Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Rosji od lutego 2022, trafiam na moment, w którym państwo rosyjskie demonstruje swoją słabość, którą na wierzch wyciągnęła wojna na Ukrainie.
Tak było z mobilizacja jesienią 2022 roku, tak było z korupcją w ministerstwie obrony, tak było, gdy pojawiły się pierwsze pytania kiedy wreszcie i jak Rosja chce zakończyć tę wojnę. Tak jest i teraz. Ostatnie miesiące to kompromitujące rosyjską obronę przeciwlotniczą uderzenia ukraińskich rakiet w infrastrukturę paliwową i zbrojeniową Rosji. I to daleko za linia frontu – 1000 – 1500 kilometrów w głąb lądu. Co kilka dni wybrzmiewały komunikaty, w jakiej kolejnej wielkiej rafinerii idzie z dymem setki tysięcy ton paliwa. Albo jaka kolejna ważna fabryka zbrojeniowa zamieniła się w stertę gruzów. Jak policzyły amerykańskie media, od początku roku Rosja przyjęła 194 uderzenia w infrastrukturę. Dotkliwe.
Drzewo przyjaźni rosyjsko-amerykańskiej i tablica poświęcona spotkaniu na Łabie 25.04.1945Niedawno media zostały poinformowane przez dyrektora Rosyjskiego Związku Przemysłowców i Przedsiębiorców Aleksandra Szochina, iż rosyjskie firmy „omawiają z władzami stworzenie systemu wykrywania i obrony przed atakami dronów na zakłady przemysłowe”. Naprawdę? Od roku ukraińskie drony walą w rosyjskie zakłady jak w bęben, zamieniają je w gruzy lub popioły, a dopiero teraz przedsiębiorcy „omawiają” z władzami ten problem. Nie ma lepszego dowodu na nieruchawość rosyjskiej biurokracji i słabość rosyjskiego państwa.
Na parę dni przed moim przyjazdem uderzono w rafinerię na obrzeżach Petersburga, akurat podczas trwania Petersburskiego Forum Ekonomicznego. Dymy z płonących zbiorników widoczne były doskonale z hotelu, w którym mieszkała część delegatów. Wizerunkowo wyglądało to fatalnie, tym bardziej, iż Rosja chciała pokazać tym wydarzeniem fiasko prób swojej izolacji w świecie. I to się akurat udało. Tylko ten ciężki, czarny dym nad miastem…
Przedtem jeszcze Zełenskiego dekret „zezwalający” Rosji na przeprowadzenie w rocznicę zwycięstwa nad faszyzmem defilady. To zawstydzający policzek dla Rosji. Która zresztą, ku wściekłości obywateli, jakby podporządkowując się Zełenskiemu, ograniczyła tę defiladę jedynie do przemarszu pododdziałów pieszych. I takich splunięć w twarz było od początku roku mnóstwo.
A Rosja milczy.
Nawet nie to, iż milczy. To byłoby łatwiejsze do zniesienia przez opinię publiczną. Ale kolejne uderzenia zalewano potokiem słów, gróźb, uprzedzeń, patriotycznymi frazesami lub zwykłymi kłamstwami. Poza słowami nie działo się jednak prawie nic. Cierpliwość Rosjan doszła do granic.
***
A przecież, gdy jadę przez miasto z lotniska do hotelu, wojny nie ma. Ulice Moskwy pełne ludzi, piękna pogoda, tętniące życiem nowoczesne miasto, na każdym kroku jakieś kulturalne wydarzenia, grające zespoły, ogródki lokali gastronomicznych na ulicach, turyści. To jeden świat.
„Tu nie strzelają, a tam, jak przedtem, toczy się wojna” – przyczepiły się do mnie słowa piosenki z dalekiej sprzed lat wojny w Afganistanie. Analogii jest zresztą więcej.
