Trzy patriotyczne wzmożenia z jednym wyjątkiem

1 dzień temu

Letnie miesiące poczynając od 1 sierpnia aż do 17 września każdego roku przebiegają nad Wisłą, Odrą i Bugiem w klimacie silnego wzmożenia patriotyczno-narodowo-emocjonalnego z silniejszą niż zwykle dawką rusofobii. To ciąg 4 rocznic, z tego trzy obchodzone są bombastycznie, irracjonalnie i z typowym dla obecnej Polski zadęciem. Jedna jest tylko wspominana niemal wstydliwie. Najpierw jest rocznica zbrodniczej, nieukaranej decyzji rozpoczynającej Powstanie Warszawskie, następnie mamy 15 sierpnia i kult tzw. „cudu nad Wisłą”, by 1 września wspominać o ataku III Rzeszy na Polskę, ale wstydliwie i z lekkim zażenowaniem, bo to teraz nasi przyjaciele, sojusznicy i gospodarczy mecenasi, by 17 września powrócić do gromkiego obchodzenia rocznicy wkroczenia Armii Czerwonej na wschodnie tereny II RP. To w sumie 6 tygodni obchodów, akademii, tromtadrackich tekstów, wywiadów i debat w mediach różnej proweniencji. Wszystko podlane sosami cierpiętniczymi, lamentami o „zdradzeniu nas o świcie”, wiarołomstwie sąsiadów i sojuszników, jakby taka prawidłowość nie była istotą polityki, zwłaszcza gdy chodzi o relacje możnych i rozgrywających z tzw. „leszczami” geopolityki. Wszystko przesycone jadem rusofobii, powszechnej nienawiści do Rosji i tego co się wiążę z rosyjskością, ahistorycznym pojmowaniem dziejów i polityki, selektywnością i tak charakterystyczną dla nadwiślańskiego mainstreamu mega-hipokryzją. Oczywiście przy jednoczesnym zapewnianiu głośno o uniwersalności i humanizmie głoszonych zasad i wartości, o prawdzie, jaka jest tej aurze immanentna i etyczno-moralnych przewagach, które są temu społeczeństwu niezbywalne.

To wszystko, oprócz władz różnych szczebli kultywujących te rocznice w mniej bądź bardziej pokracznych formach, wzmacniają hałaśliwe, obcesowo prymitywne i nachalne w swych działaniach, eventy promowane w mediach „głównego ścieku” jako adekwatny głos narodu organizowane przez środowiska babć Kaś, Silnych Razem, Obywateli RP i ogólnie pojęte kodziarstwo. Do tego dochodzi jeszcze przenoszenie współczesnego rozumienie tamtych wydarzeń w opcji współczesnego pojmowania polityki i interesu państwa. Chyba iż robi się wyjątek wobec Ukrainy i jej rosnących sympatii faszystowsko-ludobójczych i admiracji nazizmu rodem z UPA/OUN. Mówią dziś wspólnym językiem o tym tak różni ludzie jak Żakowski, Ziemkiewicz i Ikonowicz.

Takie rozumienie polityki i przy tym historii na zasadzie „chciejstwa”, apriorycznych żądań z pozycji owego narodu wybranego, jakim siebie mianowaliśmy, gdzie wszystkiemu jest zawsze winna Moskwa, a Polak i nasz kraj są kryształowo i pomnikowo bezgrzeszne, to droga prowadząca do dehumanizacji interlokutora. A zabijanie i szkody czynione „Moskalowi” tylko naszą czystość potwierdzają, jak ostatnio objawił Karol Nawrocki. Nam wolno. Bo stąd wywodzą się Jan Paweł, Lech Wałęsa i „Solidarność” a to samo z siebie daje placet na dozgonną prawdę, czystość intencji i prawość czynów. Zresztą Matka Boska potwierdziła owo wybranie 15.08.1920 roku na polach bitwy warszawskiej.

To 6-ciotygodniowe wzmożenie patriotyczne zaprawione silnie rusofobicznym afrodyzjakiem, jakie rokrocznie przewala się przez nadwiślańskie media pomija tylko milczeniem niewygodne acz udokumentowane historycznie, źródła tych wydarzeń. Znajomość tych źródeł, jak zresztą wszystko w historii powszechnej pozwala spojrzeć na minione wydarzenia bez emocjonalnego zaangażowania. Ot, choćby Powstanie Warszawskie, dramat mieszkańców, tragedia zniszczenia i ludobójstwa ludności stolicy. Z wiadomych przyczyn nie wspomina się, z jakich narodowości rekrutowały się bataliony pomocnicze Wermachtu niszczące Warszawę i okrutnie mordujące jej mieszkańców. Bo oczywiście Ukraina dziś walczy za nas, właśnie ze wspomnianymi „Moskalami” i nie możemy jej przypominać niewygodnych kart ze wspólnych, sąsiedzkich dziejów, gdyż może ich to urazić i zdenerwować. I obruszą się pani Panczenko, pan Kowal czy były ambasador Bodnar. Nie przypominamy im także z tego tytułu, iż ich wynoszeni na cokoły pomników bohaterowie z UPA/OUN byli czystymi, jednoznacznymi nazistami. Tak z racji teoretycznych i doktrynalnych rozważań liderów jak i praktyki działania sympatyków i podwładnych. To są zasadnicze korzenie „rzezi wołyńskiej”.

Tu padną zaraz głosy wspomnianych „autorytetów” o polskiej kolonizacji Kresów z czasów II RP. Oczywiście jest to w jakimś sensie prawda, tak jak prześladowanie wyznań miejscowej ludności (prawosławnych i grekokatolików) przez ówczesne państwo polskie. Z tym, iż owa kolonizacja nie zaczęła się w momencie ogłoszenia niepodległości w 1918 r. Ten konflikt, o podłożu klasowym a nie narodowym, jak go widzieć chcą współcześni „znawcy”, ma wielowiekowe korzenie, sięgające czasów Unii Lubelskiej.

I wreszcie nieszczęsny w polsko-rosyjskich dziejach dzień 17.09.1939, Wkroczenie na tereny wschodniej Polski Armii Czerwonej w chwili, gdy II RP była atakowana przez III Rzeszę można traktować jako „pchnięcie nożem w plecy”. Nie ujmując etyczno-moralnych racji temu stwierdzeniu warto jednak pamiętać o 2-11.października 1938, kiedy to Polska uczestnicząc wspólnie z III Rzeszą w rozbiorze Czechosłowacji weszła na teren Śląska Cieszyńskiego włączając go w obszar II RP.

Etyka i moralność, o którą tak apeluje się i szermuje ich uzasadnieniami w polskiej przestrzeni publicznej nie mogą uznawać jakichkolwiek niedomówień.

Idź do oryginalnego materiału