolę dopiero później.
Podglebie do kształtowania takich postaw przygotowywano jednak przecież — choć nie intencjonalnie, na użytek tej wojny — od dziesięcioleci w ramach doktryny, na której zbudowano fundamenty III RP. Państwo to, którego mitem założycielskim jest „samowyzwolenie się spod sowieckiej okupacji”, gdzie „sowieckość” tożsama jest z rosyjskością, stworzyło choćby specjalny instytut dla urzędowego usankcjonowania tego od początku do końca zakłamanego mitu. Styropianowa Polska z pogardą odrzuca wyzwolenie spod nazizmu, które przyszło ze Wschodu na tankach i bagnetach Armii Czerwonej i Armii Wojska Polskiego, wyzwolenie, za pomocą którego Polacy nie tylko przetrwali biologicznie, ale też mieli okazję stać się czymś więcej niż niewolnikami u niemieckiego nadczłowieka. Odrzuca też całe powojenne czterdziestopięciolecie skoku cywilizacyjnego, emancypacji społecznej, likwidacji analfabetyzmu, rozwoju powszechnego szkolnictwa, i tak dalej, i tak dalej, słowem: przekreśla całe ogromne dziedzictwo Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, uważając się za bezpośrednich spadkobierców II RP i teoretycznego, życzeniowego państwa z londyńskich salonów. Zakłamana opowieść o dwóch okupacjach rzuca cień na współczesną Rosję, która zresztą w społecznej (nie)świadomości jest tym samym, co Związek Radziecki, Imperium Rosyjskie czy Wielkie Księstwo Moskiewskie — jądrem ciemności, zawsze czyhającym na Polskę i wyobrażony, równie mityczny Zachód, którego Polska była i jest przedmurzem czy wschodnią flanką. Jest Rosja siedliskiem zła, odpowiedzialnym za peerelowską „okupację”, Katyń, rozbiory (co najmniej cztery), kibitki, odwiecznym wrogiem i niczym więcej. Wdychającym na co dzień miazmaty zakłamanej i nasiąkniętej resentymentami polskiej historiozofii ignorantom wojna na Ukrainie spadła z nieba jak klocek idealnie pasujący do tej polskomitologicznej konstrukcji. Dlatego próby mówienia w Polsce o rzeczywistych przyczynach wojny rosyjsko-ukraińskiej wywołują reakcje histeryczne, natychmiastowe oskarżenia o agenturalność i przyjmowanie rubli, złość i agresję; dla Polaka wojna jest wynikiem rosyjskości Rosji, uzewnętrznieniem jej istoty: Rosja napada, bo jest Rosją. Napaści rosyjskie są podobne do kataklizmów naturalnych — i to wyczerpuje analizę i uniemożliwa prowadzenie dialogu dyplomatycznego.
W takim baśniowym uniwersum musiało zaistnieć tego wszechogarniającego Zła przeciwieństwo; tę rolę odgrywa równie wyobrażony Zachód: świat wolności, demoliberalizmu, McDonalda, praw człowieka i wolnego rynku. Za wyśnionym Zachodem tęskniono w PRL-u, a kiedy już można było skonfrontować wyobrażenia z prozaiczną rzeczywistością, ciągle goniono za wyobrażeniem, idealizowano Zachód i tak jest do dziś, z tym iż w obecnej narracji Polska tenże Zachód wreszcie dogoniła i stała się — na powrót — jego nieodłączną częścią, którą tylko na skutek splotu tragicznych historycznych wydarzeń wyszarpywała z jego kręgu wraża Moskwa. Dzisiaj zresztą apologię Zachodu wprost i bezwstydnie się wymusza: wszelka jego krytyka, nieważne, jak trafna, stała się „rosyjską dezinformacją” — ktokolwiek ośmieli się poddać negatywnej ocenie decyzje i strategie struktur i decydentów Unii Europejskiej czy NATO, staje się automatycznie „ruską onucą”. (Stany Zjednoczone natomiast krytyce podlegają dopiero od kilka ponad roku, od momentu, w którym ich prezydentem ponownie został Donald Trump, przy czym wahadło wychyliło się niespodziewanie maksymalnie w drugą stronę. )
Ten manichejski podział jest komplementarny z polskimi kompleksami —niższości wobec Zachodu i wyższości wobec Wschodu — a cementuje go kulturowy imperializm, pod którego ciężarem ugina się III RP — niosąca jego brzemię z euforią i wdzięcznością — choćby w hollywoodzkich produkcjach przedstawiający Rosjan jako twardych, ale głupich i siermiężnych, na wyobraźnię Polaków działając mocniej niż bezpośrednie doświadczenie. Rzutem na taśmę, po 24 lutego, owi Polacy łaskawie zaliczyli Ukraińców — wcześniej takich samych „ruskich” jak ci z Kazania czy innego Mohylewa — w poczet takich samych Francuzów jak oni sami.