Bo pozostało drugi świat. Wystarczy ruch kciuka na pilocie hotelowego telewizora. Ale ostrożnie: tutaj te dwa światy koegzystują zupełnie bez przeszkód. Klik! I widzimy kadry z pierwszej linii. Bomba, wybuch, twarz żołnierza, zburzone domy, płonące czołgi, ranni, płaczące kobiety, zwłoki przykryte tkaniną… Klik! I przenosimy się na słoneczną ulicę Nikolską w centrum Moskwy, dochodzącą do Placu Czerwonego. Pod dźwięk dzwonów z położonego przy tej ulicy klasztoru, znanej atrakcji turystycznej, na ułożonej tartanowej ścieżce realizowane są wyścigi na 60 m ppł., potem na 60 m, ułożone tylko trzy tory, co jest kompletnie bez sportowego sensu, bo żadne wyniki nie mogą być oficjalnie uznane. Biegną wielkie gwiazdy międzynarodowej lekkoatletyki. Na tej dróżce, niemal ocierając się o tłum spoconych ludzi, mkną sportowcy, potem udzielają wywiadów przed kamerami największych telewizji rosyjskich, tłumy wiwatują. Potem startują celebryci, robią po drodze pompki, idą 60 m na rękach, tyłem, kręcą salta, ludność szaleje ze szczęścia, zaśmiewając się z widowiska. Jakiś obłęd… W tle wciąż widać Kreml, wciąż przecież cel dla ukraińskich pocisków i rakiet. Potem klik! Znowu lektor cedzi stalowe słowa o atakach i sukcesach, poległych wrogach i zwycięstwach. Klik! I film o miłości czy Masza i Niedźwiedź, już nie pamiętam. Przekładaniec absurdu. Można wybrać co chcesz: wojnę albo błazenadę. Wybieraj! Żyj jak chcesz, Rosja troszczy się o twoje prawo wyboru. Możesz o wojnie wiedzieć, możesz też jej nie dopuszczać do świadomości.
Ten pomysł na prowadzenie wojny właśnie się skończył.
Bo oto nagle okazało się, iż umowa z obywatelami przestała działać tak, jak sobie wyobraziły władze, gdy ten konflikt zaczynały. Miało być tak, iż obywatele żyją, pracują, płacą podatki i zachwycają się władzą, a opłaceni ciężkimi pieniędzmi żołnierze walczą o interesy Rosji na Ukrainie. Giną, są ranni, ale wszak za to im jest płacone, więc o co chodzi? Minęło prawie pięć lat i okazało się, iż społeczeństwo nie chce już słyszeć o żadnych walkach, ranach, śmierci, patriotycznym obowiązku. Wyrzuca to ze świadomości. Nie wszyscy, ale na pewno jego znaczna część. Na tyle znaczna, iż zaczyna mieć wpływ na notowania sondaży i postrzeganie samej wojny. Zwłaszcza teraz, kiedy wojna, o której wiedzieć nie chcą, przyszła do nich z wszelkimi jej atrybutami: wybuchami, nocnymi alarmami, szukaniem schronu, zagrożeniem życia. Ludzie zaczynają wtedy pytać, a czasem, co gorsza, sarkać. Niebezpieczna sprawa.
***
Siedzimy w przepięknym Jarosławiu w grupie dziennikarzy i miejscowych działaczy samorządowych. Widok na Wołgę wart jest wszystkich pieniędzy, smak potraw i krymskiego rieslinga też. Kolega podsuwa mi pod nos swój telefon z SMS-em: „Zagrożenie dronami w rejonie Iwanowskim (to 90 km od centrum miasta do granicy obwodu). Zachowajcie spokój, przy pojawieniu się drona znajdźcie bezpieczne schronienie. Tel. 112”
– Tak niemal codziennie – mówi
– Wiem – odpowiadam. – Niedawno przecież trafili rafinerię pod waszym miastem.
Koledzy przerzucają się spojrzeniami. Kłamać nieładnie, a przytaknąć nie chcą
– nnnooo, coś tam było, ale takie niezbyt duże. – odpowiada ktoś, nie patrząc mi w oczy.
Za kilka dni, gdy już wróciłem do Moskwy, dzwonię do jednego z nich.
