Widmo Putina z twarzą wykrzywioną nienawiścią do wspaniałego narodu polskiego i z Oriesznikiem pod pachą. Putina, który już za chwileczkę, już za momencik nakaże swoim hordom uderzyć na Polskę! Na Warszawę, na Kraków, na Poznań, na Jasną Górę, na Licheń, na wschód, zachód, północ, południe i centrum. Uprasza się omijać Chobielin, bo to w połowie amerykańska własność.
Warto by powiadomić o zamiarze ataku prezydenta Federacji Rosyjskiej, bo najwidoczniej nie ma on bladego pojęcia, skoro jego wojska dalej tkwią na Ukrainie i to w ramach specjalnej operacji wojskowej, a nie wojny. Termin ma znaczenie w polityce. Po ogłoszeniu powszechnej mobilizacji przez Rosjan pisanie w tutejszych mediach o „pełnoskalowym konflikcie” wreszcie nabrałoby prawdziwości.
Czego nie wie Putin, wiedzą nasi rządzący.
Może poza dokładnym terminem ataku, bo Premier Tysiąclecia (po dodaniu kategorii nie byłoby to fałszywe twierdzenie) cyklicznie przedstawia nam kolejną, przybliżoną datę, tworząc w ten sposób nowe święto ruchome. Nie lękajmy się jednak, kochani, albowiem zastępczyni Polskiego Clausewitza, czyli Kosiniaka-Kamysza, niedawno oznajmiła, iż jesteśmy silni, zwarci i gotowi do wojny z Rosją. Nie wspomniała o oddaniu ani guzika, przez co niestety nie oddała dokładnie ducha polskiej mocarstwowości. Trudno. Błąd naprawił mój ulubiony minister w rządzie Tuska – Radek Ciężki Przypadek a.k.a Sikorski Radek. Ten geniusz wojskowości o twarzy późnego Himilsbacha zagrzewał do walki sojuszników twierdzeniem, iż Rosję pokonamy w sześć tygodni. 42 dni na zdobycie największego państwa świata, które ma więcej stref czasowych niż Radek sprawnych szarych komórek. Plus taki drobiazg jak broń atomową, sztamę z Koreą Północną i w miarę przyjazne stosunki z Chinami. Które to państwa też posiadają broń atomową.
Zapewne nie musimy martwić się sojusznikami, bo Talleyrand znad Wisły drogą dyplomatyczną doprowadzi do osamotnienia Rosji na arenie międzynarodowej i Putin zostanie sam. Te ponad 140 milionów mieszkańców się nie liczy. Bo to untermensche, którzy kradną czipy z ukraińskich pralek, żeby w ogóle móc prowadzić wojnę, piją na potęgę, a ich technologia wojskowa nie dorównuje naszej. Furda tam Oriesznik, Gerania, satelity. Tę wojnę wygramy!
Musimy ja wygrać, bo w przypadku przejścia do defensywy nie mamy jak chronić własnej ludności. Ostatnio RCB rozesłało alert mieszkańcom Dorohuska o konieczności ukrycia się. W okolicy nie ma ani jednego schronu i quasi-schronu. Co nie jest żadnym ewenementem, bo takowych nie ma w całej Polsce. Teoretycznie posiadamy 85 tysięcy obiektów służących do ochrony ludności, ale w przeważającej większości to nie są schrony, a „miejsca doraźnego schronienia”. prawdopodobnie w tę definicję radośnie wpisuje się komórka na węgiel.
Wojna musi więc być gwałtownie wygrana. Taki blitzkrieg na naszą miarę i prawdopodobnie z finałem oryginału. Wyobrażacie sobie, iż minister obrony Władeczek i głównodowodzący „Napoleon” Kukuła doprowadzą nas dalej niż do Koluszek? Wyobrazić można sobie wszystko, gorzej z realizacją.
Po co więc to oficjalne gadanie polityków o zagrożeniu egzystencjalnym?
Po pierwsze ludzie przestraszeni instynktownie zwracają się ku swoim władzom, traktując je jako gwaranta bezpieczeństwa. Sądziłem, iż to już nie zadziała w Polsce, ale poparcie rzędu 30% dla KO pokazuje, iż działa.
Po drugie wspólny wróg jednoczy pod sztandarem Jedynej Słusznej Władzy, której należy ufać bezgranicznie i nie zadawać pytań, bo to woda na młyn Putina.
Po trzecie w sytuacji zagrożenia mrozi się prawa obywatelskie. Najpierw zwycięstwo, a potem demokracja.
Po czwarte nie będzie wyborów. Jeszcze by wygrały partie „eurosceptyczne”, „prorosyjskie”, „skrajnie prawicowe” i na Kremlu będą strzelać korki od szampana. A dał przykład Zełenski jak długo można rządzić bez przeprowadzania wyborów. Wystarczy odrzucić dyplomację.
W ogóle pozostawianie decyzji o własnym losie narodowi to jest niepoważna i niepotrzebna sprawa. Tak wynika z komentarzy Oburzonych na wiadomość o wyniku islandzkiego referendum.
I o to tu chodzi – żeby utrzymywać nas w stanie strachu z powodów jak wyżej. Przecież choćby w rządzie Tuska nie wszyscy ministrowie są kompletnymi idiotami i zdają sobie sprawę z wyniku ewentualnego konfliktu zbrojnego.
Chyba, iż im na Polsce nie zależy, mają już przygotowane drogi ewakuacyjne i miejsca na nowe życie, lepsze życie. To świadczyłoby o skuteczności tych osobników. Jednak powódź, Ziobro, sto konkretów, ceny paliw wskazują na coś dokładnie odwrotnego.
Spokojnych snów, Polsko.

1 tydzień temu