Tak czy inaczej propaganda, nie tylko nad Wisłą, musiała uderzyć z pełną mocą, wojnę ukraińską przedstawiając jako akt bezprecedensowego od czasów Hitlera barbarzyństwa, nie dlatego, iż taką jest — bo nie jest, nie jest nawet, wbrew obowiązkowo wygłaszanej formułce, ani pełnoskalowa, ani niesprowokowana — a dlatego, iż jest najpoważniejszym dotychczas czynnikiem krzyżującym szyki rozpychającego się po upadku ZSRR atlantyzmu. Po ponad trzydziestu latach nieskrępowanego amerykańskiego unilateralizmu, rozpętywania przez Stany Zjednoczone rzeczywiście pełnoskalowych i niesprowokowanych, barbarzyńskich, imperialistycznych, łupieżczych wojen — także przy współudziale Polski, a zawsze z jej poparciem, również w Europie, gdzie NATO przemocą zmieniło granice, granice, których świętą nienaruszalność ówcześni agresorzy opiewają obłudnie w obliczu wojny na Ukrainie — podporządkowywania sobie przez nie kolejnych państw w wyniku intryg, ingerencji w wewnętrzną politykę i kolorowych „rewolucji”, coś skutecznie stanęło żandarmowi świata na drodze — tą przeszkodą okazała się Federacja Rosyjska, pisząc pierwszy akt upadku amerykańskiej hegemonii.
***
Jak już powiedziano, na początku wojny nastroje społeczne korespondowały z oczekiwaniami władz i nie istniała potrzeba zaprzęgania propagandy do osiągnięcia tego celu.
Ukraińska diaspora nad Wisłą była stosunkowo liczna także przed wybuchem wojny i dla przeciętnych Polaków nie ma znaczenia, jacy to imigranci; w swej masie nie są obeznani z takimi niuansami jak fakt ideowego pęknięcia Ukrainy, które, zaakcentowane, uważa się, jakżeby inaczej, za „ruską” propagandę. Znajomości, choćby przelotne i powierzchowne, bez wnikania w światopogląd, poskutkowały poparciem dla reżymu Ukrainy — ktoś z sympatii do sąsiada czy kolegi z pracy Ukraińca mógł opowiedzieć się za Zełenskim, nie mając pojęcia, iż sąsiad czy kolega jest zdecydowanym zełenszczyzny wrogiem. (Notabene dająca przywileje emigracji polutowej ustawa specjalna drażni nie tylko stających się na jej skutek obywatelami drugiej kategorii we własnym kraju Polaków, ale też przedstawicieli starej ukraińskiej emigracji, którzy od przyjazdu muszą sobie w brutalnej polskiej rzeczywistości wszystko wyszarpywać: ich owe przywileje — których istnieniu propaganda bezczelnie zaprzecza, a jednocześnie podnosi lament i głosy protestu przeciw projektom ich ukrócenia — nie objęły.) Dodatkowo zetknięcie się z masą uciekinierów z Ukrainy po 24 lutego 2022 roku i oglądanie z bliska ich tragedii wyzwoliło w Polakach pokłady zrozumiałego współczucia. Jednocześnie nie tylko zredukowano ich w zbiorowej świadomości do monolitycznego zbioru stereotypowych wyobrażeń, ale i utożsamiono ten zbiór z ukraińskimi władzami i prowadzoną przez nie polityką, co w dłuższej perspektywie doprowadziło do rozkwitu wymierzonej w Ukraińców ksenofobii, wtedy jednak, w 2022 roku, obcowanie z Ukraińcami — epifania ich twarzy, jak powiedziałby Levinas — skłaniało Polaków do opowiedzenia się jednoznacznie za zełenszczyzną; Ukraińcy byli i są obok, a Rosjanie, którzy odwiedzali Polskę, wskutek sankcji wyjechali bezpowrotnie.
Nie bez znaczenia dla proukraińskiego zrywu było nagłe wybudzenie się Polaków ze słodkiej geopolitycznej drzemki, z przekonania, iż w Europie nastąpił koniec historii znany z czytanki Fukuyamy, mylnego przecież i niesięgającego dalej niż czubek mieszczańskiego nosa; wszak płonące w latach 90. Bałkany, choć administracyjnie dalej, geograficznie leżą bliżej polskich słupów granicznych niż Donbas. Wyobraźnię porusza wszelako bardziej wojna po sąsiedzku, zwłaszcza wtedy, gdy pasują do niej obrazy z narodowej zbiorowej (nie)świadomości: z jednej strony stereotypowe klisze antyrosyjskie i strach podlewany propagandową brednią o tym, iż „Rosja nie zatrzyma się na Ukrainie”, tak rudymentarną dla władz, bo usprawiedliwiającą skandaliczną politykę służebności wobec Kijowa, rozbrajania się na jego rzecz i zgody na jego pasożytowanie na polskim budżecie— zarządzanie strachem nie jest wszak wynalazkiem naszych czasów — z drugiej wyobrażenie wojny jako takiej, dla którego w Polsce punktem odniesienia jest II Wojna Światowa, wojna totalna i dla Polaków egzystencjalna. I jako taką, przez proste, nietrafione analogie do tego, co znamy z opowiadań, powidoków, pozostałych śladów i tekstów kultury dotyczących tej ostatniej wojny, jakiej Polska doświadczyła, które poruszają struny polskiej duszy, czyta się nad Wisłą także wojnę rosyjsko-ukraińską. To kompletne nieporozumienie jest skutecznie twórczo wyzyskiwane przez aktualną prowojenną propagandę. Skoro już Polak się wystraszył i uwierzył w groźbę inwazji i propagandowy chochoł o Ukraińcach walczących, aby on nie musiał, zaakceptował też konsekwentnie upokarzającą politykę uległości państwa polskiego wobec Ukrainy i drenaż kieszeni na jej rzecz w ramach opartej na błędnych przesłankach kalkulacji, przekonany, iż to leży także w jego własnym, egoistycznie pojmowanym interesie.