– Trafili was znowu…
Teraz mówi bez wahania i z emocją w głosie;
– Tak, w całym mieście pada kwaśny deszcz. Tego już choćby miejscowy gubernator nie jest w stanie przemilczeć. Niedobrze.
Nie potrzebuję od niego potwierdzenia. Rosyjskie media dudnią o kwaśnym deszczu i trafieniu rafinerii pod Jarosławiem. Kolejnym. Nie tylko tutaj. Kolejne dni, kolejne miasta, Krym niemal codziennie spowity dymem. Benzyna najpierw była na kartki, potem tylko dla samochodów służb ratunkowych, wreszcie w ogóle zamknięto stacje. Przerwy w dostawie wody, wyłączenia prądu. Coraz częstsze, coraz bardziej dotkliwe.
– Przegrywacie – powiedziałem wtedy w Jarosławiu
– Tak. Ale nie przegramy, jeżeli o to ci chodzi – odpowiada Irina – Prędzej czy później znajdziemy odpowiedź na przewagę dronów. Na lądzie idziemy do przodu. To minie.
Pewnie tak. Pytanie tylko kiedy i za jaką cenę.
JarosławKolejne informacje o przyjmowanych przez Rosję ciosach bez mocnej odpowiedzi odbijają się na nastrojach. Choć wciąż wysoko, to jednak ocena Putina stale spada (od grudnia o 10 proc.). Rośnie też odsetek obywateli przekonanych, iż sprawy kraju idą w złym kierunku (35 proc.). Padają już całkiem publicznie pytania, czemu armia rosyjska jest bezradna wobec dronów na froncie i wobec uderzeń w głąb kraju. Iwan Kamieniew z kanału „Sołowiow Live” po ostatnich, nader skutecznych atakach na Krym pytał, czy naprawdę od 2022 roku nie można było przewidzieć, iż Krym będzie celem kolejnych uderzeń? Czy nie można było umiejscowić składów paliwa pod ziemią lub w górach? Odpowiedzi na takie pytania wciąż nie ma.
Niedawno doskonały reżyser Nikita Michałkow na Petersburskim Forum Prawnym w emocjonalnym tonie mówił: ”Jeżeli nie zrozumiemy, iż nie jesteśmy nikomu potrzebni poza nami samymi, to przestaniemy istnieć (…) jeżeli nie zrozumiemy, iż nie może istnieć kraj, który toczy wojnę, gdzie jedni walczą i giną, a drudzy nie chcą o tej wojnie słyszeć”. Wspomniał Ławrowa, który powiedział, iż „znowu nas oszukali”. Michałkow też pytał się, kiedy Rosja zamierza reagować.
Uliczna wystawa poświęcona wyzwoleniu Europy przez Armię Czerwoną. Tu: wyzwolenie Krakowa***
Kilka dni potem zapytam korespondenta wojennego, który wrócił z frontu o nastroje wśród żołnierzy.
– Myślisz, iż są gotowi do protestu, czegoś w rodzaju buntu? Nic z tego. Drugiego Prigożyna nie będzie. Owszem, są wściekli na bierność polityków, na rozmiar strat i wyrażają to burzliwie i obelżywymi słowami pod adresem wszystkich bez wyjątku na szczytach władzy.
– Prigożyn miał przecież wiele racji, gdy mówił o korupcji, nieudolności, rozgrywkach personalnych…
– No miał. I co z tego? Gdy tylko zorganizował bunt i „marsz na Moskwę” natychmiast stracił niemal całe poparcie. Rosja takich rzeczy nie wybacza.
Istotne jest to, iż wszystko to, o czym mówił Prigożyn, gdy niewybrednymi słowy krytykował ówczesnego ministra obrony i szefa sztabu, wciąż istnieje. Mowa przede wszystkim o niesłychanej korupcji. Po odejściu Szojgu ze stanowiska ministra obrony, z zarzutami, w areszcie lub w więzieniu są niemal wszyscy jego zastępcy. Skala nadużyć jest niewyobrażalna, a niemal co tydzień media donoszą o kolejnym urzędniku resortu obrony, do którego zawitała policja. I co, ludzie mają uwierzyć, iż nic o tym nie wiedział? Siergiej Szojgu ma się znakomicie na stanowisku sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej.
