Upadek Muru Berlińskiego miał oznaczać koniec historii i powszechną szczęśliwość całego świata otulonego w demokratyczno-liberalny puszysty pled. Tak wyobrażali sobie ów stan idealiści oraz ludzie mainstreamu na czele z twórcą tej ahistorycznej i, jak dziś widzimy, absolutnie nierealnej tezy, Francisem Fukuyamą. Sam Autor rakiem i po cichu wycofał się z tej niegodnej poważnego dyskursu publicznego kretyńskiej teorii świadom, iż była to intelektualnie najbardziej szkodliwa wizja świata, jaka zawładnęła umysłami, a swym toksycznym oddechem zakaziła sporą część euroatlantyckiej świadomości. Tak mainstreamu jak i mas.
Pustki być nie może i nigdy nie będzie. Porządek pojałtański wraz z rozpadem ZSRR i upadkiem zbalansowanego, uporządkowanego świata trwającego przez 45 lat po II wojnie światowej owocował brakiem konfliktów zbrojnych i wybuchów waśni pociągających śmierć i zniszczenia na Starym Kontynencie. Naiwność intelektualistów demo-liberalnej proweniencji polegała na tym, iż własne, bezmyślne i nieracjonalne „chciejstwa” przyjęli za realną rzeczywistość. A była to wyłącznie sfera ich własnych marzeń, oczekiwań, nadziei często podpartych finansowym wsparciem środowisk zagranicznych mających w destrukcji pojałtańskiego porządku określony interes. Burząc, nie proponując w zamian nic konkretnego i stabilizującego porządek społeczny, stworzono sytuację doskonale zdiagnozowana przez Naomi Klein w „Doktrynie Szoku” tylko w skali makro.
Nacjonalizmy i fundamentalizmy różnej maści, przede wszystkim proweniencji religijnej, musiały więc wybuchnąć. Uśmiechnięty świat demokracji, liberalizmu, wiecznej zabawy, skoncentrowany na szczęściu zogniskowanym wyłącznie na zarabianiu i wydawaniu pieniędzy, szczebioczący o możliwościach konsumpcji, która prowadzić musi do sytuacji jak w filmie „Wielkie żarcie”, doprowadziła do tego wybuchu. W świecie mnożących się gigantycznych stratyfikacji społecznych, upadlającym i dehumanizującym coraz to nowe rzesze ludzi, powstająca hierarchizacja oraz załamywanie się kolejnych kolorowych snów o powszechnej szczęśliwości z racji upadku komunizmu jedynie wzmagać musiały te tendencje. Zwłaszcza, iż w wielu wypadkach sam ten uśmiechnięty i kolorowy świat hodował, nieświadomie, z głupoty i ignorancji takie trendy i ruchy, igrając tym samy z ogniem religijnego fundamentalizmu. Mniemanie, iż destrukcja porządku pojałtańskiego sama z siebie urodzi powszechną szczęśliwość, świat spokoju, wzajemnej platonicznej politycznie rozumianej miłości było nie tyle naiwnością, co skrajnie polityczną ignorancją. Dziś widać jak ci wszyscy ślepi i głusi, nie rozumiejący historii i tzw. „znaków czasu” się głęboko mylili. Po prostu Zachód zachłysnął się tonami i poetyką swojego głosu z początku lat 90.XX w.. Uznał siebie za ostatecznego zwycięzcę nie tylko w wersji ideologicznej, ale i kulturowej, filozoficznej, tożsamościowej, estetycznej etc.