Nie musi to być jednak zawsze kalkulacja. Sprowadzenie Ukraińców i Ukrainy do monistycznej, stereotypowej figury, którego dzisiejszym echem jest rosnąca niechęć wobec Ukraińców, na początku wojny pomagało propagandowo wykorzystać współczucie dla ludzi do wsparcia politycznego, finansowego, wojskowego, logistycznego i rzeczowego państwa ukraińskiego w ramach prostolinijnego rozumienia polityki międzynarodowej per analogiam do międzyludzkich relacji: „trzeba pomóc napadniętemu sąsiadowi”, „czy kiedy pali się u sąsiada, to zastanawiasz się, co robić, czy po prostu biegniesz z wiadrem wody?” Przeciętny zjadacz chleba, Horkheimerowski prostoduszny obywatel, dysponujący niewielką ilością czasu wolnego, po codziennych obowiązkach i trudach życia w styropianowej Polsce zasiadający w fotelu, by obejrzeć dziennik, bombardowany przez telewizję obrazami jednostronnie relacjonowanej wojny, ulegając medialnym autorytetom, ogarnięty współczuciem i przekonany w swym bezrefleksyjnym i wygodnym, budowanym na manipulacji kreatorów dominujących narracji „zdrowym rozsądku”, mimo braku złych intencji, stał się zwolennikiem wojennych podżegaczy.
Nie bez znaczenia dla wybuchu proukraińskiej gorączki były też mechanizmy psychologiczne rządzące zbiorowością, presja społeczna, atmosfera bezalternatywności, lęk przed oskarżeniami o bezduszność albo agenturalność i ostracyzmem, jaki objął wszystkich, którzy nie poddali się romantycznym uniesieniom, w sferze międzyludzkiej szczególnie obecnym w internecie, gdzie w mediach społecznościowych akty poddawania mu wolnomyślicieli stają się okazją do zasygnalizowania prawomyślności przed publiką. W sieci pojawiły się także całe grupy pożytecznych idiotów, wręcz chełpiących się sianiem proukraińskiej i antyrosyjskiej propagandy i wylewaniem pomyj na ludzi przytomnych.
***
A jednak fala romantycznego zrywu na szczęście nie uniosła wszystkich. Niewielka część społeczeństwa głośno oponowała przeciw irracjonalnym wzmożeniom i błędnej polityce od początku, choć głosy te nikły w proukraińskiej wrzawie. Inni zachowawszy trzeźwość myślenia, wobec przytłaczającego oddziaływania propagandy, presji społecznej i psychologii tłumu, nie afiszowali się ze swoim stanowiskiem.
Także i w dyskursie publiczym, choć tylko na jego obrzeżach, można było od początku znaleźć przytomne głosy. W świecie mediów między innymi w narodowodemokratycznej „Myśli Polskiej”, której strona internetowa padła zresztą z tego powodu wraz z konserwatywno-liberalnym portalem „Najwyższy czas!” w niewyjaśnionych okolicznościach ofiarą cenzury prewencyjnej (nie podniósł się wówczas jazgot tak zwanych obrońców wolności mediów, którzy ubolewali nad losem wielkich koncernów, kiedy proponowano zmiany legislacyjne nakładające na nie sprawiedliwe podatki, przeciwnie, nierzadko ci sami ludzie nie kryli satysfakcji), na łamach stosunkowo niewielkiego, a mimo to największego na polskim rynku (co dużo mówi o przestrzeni dla lewicowych idei w dyskursie III RP) portalu lewicy „Strajk”, u różnych niezależnych dziennikarzy i publicystów, tworzących na własnych poletkach we wciąż nieocenzurowanym, ku wielkiemu utrapieniu władzy, internecie. W świecie nauki głosy rozsądku to chociażby konserwatywny monarchista profesor Adam Wielomski czy lewicowa filozofka profesor Maria Szyszkowska, ale i cały wachlarz innych postaci reprezentujących różnorakie prądy ideowe. Ogromne oburzenie — wymowne, iż największe w środowiskach prowojennej pseudolewicy — wywołał antywojenny głos lewicowego intelektualisty, profesora Pawła Mościckiego, co jest papierkiem lakmusowym pokazującym rzeczywistą istotę i rolę tegoż koncesjonowanego pseudolewu. 24 lutego 2022 ostatecznie obnażył jego intelektualno-ideową pustkę, co wymaga szerszego komentarza.
W świecie polityki oporem wobec szaleństwa proukraińskiego i prowojennego wykazała się jedynie skrajna prawica, zwłaszcza Konfederacja, a i to nie w całości. Odurzeni rusofobią nazywają ją „Konfederosją”, mimo iż żadną prorosyjskością się ona nie wykazuje — wręcz przeciwnie. W reakcji na demontaż polskich symboli na Cmentarzu Wojennym w Katyniu w listopadzie 2025 roku europosłanka Ewa Zajączkowska, którą proukraińscy paranoicy przezywają „Zajcewa”, pisała:
„(…) Putinowska Rosja nie od dziś udowadnia, iż nie chce należeć do grona cywilizowanych narodów, tylko państw o charakterze zbrodniczym. Po napadaniu na inne narody, czy mordowaniu opozycjonistów i dziennikarzy, nie musieli potwierdzać tego dewastując jeszcze polskie pomniki (…)” [pisownia oryginalna].