– Kiedy po niego przyjdą, a przyjdą, zobaczysz – odstawia opróżniony kieliszek Igor – to dla niego byłoby lepiej, żeby z gabinetu wyprowadzili go sanitariusze, w kaftanie bezpieczeństwa, ze śliną kapiącą z kącika ust. Żeby okazało się, iż jest i był idiotą, bo tylko to usprawiedliwi go, gdy będzie się mówić, iż nie miał o niczym pojęcia. Bo o ile wyprowadzą go w kajdankach, co da podstawy do twierdzenia, iż wiedział, a może choćby budował i nadzorował cała tę misterną strukturę korupcji i złodziejstwa, to nie powinien nigdy wyjść z więzienia. A i to powinien wtedy dziękować Bogu, iż mamy moratorium na karę śmierci. Dawniej takich ludzi, którzy bogacili się na żołnierskich istnieniach, stawiali pod ścianę po przyspieszonym procesie.
– Skąd się wzięła ta banda skorumpowanych do cna oficerów?
– A to akurat jest bardzo proste. Dostawali pagony oficerskie w latach 90-tych. Wtedy armia była niczym innym jak kolejną i bardzo wydajną maszyną do robienia nieuczciwych pieniędzy. W niej funkcjonowali, awansowali, opłacali się wzajemnie, tworzyli sieci towarzyskich powiązań, ciągnęli jeden drugiego w górę, by na samym szczycie tworzyć tę stajnię Augiasza. Biełousow to próbuje czyścić, ale to niemal beznadziejna sprawa.
***
Na dodatek, jak opowiada mi znajomy oficer, kończą się zasoby ludzkie. Już nie ma, jak jeszcze niedawno, co miesiąc 15-20 tysięcy chętnych do podpisania suto opłacanych kontraktów. Do punktów werbunkowych zgłasza się o wiele mniej chętnych.
-Więzienia są niemal puste. Nie ma tam już przestępców skazanych na mniejsze kary np. za handel narkotykami. Teraz, gdy takiego złapią, choćby sprawa nie dochodzi do prokuratury. Stawiają przed delikwentem wybór: armia, niezłe pieniądze i czysta kartoteka. Jak zginiesz, rodzina dostanie pokaźną kasę. I jeszcze bohaterem będziesz. zwykle nie wahają się ani chwili.
– Będzie mobilizacja?
– Nie wiem. Może. Chyba, iż się przedtem dogadają.
Z kim mamy się dogadywać?, pyta przeciętny Rosjanin. I o czym? O pokoju? Z Ukrainą? Którą? Tej, o której Putin mówi „bratni naród” czy tej, o której czołowy rosyjski propagandysta Władimir Sołowiow wzywa do starcia jej z powierzchni ziemi?
Obok informacji o kolejnych stratach i trudnej sytuacji na froncie pojawiają się obrazki polityków rosyjskich, którzy ściskają sobie ręce z Amerykanami rozpływając się w uśmiechach. W tym czasie, kiedy amerykańskie Starlinki naprowadzają precyzyjnie ukraińskie drony lub brytyjskie rakiety na cele w Rosji.
Nagle w poważnych lub popularnych rosyjskich mediach pojawiły się nieoczekiwanie artykuły, w których mówi się o tym, iż Rosja powinna zmienić swoje podejście do celów wojennej operacji, które do tej pory były w ogóle poza dyskusją. W „Russia in Global Affairs” Wasilij Kaszin mówi wprost, iż Rosja jest za słaba, by osiągnąć cele swojej operacji wojskowej, Ukraina zaś osiągnęła przewagę technologiczną trudną do zwalczenia w najbliższym czasie. W „Moskiewskim Komsomolcu”, gazecie popularnej, choć nie nazbyt poważnej, Dmitrij Krasnow oznajmia, iż klęska Rosji w wojnie nie byłaby taka zła, ponieważ historia pokazuje, iż po każdej porażce Rosja odradzała się silniejsza.