Nacjonalizm wraz z religią, które idą pod rękę w każdym kontrrewolucyjnym przesłaniu, szczególnie w ujęciu fundamentalistycznym znalazły tym samym żyzne pole dla wzrostu i oddziaływania. I nie jest tak, iż eskalacja takich trendów powodowana była i jest zamrożeniem ich przez tzw. komunizm. Może w Europie wschodniej i środkowej tak było, choć nie do końca. ale w takim razie dlaczego te ruchy i tendencje obserwowane są współcześnie w Europie Zach. czy USA, których ten ustrój nie dotknął ? Otóż warunki ekonomiczne, które rozbiegają się coraz bardziej od świetlanych wizji lat 90. uśmiechniętego mainstreamu i reklamowej sieczki sączonej permanentnie z obrazkowych, teflonowych na rzeczywistość mediów są ich genezą. A trzeba sobie powiedzieć jasno, iż tzw. reformy dające początek neoliberalizmowi, zaordynowane w krajach anglosaskich (Thatcher i Reagan) były kontrrewolucją w sferze gospodarczej i ekonomicznej. Potem to myślenie skolonizowało wszelkie przestrzenie ludzkiej działalności na całym świecie. Łącznie z myśleniem i stosunkami interpersonalnymi. A nadmiar emocji towarzyszący tym zjawiskom, promowanym przez media w każdej sferze życia, dodatkowo powoduje wzrost fanatyzmu, fundamentalizmu, zaślepienia i wiary wyłącznie w swoje, plemiennie rozumiane wartości. Widać to wyraźnie gdy śledzimy narrację wokół konfliktów w b. Jugosławii, agresji Zachodu na Afganistan, Irak, Libię, Syrię. Dziś są Ukraina i Iran. Biało-czarny wizerunek przyjęty we wspomnianych konfliktach – my to ci dobrzy, druga strona absolutnie zła i godna potępienia – jest typowo fundamentalistycznym, antydemokratycznym i nieracjonalnym sposobem prowadzenia dyskursu publicznego. I wiele ruchów do niedawna uchodzących za progresywne i postępowe, o rodowodzie oświeceniowym stało się fanatycznymi jaczejkami o religijnym formacie wyznającymi dewizę „moje jest mojsze”.
I dlatego zewsząd odzywają się głosy płynące z kolejnych stron o dążeniach do „wielkości”, bo tak można ją publicznie i politycznie zamanifestować, podkreślając swą tożsamościową supremację, zgodną zresztą z klasycznie rozumianą grą rynkową. Konkurencja w tak rozumianym życiu musi kreować zwycięzców i pokonanych. Słyszymy o Wielkim Izraelu od Nilu do Eufratu, Wielkiej Albanii zajmującej sąsiednie terytoria Macedonii północnej, greckiego Epiru, połowę Czarnogóry i serbski Sandżak. To stąd co chwila pojawiają się koncepcje Ukrainy od Wołgi i M. Kaspijskiego, z Kubaniem po Wisłok i z Chełmszczyznę, a na Węgrzech tęsknoty za granicami sprzed układu z Trianon. Dziś polskie resentymenty do Lwowa i Wilna z lekka przycichły, co nie oznacza jednak, iż nie wrócą w razie innego rozdania politycznego w Europie.
Wojna na Ukrainie oraz wokół Zatoki Perskiej, (a w tle czają się inne choćby na Bałkanach, bo tam rozdanie nie zostało zakończone skandalicznym i niezgodnym z wcześniejszymi traktatami), powstanie Kosowa, o czym mówił ostatnio prezydent Serbii Vučič, są nie tylko emanacją wszechstronnego uwiądu roli hegemona, jakim do tej pory była Ameryka. Dodatkowym elementem tych konfliktów, jest to, iż rządzące elity wykorzystują nacjonalizm i towarzyszące mu „parcie do wielkości” do skanalizowania rosnącego niezadowolenia mas z pogarszających się warunków oraz jakości życia, rosnącego braku egzystencjalnego bezpieczeństwa i wzmagającego się chaosu. Militaryzacja i wojna zawsze były katalizatorem takich niezadowoleń.
By ludzkość nie pogrążyła się w hobbsowskiej „wojnie wszystkich ze wszystkimi”, absolutnym chaosie i totalnie nieprzewidywalnej anarchii należy wynegocjować w ramach dyplomatycznych kontaktów i układów nowy, jak to miało miejsce po II światowej, ład międzynarodowy. Taki by zapewniał poczucie bezpieczeństwa wszystkim na zasadzie równości, sprawiedliwości i szacunku do interlokutora. Bez odwołań do upokorzenia, podziału, zniszczenia i „wdeptania w błoto|”. Ale do tego trzeba porzucić wszelkie sny o wielkości oraz odejść od toksycznej idei, jaką cywilizację zachodnią poraziła biblijna koncepcja, narodu wybranego.

20 godzin temu