Wypowiedź nie tylko nie prorosyjska, ale w istocie rasistowska, odmawiająca Rosjanom przynależności do grona ludzi cywilizowanych (o Rosjanach można, ośrodki monitorowania zachowań palcem nie kiwną). Prorosyjski nie jest choćby Grzegorz Braun, najbardziej wyrazista i radykalna postać w tych środowiskach, którego Konfederacja Korony Polskiej w 2025 opuściła Konfederację WiN. Do dzisiejszej narracji nie pasuje — na szczęście dla niej Polacy mają krótką pamięć — jego określenie konstrukcji ustrojowej Polski jako kondominium rosyjsko-niemieckiego pod żydowskim zarządem powierniczym. W szpitalu bez klamek zwanym III RP nie ma to znaczenia; jeżeli ktoś nie śpiewa unisono w proukraińskim chórze, już jest „ruską onucą”, a kiedy kogoś nie darzy się sympatią, powiedzieć o nim wolno bez konsekwencji wszystko.
Środowiska okołokonfederackie faktycznie są antyukraińskie, ale wbrew forsowanej tezie nie są prorosyjskie. Antyukraińskie są one zresztą w szerokim rozumieniu: występują zarówno przeciw władzom Ukrainy, jak i przeciw ukraińskim imigrantom w Polsce. Podobne stanowisko przedstawia także skupiona wokół wspomnianej wyżej „Myśli Polskiej” endecja, którą pochwalę za realizm polityczny, ale skrytykuję za tęsknotę za utraconą monoetnicznością; potrafi ona, co w Polsce rzadkie, docenić dziedzictwo PRL-u, z drugiej strony za jedno z głównych osiągnięć Polski Ludowej uważając stworzenie państwa homogenicznego, co dla mnie, komunisty-internacjonalisty, nie stanowi żadnej wartości dodanej. Trudno zresztą oczekiwać jednomyślności, gdy wychodzi się z tak odrębnych ideowo pozycji, a tę dygresję robię po to, by pokazać przykład obłąkania Razemitów z Zamku Wampirów bez klamek, którzy usiłowali ze mnie zrobić a to moczarowca, a to duginistę, doszukując się w moich osobistych znajomościach, sympatiach, które żywię pomimo ideowych różnic, i w podobnej optyce na niektóre kwestie złowrogiego sojuszu ekstremów rozrysowanego cyrylicą.
Nawiasem mówiąc, język propagandy skutecznie zagłusza niuanse znaczeniowe, które kryją się pod wspólnym szyldem „antyukraińskości”, krytykę ukraińskiej polityki w swych filipikach zrównując z postawami ksenofobicznymi i każdego polemistę pakując w buty — albo onuce — ziejącego nienawiścią prawicowego troglodyty. Takie konotacje i bezalternatywność takiego pakietu poglądów w dalszej perspektywie czasowej, wobec braku lewicowej opozycji antywojennej, wpłynęły na niechęć wobec Ukraińców w elektoracie sprzeciwu wobec wojny — skoro w pakiecie z niezgodą dla prowojennej polityki znalazła się ksenofobia, pozbawiony lewicowej alternatywy obywatel kupuje cały pakiet z dobrodziejstwem inwentarza. W takim kontekście prowojenna, sygnująca wsparcie dla zełenszczyzny „lewica” pośrednio i niezamierzenie ponosi część odpowiedzialności za wzrost wrogości wobec Ukraińców (poruszałem już temat tego mechanizmu w tekście „Czarne lustro”), ale zamiast jakiejkolwiek refleksji, w reakcji na wzrost tych tendencji ma ona jedynie moralne oburzenie i kpinę z „szurów, którym Ukraińcy kradną PESEL-e i miejsca w kolejkach do lekarzy”.
***
Wypada pogratulować dobrego samopoczucia, jest to jednak spektakl, robienie dobrej miny do złej gry: 24 lutego ostatecznie obnażył miałkość polskiej lewicy systemowej. jeżeli historia powtarza się jako farsa, to bezgraniczne wsparcie dla wojny zastępczej atlantyzmu na Ukrainie, sygnowanie jej finansowania kosztem pauperyzacji polskiej klasy pracującej (o którym pisałem między innymi w artykule „Pieniądze albo życie!”) i wyjście partii Razem ze struktur Democracy in Europe Movement 2025 i Progressive International na znak protestu przeciw braku potępienia przez te organizacje, jak to określono w komunikacie, „rosyjskiego imperializmu” jest taką historyczną powtórką z poparcia własnych rządów przez europejskie partie socjaldemokratyczne w I Wojnie Światowej, ich głosu za kredytami wojennymi i rozkładu II Międzynarodówki — na miarę naszych czasów. Gdyby Róża Luksemburg żyła dziś, też by ją pewnie zabili, tylko kupionym za pieniądze ze zrzutki bayraktarem.
Wprawdzie nie spodziewałem się po reformistach wielkich aktów antymilitaryzmu, niemniej skala skundlenia i sprzeniewierzenia się „lewicy” głoszonym przez nią wartościom była i pozostaje dla mnie zdumiewająca, potrafiąc swoimi manifestacjami zaskoczyć jeszcze po długich czterech latach wojny na Ukrainie. Pomimo wielu zastrzeżeń, jakie miałem, aż do jej wybuchu głosowałem na systemowy pseudolew, a na partię Razem od samego pojawienia się tej formacji na scenie politycznej. Uznając, iż lepsza byle jaka lewica niż żadna, przełykałem z niesmakiem różnorakie jej wybryki, takie jak błądzenie w przestrzeniach zwichrowanej intersekcjonalności i zaprzeczanie obiektywnym faktom na rzecz dobrego samopoczucia i tożsamości — może to z takich procesów psychologicznych wynika odrzucenie przez to środowisko realiów na rzecz infantylnego myślenia życzeniowego w stylu wypowiedzi kandydatek na miss na konkursie piękności i oczekiwanie baśniowego zwycięstwa rozumianego po swojemu Dobra nad Złem?