To nowe tony w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej. Jakby ktoś sondował, jak opinia publiczna zareaguje na te wrzutki. Opinia zaś jest co najmniej zdezorientowana.
Widzi spotkanie prezydenta Rosji z żołnierzami, podoficerami i oficerami. Oglądałem je też.
Niemal wszystkie pytania, wystąpienia żołnierzy to wołanie o sprzęt, o techniczne możliwości odpierania ataków przeciwnika, na które nie mają sposobu, skargi na dotkliwość uderzeń. Putin w odpowiedzi uspokajał, przekonywał, zachęcał, iż już, już, mają opracowane, zostały wydane polecenia, ułatwienia, będą przełamane biurokratyczne bariery. Rosja ma urządzenia lepsze niż Starlink, ma sposoby na drony z AI, za chwilę będzie nowa broń, pracujemy nad zwiększeniem skali produkcji, jeszcze moment. Uderzamy i będziemy zwiększać siłę naszych uderzeń w odpowiedzi na ich uderzenia, w tym na uderzenia na cywilne obiekty. Będą kolejne techniczne rozwiązania, będziemy zwiększać produkcję.
A ja odnosiłem wrażenie, iż prezydent Rosji trochę bezradnie się tłumaczy, bo nie może odpowiedzieć konkretnie i jednoznacznie.
No dobrze, Rosja odbije się od dna, osiągnie sukcesy militarne i polityczne, pójdzie naprzód na Ukrainie, dotrze do granic Donbasu.
– I co dalej? – powtarza moje pytanie Aleksiej, który właśnie przyjechał z frontu. – To dobre pytanie, bo ja nie wiem. Co gorsze, sama Rosja chyba nie wie. Co mamy do zaproponowania ludziom, którzy nie odeszli z armia ukraińską, tylko czekali na nas, kryjąc się po piwnicach. I wreszcie jesteśmy. I co? To w znakomitej większości starcy, emeryci. Jest ich około 12 milionów. Wszystkich ich Rosja musi wziąć na utrzymanie – zapłacić rosyjskie emerytury, zapewnić opiekę lekarską. To nasz obowiązek. Tylko na to trzeba pieniędzy. Ten region, poza odbudowanym Mariupolem to księżycowy krajobraz. Ile miliardów rubli trzeba tu włożyć, żeby wróciło tu życie? I kto tu przyjedzie? Potrzebni są wysoko wykwalifikowani fachowcy. Skąd ich wziąć? Na razie przyjeżdżają imigranci: Tadżycy, Uzbecy, niechby choćby z rosyjskim obywatelstwem, ale jednak kulturowo obcy i z niskimi kwalifikacjami. Owszem są chętni rosyjscy fachowcy. Na Syberii. Tylko jak przyjadą tutaj, to tam powstanie wyrwa, której nie da się łatwo zapełnić. Trudna sprawa.
***
Pytanie, czy jest bliżej do końca tej wojny czy dalej, pozostaje bez odpowiedzi. Podobnie zresztą jak to, w jaki sposób Rosja chce ten krwawy konflikt zakończyć. Czy otworzyć nowy etap swojej historii czy tylko dostosować się do obecnej sytuacji, której zmienić nie potrafi?
– Rosja szuka sobie miejsca przy stole zwycięzców – mówi dziennikarz znanego tygodnika. Jeszcze niedawno deklarowaliśmy, iż chcemy ten stolik wywrócić, iż chcemy być jednym z akuszerów nowego świata. Nie chcemy już zatem wywracać stolika, nie chcemy proponować czegoś nowego, o czym jeszcze niedawno wspominano. To już się skończyło.
– Czy warto było zaczynać wojnę w 2022?
– Nie. Warto było nie kończyć w 2014 roku. Gdybyśmy wtedy interweniowali, nie byłoby dzisiaj tysięcy trupów.

3 dni temu





