Zombizacja jest nieodłącznie łączona z kulturą voodoo. Polega na tym, iż dany podmiot, pojęcie, osoba itd. wprowadza się w stan letargu przypominający śmierć. I tak ma się sprawa dziś z lewicą, czy dokładniej rzecz biorąc z tymi, którzy nazwę tę przywłaszczyli u używają jej prawem kaduka. Szaman, tu: neoliberalizm i rządzący liberałowie, do których lewica się bezrefleksyjnie przytuliła, od czasu do czasu, gdy jej potrzebuje, wykopuje ją z grobu i kontroluje jej otępiałe, bezwolne, bezkrytyczne, nakierowane wyłącznie na bezideowość i utylitarne sukcesy liderów, teatralne i kilka znaczące pozy i narrację. Z zombie nic się nie da zrobić. Trzeba go, niczym wiedźmę i czarownicę, unicestwić przebijając serce osinowym kołkiem. Lewica bezrefleksyjnie żyrując liberalną iluzję, która jest z wielu względów groźna i szkodliwa dla społeczeństwa nikomu nie jest potrzebna.
Geneza zombizacji lewicy tkwi dziś w utożsamianiu się jej z tzw. agendą socjaldemokratyczną obowiązującej od kongresu SPD w Bad Godesberg (1959). Może wtedy, na tamtym etapie rozwoju i sytuacji społeczno-politycznej, podjęte decyzje będące reformizmem, a w zasadzie wpisaniem się lewicy w struktury rządów kapitału, były zasadne, ale po prawie 8 dekadach jakie minęły od tamtego czasu zmieniło się wszystko. Sam kapitalizm jest diametralnie inny jako system, strukturalnie, a przede wszystkim pod względem koncentracji kapitału. Za tym idzie jego rosnąca, stanowiąca miażdżącą siłę wobec ludzi pracy najemnej, przewaga wobec pracy i państwa jako struktury mogącej zabezpieczać cywilizowane a nie XIX-wieczne, stosunki zatrudnienia. Tylko przejście na pozycje klasowego rozumienia, nieusuwalnego konfliktu praca vs kapitał, może stanowić jakąkolwiek receptę na sanację lewicy jako ruchu wiarygodnego i rzeczywiście reprezentującego świat pracy najemnej. Od jasnej, wyraźnej negacji bad-godesbergskiej agendy musiałaby się zacząć restauracja znaczenia lewicy. Jose Saramago, portugalski intelektualista, noblista i zwolennik radykalnej lewicy do końca życia, bolejąc nad „ruchem który w przeszłości reprezentował jedne z największych nadziei ludzkości, z czasem stracił rolę jaką odgrywał, dlatego, iż sprzedał się prawicy” doskonale pokazał, gdzie tkwią źródła owego głębokiego kryzysu.
Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, iż wartości i sposób rozumienia polityki wiązane z agendą socjaldemokratyczną ulegały procesowi zombizacji. W tym przypadku zombizacja oznacza proces auto-kastracji lewicy w ramach tej agendy czyli odarcia jej z samodzielności, z oryginalności, z powabu dla dążeń i marzeń dotychczasowego elektoratu (czyli ideowo-doktrynalnej bazy społecznego poparcia). Równocześnie postępowała uległość wobec właścicieli kapitału.
Prawdziwa lewica europejska, a w Polsce jest to szczególnie widoczne, gdyż jesteśmy na dodatek krajem peryferyjnym, gdzie oryginalność i niestereotypowość myślenia nigdy nie były i nie są w cenie, musi porzucić tę symbiozę z liberalizmem i liberałami. Gdyż właśnie ten sojusz, nie tylko doktrynalny ale przede wszystkim mentalny i ideowy, spowodował jej zombizację. W Polsce dochodzi jeszcze specyficzny charakter naszej kultury umysłowej, zwłaszcza w przedmiocie myślenia o ideach, gdyż jest ona przenicowana stęchłymi i odniesionymi do minionych wydarzeń fantazmatami i wyobrażeniami, których geneza tkwi głęboko w przeszłości. Dlatego zarówno elity jak i nasze społeczeństwo śnią, a nie kreują realność i przyszłość. Tzw. polscy lewicowcy też w tym toksycznym trendzie się uplasowali. Chodzi choćby o stosunek do wojny, militaryzmu, predylekcji do cenzury, bezkrytyczny eurocentryzm itd.
Agenda bad-godesbergska jest dziś jawnym chomątem dławiącym we wszystkich możliwych przestrzeniach próby odwrócenia schyłkowej tendencji uwiądu lewicy. Dzięki temu lewica stała się, jak o niej mówi się od czasów kanclerza Gerharda Schӧdera w Niemczech,: „Genosse der Bosse” (towarzysze bossów, w domyśle – kapitału). Chomąto liberałów jej zejście z tej drogi nigdy nie pozwoli. A właśnie walka o ideały klasycznie lewicowe, prospołeczne, humanistyczne i skierowane ku przyszłości ludzi pracy najemnej umożliwiały zawsze postęp, rozwój, wzrost gospodarczy z którego korzystali coraz liczniejsi, nie tylko predestynowani z racji urodzenia, posiadanej własności czy przynależności do elit.
Cała lewicę europejską, a polską na dodatek z racji niedoborów intelektualnych jej liderów, dławi właśnie syndrom „Genosse der Bosse”. Czy uśmiechnięci, zadowoleni, pewni siebie liderzy, odziani w markowe garnitury, chwalący się nadmorskimi posiadłościami w ciepłych krajach, komunikujący się z ludźmi pracy najemnej niczym infantylni celebryci i influenserzy bądź uczestnicy reklam zachwalający pastę do zębów, paramedykamenty medyczne, nakłaniający ludzi do zachłannego zakupizmu mogą wzbudzać jeszcze jakiekolwiek zaufanie ? Czy będąc częścią tego systemu, który upada, bo jest niewydolny i oderwany od rzeczywistości, z którym się totalnie zblatowali, są w stanie cokolwiek zmienić, przeprowadzić jakąkolwiek sanację, o zmianie paradygmatów i stworzeniu drogowskazów na przyszłość nie wspominając ? Absolutnie nie. Gdyż musieliby zniszczyć to w czym jest im wygodnie, w czym tkwią od dekad: docześnie i mentalnie. I dlatego jawią się tak absolutnie niewiarygodni będąc zzombizowanymi, przez to bezpłodnymi ideowo i politycznie.

23 godzin temu