Przyznaję, iż głosowanie na Razem było moim błędem. Taka lewica nie tylko nie jest potrzebna — ona jest toksycznie szkodliwa. Poparłszy szaleństwa spirali zbrojeń, straciła walor wiarygodności także wtedy, gdy przedstawia słuszne postulaty socjalne. Odczłowieczywszy Rosjan, stała się niewiarygodna, gdy podejmuje temat praw człowieka. Zasługuje na zerowe zaufanie i czekam na jej koniec.
Rozczarowanie polską „lewicą” to zresztą nie tylko zawód polityczny, to także osobiste doświadczenie zakończonych znajomości. Nie żałuję takiego ich finału — widocznie kilka były warte — niemniej bywałem zaskoczony, gdy ludzie, o których przypuszczałem, iż tworzymy wspólnotę przekonań i wartości, podczas gdy ja zostałem na swoich pozycjach, w sytuacji granicznej zabrali zabawki, a odchodząc reagowali agresją — być może uzewnętrzniając gniew na własny koniunkturalizm. Amicus Plato, sed magis amica veritas.
Aby stworzyć pozory wierności pryncypiom, zaprzedana „lewica” zachowała język. Wyciągnięto termin „łestplejning”, którym zaczęto z zadowoleniem szermować. Za tym pojęciem miałoby kryć się odbieranie Ukraińcom podmiotowości, ciekawe, iż paternalizm zarzuca się zwolennikom pokoju; „łestplejning” nie dotyczy rozdającej na Majdanie ciasteczka i ustalającej z amerykańskim ambasadorem na Ukrainie Geoffrey’em Pyattem skład ukraińskiego rządu Victorii Nuland, Borisa Johnsona torpedującego rozmowy pokojowe w Stambule ani innych zachodnich kuratorów Kijowa. „Lewica” protestuje też przeciw rosyjskiemu „imperializmowi”. Odrywa słowo od desygnatu, ale przymknijmy na to oko: gdyby choćby istniało zjawisko imperializmu rosyjskiego, antyimperializm ma sens tylko wówczas, gdy swe ostrze kieruje przeciw „własnemu” imperializmowi, a nie zewnętrznemu; inaczej protestujący staje się imperializmu pożytecznym idiotą. To samo dotyczy szerszych pojęć militaryzmu i antymilitaryzmu, o których w przypadku Rosji możemy mówić — ale przez cały czas antymilitaryzm rosyjski to sprawa Rosjan, a nie zachodnich „lewicowych”, pożytecznych dla realizowania neokonserwatywnych koncepcji zbawców. Żeby to rozumieć, należałoby najpierw widzieć wojnę na Ukrainie osadzoną we adekwatnych kontekstach, jako pole bitwy mocarstw o podział stref wpływów, bardziej przypominające I Wojnę Światową niż II, do której wszelako propagandowo wygodnie tworzyć barwne paralele, ułatwiające szantaże moralne na bazie argumentu ad nazium. Ta absurdalna propagandowa analogia odpowiada także „lewicy”, dla której rosyjscy żołnierze są odczłowieczonymi „faszystowskimi orkami”. Klasowa analiza nie istnieje, w dyskursie są tylko dobrzy Ukraińcy i zdehumanizowane „orki”. Koncesjonowana, pożyteczna lewica, demonstracyjnie krytykująca historyczne usprawiedliwienia kolonialnej eksploatacji — wyższość moralną czy rasową, prawo boskie — zinternalizowała narrację o demoliberalnej wyższości nad nieokrzesanym Rosjaninem z autorytarnej satrapii, uzasadniającą świętą wojnę z „kacapską dziczą” i chętnie bierze na ramiona brzemię białego człowieka Zachodu.
W takiej rzeczywistości osiągnięcia humanizmu nic nie znaczą. Traktat Ottawski zakazujący stosowania min przeciwpiechotnych staje się równie bezwartościowy, co egzemplarz brukowca sprzed miesiąca. W marcu 2025 roku artykuł wychwalający zalety min opublikował liberalny, strojący się w pióra lewicowości portal „Krytyka Polityczna”, organ wpływu amerykańskiego imperializmu przedtrumpowskiego, dotowany w lepszych czasach przez United States Agency for International Development. Dlaczego nie iperyt, napalm, sarin i amunicja dum-dum? Ile warta jest taka „lewica”?
Przynależność do liblewu jest dystynkcją, elitarystycznym stylem życia zblazowanych, dobrze sytuowanych, akcentujących swoją wszechogarniającą empatię, ale z trudem ukrywających poczucie wyższości i pogardę jednostek, parodią lewicowości. Badanie CBOS-u z września 2025 roku „Polacy o pomocy uchodźcom z Ukrainy i dalszych losach wojny” unaocznia, iż najbardziej prowojenne nastawienie ze wszystkich ma elektorat Partii Razem — 54% oczekuje od Ukrainy walki bez ustępstw wobec Rosji, czyli do ostatniego złapanego, poddanego busyfikacji i wysłanego przymusowo na front Ukraińca (aż ostatni walczący zabije przedostatniego?) Co też ciekawe, wbrew narracjom napawających się swoją moralną wyższością „lewicowców”, więcej wyborców Konfederacji Wolność i Niepodległość jest za przyjmowaniem ukraińskich uchodźców (48%) niż przeciw (43%).
Badanie CBOS-u jest w ogóle bardzo interesujące dla analizy klasowej, pokazując, jak lepiej sytuowani, uprzywilejowani, którzy odwrotnie niż masy ludowe za wszelką cenę chcieliby kontynuować wojnę, jednocześnie wykazują się mniejszą wiarą w utrzymanie czy odzyskanie przez Ukrainę terytorium.
Wniosek z tego taki, iż burżuazja, w tym „pseudolewica”, chcąc kontynuacji wojny, a nie wierząc w zwycięstwo, trzęsie się jak zwykle w trosce o własny interes, zgodnie z propagandowym lejtmotywem o „Ukrainie walczącej za nas”, któremu uległa — i tego interesu ma bronić ukraiński poborowy, którego nie stać na wykupienie się od mobilizacji, walczący o przegraną sprawę, ale oddalający, według tej logiki, wojnę od polskich granic. Oczywiście uprzywilejowani w razie rozlania konfliktu na Polskę, gdy nadwiślańska biedota ruszy na front i tak wyjadą do przysłowiowej Hiszpani, ale jednak interesy i nieruchomości będą musieli zostawić, a to zawsze jakaś niedogodność.
Po wybuchu wojny nastała inflacja słów. Powiedzieć można wszystko. W dobrym tonie stało się porównywanie Putina do Hitlera, zaczęto mówić o ludobójstwie na Ukrainie, i tak dalej. Przestrzegałem wówczas wzmożonych: kiedy stanie się to naprawdę, gdzieś, kiedyś, zabraknie słów. Miałem naiwną nadzieję, iż moje ostrzeżenia nie znajdą szybkiego potwierdzenia. W kolejnym roku rzeź Gazy obróciła ją wniwecz. I choćby jeżeli w reakcji na izraelskie ludobójstwo polska lewica zachowała się przyzwoicie, słowa, w obliczu tego największego dotychczas aktu barbarzyństwa XXI wieku, nie wybrzmiewają już tak donośnie, jak powinny. A jeżeli „lewica” postulowała tam zawieszenie broni, dlaczego nie chce go na Ukrainie? Jeśli, potępiając Izrael, wije się i tłumaczy, iż nie jest antysemicka, dlaczego Rosjan traktuje jak robactwo? Albo inaczej: skoro wyrzuciła rosyjską kulturę na śmietnisko, dlaczego nie zrobiła tego z kulturą żydowską? Dlaczego nie dostrzega, iż Gaza i Ukraina to dwa fronty imperializmu, naiwnie wierząc, iż unurzany we krwi Palestyńczyków Zachód na Ukrainie realizuje szlachetną misję?
Dlaczego „lewica”, uważająca, aby nie użyć nie takiego zaimka osobowego, żeby przypadkiem kogoś nie urazić, mówi o „kacapach”? Dlaczego popiera najbardziej agresywny sojusz militarny naszych czasów, Pakt Północnoatlantycki? Dlaczego, na pokaz walcząc ze stereotypami, wyśmiewa „głupiego Wanię kradnącego kible” z ukraińskiej propagandy? Dlaczego, ostentacyjnie pochylając się nad nierównościami społecznymi, rechocze z „ruskich srających za stodołą”? Dlaczego moi starzy znajomi przestali wrzucać na profile fejsbukowe „Do prostego człowieka” Tuwima? Dlaczego Razemici przestali upamiętniać Różę Luksemburg? Dlaczego pokój przestał być dla nich wartością? Dlaczego udają, iż nie widzą banderyzmu? Dlaczego, co roku przytomnie opisując bezsens Powstania Warszawskiego, w romantycznym, autodestrukcyjnym amoku pędzą ku katastrofie, zabierając nas wszystkich ze sobą wbrew naszej woli? Dlaczego idee wyrzucili na śmietnik i udają, iż nic się nie stało?
Najlepszą antywojenną lieraturę piękną tworzyli autorzy pochodzący z samego jądra nazistowskiego zła: Erich Maria Remarque, Bernhard Kellermann, Arnold Zweig, Hans Fallada.
Ale „każdy umiera w samotności”.
***
Kto zna polską duszę, ten wie, iż Polacy zapalają się gwałtownie, ale równie gwałtownie gasną, a do tego cechują się przekorą. W końcu więc wypaliło się paliwo proukraińskiego szaleństwa, oczywiście nie w elektoracie pseudolewu, ale nie znęcajmy się już nad nim. Jak tłumaczą ten zwrot oderwane elity medialno-polityczne, a za nimi ci, którzy brną w zacietrzewieniu dalej? Oczywiście wpływem rosyjskiej propagandy i dezinformacji. Powinniśmy się obrazić na tupet stawiających tę diagnozę, którzy implicite przyznają w niej, iż uważają nas za plastyczną masę do urobienia: według niej jako społeczeństwo nie mieliśmy prawa zmienić perspektywy, używając własnego rozumu, a zrobić to mogliśmy jedynie pod wpływem podszeptów wrażej Moskwy. W ten sposób propaganda obnaża swój stosunek do nas jako do stada bezwolnych głupców. Klasa pracująca, ponosząca ciężar finansowy polskiego zaangażowania w wojnę, nie mogła przecież sama wyciągnąć wniosków. Musiała naczytać się „ruskich botów”. Ja też jestem „ruskim botem”, demaskowano mnie nie raz.
„(…) jeżeli wszyscy inni przyjmą kłamstwo narzucone przez Partię — jeżeli ta sama opowieść zostanie zapisana we wszystkich archiwach — wtedy kłamstwo przejdzie do historii i stanie się prawdą. <<Kto kontroluje przeszłość>>, głosiło jedno z haseł Partii, <<kontroluje przyszłość; kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość>>. A jednocześnie przeszłość, choć z natury zmienna, nigdy nie ulegała zmianie. Co stanowiło prawdę obecnie, stanowiło ją przez całą wieczność. Zasada była bardzo prosta i wymagała jedynie ciągłych zwycięstw nad własną pamięcią. Nazywano to <<regulowaniem rzeczywistości>>, a w nowomowie <<dwójmyśleniem>> (…)” — George Orwell, „Rok 1984″.
Rosja jest słaba i przegra wojnę. Jednocześnie jest groźna i jutro napadnie na NATO. Obrońcy Wyspy Węży zginęli, a potem zostali odznaczeni przez Zełenskiego. Rosjanie atakują elektrownię, którą sami kontrolują. To rosyjska rakieta zabiła w Przewodowie dwóch Polaków, ale ukraińskie wojska wystrzeliły ją przez pomyłkę. To rosyjski dron zniszczył dom w Wyrykach, jak grzmiał, ośmieszając Polskę, Marcin Bosacki na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, a jednak był to pocisk wystrzelony przez nasz myśliwiec. Nikt inny oprócz Rosji nie miał interesu w zniszczeniu gazociągów Nord Stream, ale Ukrainiec, który tego dokonał, nie jest terrorystą, tylko bohaterem. O Wołyniu pamiętają jedynie „onuce”, nie wolno rozpamiętywać przeszłości, żyć historią, bo Ukraina walczy z naszym odwiecznym wrogiem odpowiedzialnym za Sybir i Katyń. Na Ukrainie nie ma banderyzmu, ale jest on skierowany przeciw Rosjanom, nigdy przeciw Polakom. Jeszcze w 2022 roku ukułem sentencję: śledźcie dezinformację „ruskich onuc”, aby dowiedzieć się, jakie informacje przekażą wam media głównego nurtu za kilka miesięcy lub kilka lat po wojnie.
Prawda jest płynna jak ruchome piaski i trzeba uważać, aby nie ugrzęznąć w pułapkach propagandy, a może się to przytrafić każdemu. Stawiać kroki uważnie i zadawać sobie pytanie: czy ja sam nieświadomie nie stałem się rozsadnikiem „ruskiej” dezinformacji? Nieumyślność nie jest okolicznością łagodzącą. Wypełniać nas powinna kalwińska bojaźń przed predestynacją do potępienia. Nikt nie jest bezpieczny. W pisowcach, którzy deklarują się jako słudzy Ukrainy, prorosyjskość odnajdą peowcy, a w peowcach, którzy przykazanie nowe dali nam, abyśmy stali przy Ukrainie „bez żadnego ale”, pisowcy. W altlewowym redaktorze, który postuluje naloty dywanowe na Moskwę, liblewowy zawodowy antyfaszysta ślepy na banderyzm, autor paszkwilu doszukującego się rosyjskiej partii w Polsce — i na odwrót. Koncepcja sześciu stopni oddalenia zakłada, iż każdego człowieka na świecie od dowolnego innego oddziela maksymalnie sześć ogniw znajomości. Wszyscy jesteśmy winni, bo każdy zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna Ławrowa i Putina. Nie brakuje nad Wisłą szarlatanów, którzy na tropieniu takich zależności zbijają kapitał ani rzesz naiwnych, traktujących ich poważnie.
Ksenofobiczne określenie „ruski” spowszedniało, używają go publicznie politycy, dziennikarze, tak zwani „eksperci”. Można nim szastać na prawo i lewo, byle nie w odniesieniu do pierogów. Kontrowersje budzi zwyczajny reportaż z Kaliningradu, pokazujący, iż Rosjanie to też ludzie, jak my. Ktoś trafnie zauważył, iż najbardziej oburzonych nim Polaków rozjuszyło to, iż pokazał on, iż Rosjanie w odróżnieniu od nich nie pałają nienawiścią. W kraju, w którym, jak pisał profesor Łagowski, symbole pożerają rzeczywistość, ukazanie prozaicznej prawdy jest nieakceptowalnym aktem odwagi. Jednostronne zamknięcie granic pomogło stworzyć iluzoryczny obraz Rosji. Wiernikowska ośmieliła się złamać konsensus zakłamania i nie wzięła udziału w seansie dwóch minut nienawiści.
Na początku wojny pracownicy polskich mediów zaczęli nadużywać słowa „okupant”. W języku polskim słowo to oznacza najeźdźcę, który podbił terytorium i wprowadził na nim swoją administrację. W języku ukraińskim także agresora, któremu jeszcze się to nie udało. Pracownicy polskich mediów, stając się pasem transmisyjnym ukraińskiej propagandy, zaliczyli wówczas upadek nie tylko moralny, ideowy i warsztatowy, ale choćby na poziomie translatorskim, maszynowo używając błędnych tłumaczeń zawierających koślawą kalkę językową. Dziś te środowiska mieszają z błotem reportażystkę, która po prostu kręci materiał. Bo w ich pracy od dawna nie idzie o prawdę, a o rząd dusz. Jak po latach fałszowania przekazu dziennikarz miałby przyznać, iż manipulował? I po drugiej stronie jak, po latach poddawania się kłamstwom, bezkrytyczny odbiorca tych treści miałby przyznać, iż trwał w wierze w oszustwo?
Najważniejszym przykazaniem propagandy jest ten o esencjonalnej agresywności Rosji. Stąd gwałtownie i bezwzględnie ucisza się wszelkie analizy rzeczywistych przyczyn wojny, które w najbardziej lapidarny sposób wyraził papież Franciszek. Za słowa o szczekaniu NATO u bram Rosji dostało mu się i od polskich katolików, którzy zapomnieli nauki swojego Boga, i od bezbożników, którzy krytykują Kościół za historię krucjat, a których Franciszek rozjuszył tym, iż kolejnej krucjaty nie ogłosił.
Dla propagandy ważne są mgliste pojęcia-wytrychy, które nie znaczą nic i jednocześnie znaczyć mogą wszystko: wojna hybrydowa i kognitywna czy dezinformacja. Na froncie walki z nimi dzielnie działają tak zwani faktczekerzy, obdarzani hojnymi grantami. Nigdy nie demaskują takich egzemplifikacji dezinformacji, jak opowieści o babuszkach strącających drony ogórkami czy o Wyspie Węży; niewinne antyrosyjskie i proukraińskie kłamstewka nie są warte ich zachodu. Rzekoma walka z dezinformacją jest narzędziem cenzury. A także propagandy, jak wtedy, gdy rzekomo obnaża rosyjską narrację, ale informacje dobiera selektywnie, na przykład rozgłaszając, iż ukraińscy żołnierze w szpitalu w Stalowej Woli nie mieli pierwszeństwa przed polskimi pacjentami, ale nie zauważając istoty problemu, czyli tego, iż za ich leczenie zapłaciło polskie MON, a choćby nie wciskając się w kolejkę, zajmowali czas lekarzy. Albo wtedy, gdy faktczekerzy podają wyliczenia, iż Ukraińcy więcej środków wpłacili w składkach do NFZ-u niż wykorzystali, ale pomijają milczeniem ich przywilej prawa do opieki medycznej, gdy nie opłacają ich wcale, jakiego pozbawieni są obywatele polscy i przedstawiając owe wyliczenia w taki sposób, aby stworzyć mylne wrażenie, iż Polska nie tylko nie finansuje wojny gigantycznymi kwotami, ale jeszcze na niej zarabia. W ten sposób pod płaszczykiem walki z dezinformacją kanalizowane są słuszne manifestacje protestu społecznego, a ich wyraziciele piętnowani jako „ruskie onuce” i naiwni „foliarze”.
Wyniki testów przeprowadzonych na potrzeby raportu Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej — Państwowego Instytutu Badawczego (NASK) „Bezpieczne wybory. Badanie opinii o (dez)informacji w sieci” z 2019 roku pokazały, iż tylko 4,5% badanych Polaków potrafiło odróżnić fakty od opinii. Społeczeństwo o tak niskich kompetencjach w tej materii jest dla władzy łatwym celem w jej zakusach powolnego wprowadzania cenzury pod szyldem walki z dezinformacją, zwłaszcza przy jednoczesnym budowaniu atmosfery strachu.
Podejrzana jest dziś już zdrowa nieufność wobec oświadczeń rządu. Zasada domniemania niewinności odchodzi w niebyt, a prawomocne wyroki niezawisłych sądów stały się niepotrzebną fanaberią. Jeśli, na przykład, wielokrotnie skompromitowana władza, nie przedstawiając cienia dowodu, rozkazuje wierzyć w rosyjski sabotaż na kolei na Lubelszczyźnie, mamy obowiązek weń uwierzyć. Zapędy inkwizytorskie stają się coraz śmielsze, a ich twarzą został — może dobrze, iż nieszczególnie bystry — wicepremier Krzysztof Gawkowski. Po nadwyżkę behawioralną opisywaną przez Shoshanę Zuboff w „Wieku kapitalizmu inwigilacji” sięgają już coraz chętniej nie tylko wielkie korporacje, ale i aparat władzy. Widzimy, jak groźne są te tendencje, będąc świadkami ludobójczych eksperymentów przeprowadzanych przez Izrael w, jak to określił Antony Loewenstein, laboratorium Palestyna. Zarządzając strachem, w reakcji obronnej na własne procesy gnilne, kraje demoliberalnego Zachodu konsekwentnie ograniczają nasze prawa w ramach Agambenowskiego permanentnego stanu wyjątkowego. Komisja Europejska skazuje wolnomyślicieli i dysydentów na cywilną śmierć; analityk Jacques Baud został wyjęty poza nawias społeczeństwa. Co dzieje się dziś w centrum Borrellowskiego Ogrodu, jutro będzie codziennością zachłyśniętej Unią Europejską Polski.
***
W akcie protestu wobec zaciskania nam na szyjach pętli i wciskania w gardła knebli — oczywiście dla naszego dobra — musimy być jak Dzikus z Huxleyowskiego „Nowego Wspaniałego Świata”, domagający się prawa do bycia nieszczęśliwym, do starzenia się, brzydnięcia, impotencji, syfilisu, raka i niewysłowionego bólu wszelkiego rodzaju.
I prawa do własnej opinii.
Bowiem widmo krąży po Europie — widmo totalitaryzmu.

1 dzień temu


